WIADOMOŚCI
RECENZJA: Kinky Boots, Adelphi Theatre ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Kinky Boots
Adelphi Theatre
17 września 2015
4 gwiazdki
ZAREZERWUJ BILETY Wciąż nie brakuje tych, którzy z niedowierzaniem kręcą głową na wieść, że Kinky Boots zgarnęło nagrody Tony dla najlepszego musicalu, za najlepszą choreografię i najlepszą ścieżkę dźwiękową w 2013 roku – w roku, w którym do rywalizacji stanęła Matilda, spektakl obiektywnie lepszy w każdym z tych kluczowych aspektów. Prawdę mówiąc, to zdziwienie dotyczy raczej nagród Tony jako instytucji, a nie samej wartości Kinky Boots i Matyldy jako dzieł teatru muzycznego. Kluczowa różnica polega na tym, że Matilda to kunsztownie dopracowane dzieło utalentowanych twórców, które przetrwa nawet słabszą obsadę; Kinky Boots to musical skrojony według sprawdzonej formuły, który całkowicie polega na genialnych wykonawcach, by nabrać mocy i stworzyć magię. Na szczęście londyńska premiera Kinky Boots, grana obecnie w Adelphi Theatre, może poszczycić się właśnie taką, wybitną obsadą. Z tego powodu spektakl zapewne świetnie poradzi sobie na rozdaniu nagród Oliviera, choć jeśli doczeka się transferu, Mrs Henderson Presents może sprawić, że poczuje się tak, jak Matilda w 2013 roku. (Przeczytaj naszą recenzję produkcji z Broadwayu TUTAJ)
Libretto autorstwa Harveya Fiersteina, muzyka Cyndi Lauper i reżyseria oraz choreografia Jerry'ego Mitchella – taki trzon zespołu kreatywnego musi działać kojąco na inwestorów szukających pewnych nazwisk. Prawda jest jednak taka, że żadne z tej trójki nie wzniosło się w Kinky Boots na wyżyny swoich możliwości; gdyby to trio było kompletnie nieznane, szczerze wątpię, czy ten spektakl w ogóle ujrzałby światło dzienne.
Częściowo wynika to z faktu, że musical jest adaptacją filmu i sporo umknęło w procesie przekładu. Co więcej, jest to adaptacja stworzona przez Amerykanów o Brytyjczykach, ich miejscach, problemach społecznych i różnicach klasowych, a wszystkie te rdzennie brytyjskie aspekty przefiltrowano przez amerykańską estetykę. Kluczowe postacie posługują się rytmem wypowiedzi właściwym dla Nowego Jorku, a nie Northampton. Ten amerykański filtr, nałożony na niemal każdy element, raczej tłumi, niż naświetla historię i bohaterów. Ciężar spoczywający na barkach aktorów jest przez to znacznie większy – muszą przebić się przez tę barierę, by wydobyć wewnętrzną brytyjskość i sprawić, by całość była spójna. Szarpana, momentami schematyczna narracja wcale im tego nie ułatwia.
Jednak takie podejście ułatwia moje zadanie…
5 powodów, dla których Kinky Boots na West Endzie sprawia, że wszyscy krzyczą „Yeah!”:
1. Amy Lennox
Lennox jest rewelacyjna jako Lauren, zwariowana pracownica fabryki, która flirtuje z szefem i ostatecznie zdobywa jego serce. To popis komediowego kunsztu w wykonaniu Lennox, która nie przegapia żadnej okazji do żartu, wykorzystuje każdą okazję do śmiechu i gra na najwyższych obrotach. Całkowicie kradnie każdą scenę, a jej zabawne solo „The History of Wrong Guys” to pierwszy moment w spektaklu, w którym myślisz, że Lauper jednak podołała wyzwaniu skomponowania broadwayowskiej partytury. Można już zacząć grawerować statuetkę Oliviera, bo jeśli na świecie istnieje sprawiedliwość, Lennox ma ją w kieszeni.
2. Killian Donnelly
Donnelly jest znakomity jako nieco prostolinijny, momentami nudnawy i zagubiony dziedzic upadającej obuwniczej dynastii. Ma w sobie niezwykle angażującą i przyjemną serdeczność, która pozwala mu wybrnąć z niezręcznych fragmentów libretta lepiej, niż można by się spodziewać (i lepiej niż miało to miejsce na Broadwayu). Przykładowo, scena, w której nagle atakuje swoją projektantkę i przyjaciółkę, Lolę, wykazując się nietypową dla siebie jadowitością, w wykonaniu Donnelly’ego staje się wiarygodna. Idealnie oddaje postać „zwykłego faceta”, a ta naturalna przeciętność w połączeniu z potężnym, porywającym głosem okazuje się nie do odparcia. To prawdziwy popis robienia „czegoś z niczego”. Jego partie w „Not My Father’s Son” i „Soul Of A Man” są wybitne, nadzwyczajne, po prostu pierwsza klasa. Świetna, podnosząca na duchu rola.
3. Matt Henry
„Her name was Lola, she was a showgirl…” – piosenka Barry’ego Manilowa jest całą inspiracją potrzebną dla ekspresyjnej i żywiołowej drag queen, Loli (czyli Simona, trenowanego boksera i odtrąconego syna). Matt Henry udowadnia, że jego buty są stworzone do chodzenia (i śpiewania) w pełnym blasku, brawurowym stylu. Gorący, ekscentryczny i drapieżny jako Lola, Henry czuje się jak ryba w wodzie tam, gdzie nadmiar i ekstrawagancja są ciasno zasznurowane w każdym numerze i ciętej ripoście. Jego głos jest fenomenalny, szczególnie w „Hold Me In Your Heart”, divowskim numerze finałowym. Henry wydawał się nieco mniej swobodny bez makijażu i kostiumu, ale stworzył świetną chemię z homofobicznym robotnikiem, Donem (sympatyczny Jamie Baughan). Choć mniej skutecznie tuszuje braki w scenariuszu (moment w domu opieki ze schorowanym ojcem zgrzyta), Henry jest mimo to cholernie dobrą zabawą na bardzo wysokich obcasach.
4. Utalentowany zespół
Cała obsada pulsuje witalnością, śpiewa z melodyjną precyzją (choć dykcja bywa czasem zbyt luźna) i tańczy z radosną energią oraz niepohamowaną frajdą. Duże numery są kolorowe, pełne rozmachu i inteligentnie przemyślane. Mniejsze role są zazwyczaj dobrze poprowadzone, a na szczególne wyróżnienie zasługują Michael Hobbs jako George oraz Amy Ross jako Nicola – on za dystyngowaną uprzejmość i poczucie humoru, ona jako uosobienie ambicji w stylu Jimmy’ego Choo.
Gdy wszyscy są na scenie, śpiewają i tańczą, niemal nie da się nie uśmiechać. Finały obu aktów to porywające widowiska, niezależnie od tego, jakie buty masz na nogach. Trudno oprzeć się chęci tańca czy klaskania w rytm radosnych melodii i pełnych entuzjazmu kreacji aktorskich.
5. Kostiumy i oświetlenie
Gregg Barnes przygotował cudownie kampowe kostiumy dla Loli i jej „Aniołków” – niektóre z nich trzeba zobaczyć na własne oczy, by uwierzyć, a wszystkie wręcz krzyczą o indywidualizmie i akceptacji (na wypadek, gdyby libretto było dla kogoś zbyt subtelne). Kenneth Posner genialnie operuje światłem – warto zobaczyć Kinky Boots choćby dla samej oprawy świetlnej podczas finałowego solo Loli.
5 powodów, dla których Kinky Boots na West Endzie nie sprawia, że wszyscy krzyczą „Yeah!”:
5. Balans dźwięku – John Shivers
Równowaga między wokalistami a orkiestrą często nie jest taka, jak być powinna. Orkiestra gra zbyt głośno, a nagłośnienie śpiewaków jest niewystarczające, by każde słowo tekstu dotarło do widza. To frustrujące, zwłaszcza przy nowym musicalu, gdzie zrozumienie tekstu jest kluczowe dla fabuły.
4. Reżyseria – Jerry Mitchell
Największym wkładem Mitchella są tutaj sprawne i angażujące sekwencje taneczne. Układy wykorzystujące taśmociągi w fabryce butów są szczególnie udane. Jednak jako reżyser zbyt mocno skupia się na cekinach i blasku reflektorów, a niedostatecznie na tym, by narracja stała się mniej przesłodzona i oczywista.
Spektakl emanuje sercem i szlachetnością na każdym kroku; potrzebuje jednak więcej niuansów i uroku. Przydałby się reżyser potrafiący użyć odrobiny „pucowania”, by Kinky Boots czarowało, zamiast po prostu nas taranować. Subtelność powinna czasem wrócić do pokoju, nawet w towarzystwie seksownych kozaków za kolano, wyrzeźbionych brzuchów i wirujących dyw.
3. Scenografia – David Rockwell
Scenografia jest nudna. Owszem, jest wydajna i kompaktowa, co bez wątpienia ułatwi tanie tournée. Nie oddaje jednak ducha tak różnych lokalizacji, w których toczy się istotna akcja. A zdecydowanie powinna.
2. Muzyka – Cyndi Lauper
Partytura Lauper to mieszanka wszystkiego. Brakuje jej spójnego charakteru; ani razu nie czuje się, że słucha się piosenki, która mogłaby pochodzić tylko z Kinky Boots. Większość materiału jest błyskawicznie zapominana, mimo że jest wykonywana w sposób mistrzowski. Piosenki, które się wyróżniają, zostały już wspomniane; „Sex Is In The Heel” to kolejny numer wart uwagi, głównie dzięki fantastycznym wykonaniom.
Najmądrzejszą rzeczą, jaką zrobiła Lauper, jest zapewnienie, że każdy akt kończy się chwytliwym utworem śpiewanym przez całą obsadę. To naprawdę działa i sprawia, że rozmowy w przerwie i po spektaklu tętnią zachwytem nad tymi numerami. Rozczarowanie większością muzyki zostaje w jakiś sposób zmazane przez te porywające hymny oraz niezatarte wspomnienie „The History Of Wrong Guys” w wykonaniu Lennox i „Hold Me In Your Heart” Henry'ego (oba numery to prawdziwe show-stoppery).
Trudno nie zastanawiać się, jaką muzykę mógłby napisać do Kinky Boots Jerry Herman i nie sposób nie żałować, że tego nie zrobił.
1. Libretto – Harvey Fierstein
Bez względu na to, jak na to patrzeć, libretto nie jest najlepszym osiągnięciem Fiersteina. To układanka typowych dla niego postaci, sytuacji i złośliwości, obficie spryskana sentymentalizmem wszędzie tam, gdzie pojawia się szansa na głębszą refleksję. Wszystko jest tu dosłowne i skrajne; subtelności ze świecą szukać.
Jest z czego się pośmiać, ale to za mało, by utrzymać pełne zainteresowanie przez cały wieczór. Głównym postaciom brakuje głębi i spójności; jeśli się sprawdzają, to wyłącznie dzięki charyzmie i osobowościom grających ich aktorów.
Aby to dzieło mogło dołączyć do panteonu wielkich amerykańskich musicali, wymaga dopracowania – libretto, muzyka i reżyseria potrzebują jeszcze sporo pracy.
Ale…
Finały aktów są naprawdę wyjątkowe i kiedy myśli się o Kinky Boots, to właśnie te dwa numery („Everybody Says Yeah” i „Raise You Up/Just Be”) sprawiają, że wychodzi się z teatru zadowolonym. Dodajmy do tego wybitne kreacje Lennox i Henry’ego, a otrzymamy hit West Endu, który przewyższa swój pierwowzór z Broadwayu.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności