Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Cyganeria (La Bohème), Arcola Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

timhochstrasser

Share

Cyganeria (La Bohème)

Arcola Studio 1

05/08/15

4 Gwiazdki

Co nowego można jeszcze wycisnąć z Cyganerii? Skoro Royal Opera House po czterdziestu latach ostatecznie pożegnała czcigodną produkcję Johna Copleya, a sondaże regularnie wskazują Cyganerię jako „ulubioną” operę świata, czy naprawdę da się powiedzieć coś świeżego o Pucciniowskiej opowieści o spłukanych artystach z Quartier Latin? Czy nie powinniśmy po prostu dać widzom tradycyjnego widowiska, do którego przywykli? Przed takim wyzwaniem stanęły Opera 24 i Darker Purpose Theatre Company podczas inauguracji tegorocznego Grimeborn Festival w Dalston. W tej inscenizacji paryskie poddasze i Café Momus zostały przeniesione na „rozległe pola Hackney”, jak to przekornie ujęto w libretcie. Z orkiestrą ukrytą pod balkonem, reszta Arcola Studio 1 stała się tłem dla dwóch współczesnych scenerii: najpierw mroźnego, skromnie urządzonego mieszkania – z telewizorami na półkach, śpiworami, gitarą i jednym wspólnym laptopem; starymi transparentami wciśniętymi w kąt i sprzętem malarskim porzuconym przy nieskutecznym piecyku. Następnie przenosimy się między krzesła i stoliki taniego baru szybkiej obsługi, którego symbolem jest wyciskany dozownik ketchupu w kształcie pomidora – pełniący zresztą satyryczną rolę w duchu grand guignol w drugim akcie. Rodolfo (James Scarlett) wciąż jest poetą, który musi palić swoje teksty, by się ogrzać, Marcel (Ian Helm) to sfrustrowany artysta czekający na przełom, a Mimi (Heather Caddick) to zdolna krawcowa, lecz tutaj – ukraińska imigrantka, której niepewny status prawny uniemożliwia dostęp do opieki medycznej. Orkiestrę zredukowano do dziesięciu muzyków i fortepianu, ale – co kluczowe – sekcje smyczkowe i dęte drewniane są w pełni reprezentowane.

Słuchanie tej opery w skali kameralnej pozwala na nowo docenić kunszt muzyczny tego dzieła. Podobnie jak w najlepszej muzyce filmowej, Puccini jest mistrzem płynnych przejść: w każdej scenie znajdziemy mnóstwo momentów solowych i ansamblowych, które definiują postacie i popychają akcję do przodu z teatralnym polotem, a wszystko to dzieje się bez wysiłku, bez widocznych szwów. Przy mniejszym składzie orkiestrowym łatwiej i wyraźniej słychać tę misterną strukturę, gdy poszczególne linie splatają się, a fragmenty melodii są dzielone i składane na nowo – co wcale nie umniejsza podziwu dla końcowego efektu. Choć dwie największe arie pojawiają się już na początku pierwszego aktu, całość nie traci impetu. Kompozytor przetwarza materiał tych wspaniałych, romantycznych fraz przez całą operę, dzięki czemu dzieło jest spójne i przepojone tym samym harmonicznym językiem tęsknoty, niezależnie od biegu wydarzeń.

Kluczem do każdej nowej interpretacji jest podejście do libretta. Tutaj produkcja odniosła pełen sukces dzięki dowcipnemu, nieco ironicznemu, ale całkowicie wiarygodnemu tłumaczeniu Johna Farndona, które daje śpiewakom bogaty materiał do pracy. Stanowi ono fundament autentyczności kluczowych ról i trafnie wydobywa liczne momenty komiczne, wynikające naturalnie z sytuacji i języka. W spektaklu znajdziemy kilka bardzo zabawnych epizodów, zwłaszcza w scenach męskiego braterstwa i przekomarzania się w pierwszym i czwartym akcie, które biorą swój początek z werwy i jakości tekstu. Momentami zagęszczenie słów sprawiało śpiewakom drobne trudności przy długich liniach melodycznych Pucciniego, ale w przeważającej mierze tekst i muzyka współgrały znakomicie. Aranżacje orkiestrowe Johna Janssona są równie wysmakowane, zapewniając skuteczne tło bez zagłuszania głosów. Brakowało mi oryginalnej orkiestracji jedynie w gwarnych scenach paryskiej kawiarni, gdzie Puccini operuje pełną, impresjonistyczną paletą barw miejskiego pejzażu.

Większość kreacji aktorskich była bardzo silna i przekonująca. Scarlett i Helm jako Rodolfo i Marcel stanowią kluczowy duet – spędzają ze sobą więcej czasu niż Rodolfo z Mimi. Jako aktorzy i śpiewacy dobrze się uzupełniali, tworząc naturalną relację. Helm szczególnie przekonująco oddał lojalną przyjaźń Marcela, jego artystyczną drażliwość i egocentryzm, będąc przy tym skutecznie zazdrosnym kochankiem w scenach z Musettą (Danae Eleni). Wykonanie głównej arii przez Scarletta było odpowiednio szlachetne i dźwięczne, mimo pewnego siłowego forsowania tonu w najwyższych rejestrach, a jego emocjonalny rozpad w ostatnich dwóch aktach został zagrany poruszająco i spójnie, co wcale nie jest regułą.

Prawdziwe wokalne laury należą się Heather Caddick, której śpiew zachwycał czystością linii i barwy, przykuwając uwagę od początku do końca. Rola Mimi jest trudna: trzeba oddać kruchość, unikając taniego epatowania ofiarą, a śpiew musi być autorytatywny, jednocześnie sugerując słabe zdrowie. Caddick udało się połączyć te aspekty, kreując postać pełną „wdzięku pod presją” – zgodnie z Hemingwayowską definicją odwagi. Nie spodziewałem się, że finałowa scena jeszcze mnie poruszy, ale jej występ pozwolił mi przeżyć to na nowo.

W mniejszych rolach również nie brakowało świetnych występów, co jest zasługą samego Pucciniego, który demokratycznie obdziela postacie perełkami dającymi szansę zabłysnąć. Cheyney Kent w pełni wykorzystał scenę sprzedaży płaszcza w ostatnim akcie; Leon Berger wycisnął co najlepsze z ról kamienicznika i starszego kochanka Musetty, stając się wdzięcznym celem żartów, a Andrew McIntosh zapewnił żywiołowe wsparcie jako Schaunard. Danae Eleni dobrze odegrała dwoistą rolę Musetty – kawiarnianej kokietki i lojalnej przyjaciółki – choć wokalnie w swojej popisowej arii w drugim akcie mogła dać z siebie więcej. Nick Fletcher z kanału orkiestrowego narzucił ożywcze tempo, które nadawało akcji lekkości, nie obciążając przy tym nadmiernie śpiewaków.

Podsumowując, produkcja osiągnęła dokładnie to, co Grimeborn stawia sobie za cel każdego roku. Zdarła warstwy starego lakieru z klasyka i znalazła nowy, przekonujący kontekst dla tej historii. Reżyser Lewis Reynolds ma duże doświadczenie w wystawianiu oper w King’s Head Theatre, co uczyniło go świetnym wyborem do tego zadania. Był to prawdziwie oddany, zespołowy wysiłek – a w przypadku tej opery tylko takie podejście gwarantuje sukces.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS