WIADOMOŚCI
RECENZJA: La Traviata, King's Head Theatre ✭✭
Opublikowano
Autor:
Matthew Lunn
Share
Matthew Lunn recenzuje nową odsłonę „La Traviaty” Verdiego, którą można aktualnie zobaczyć w King's Head Theatre.
Emma Walsh (Violetta), Alex Haigh (Eliasz), Victor Sgarbi (Sinclair), Gráinne Gillis (Flora) w operze La Traviata. Fot. Bill Knight La Traviata
King's Head Theatre
2 października 2018
2 Gwiazdki
Niektóre dziedziny sztuki nierozerwalnie kojarzą się z konkretnymi emocjami, a opera jest tu przykładem najdoskonalszym. Jej muzyka jest jednocześnie pełna pasji i podniosła – to ten rodzaj niewysłowionego piękna, który dawał pocieszenie więźniom w „Skazanych na Shawshank” i towarzyszył milionom widzów podczas mundialu Italia ’90. Ma w sobie wrodzony majestat, a jednocześnie przemawia do nas wszystkich, poruszając fundamentalne aspekty ludzkiej kondycji.
Inscenizacja „La Traviaty” w King’s Head Theatre jest częścią cyklu współczesnych adaptacji operowej klasyki. To wspaniała inicjatywa, która ma szansę przybliżyć ten gatunek nowym, być może nieco sceptycznym widzom. Lokalizacja w słynnym londyńskim „pub theatre” dodaje całości niezwykłego uroku, a dzięki bezbłędnej grze Panaretosa Kyriatzidisa na pianinie (co jest bardzo trafnym, kameralnym rozwiązaniem), intymna scena w żaden sposób nie ogranicza rozmachu dzieła. Mimo to, pomimo pomysłowej scenografii i rewelacyjnej kreacji głównej bohaterki, opuszczałem teatr z poczuciem niedosytu. Obiecujący punkt wyjścia nie do końca przełożył się na spójną całość.
Emma Walsh jako Violetta w „La Traviacie”. Fot. Bill Knight
Violetta (Emma Walsh) jest tancerką w mrocznym, choć ekskluzywnym klubie ze striptizem, prowadzonym przez Florę (Gráinne Gillis). Częstym gościem bywa tam polityk Partii Pracy, Richard Sinclair (Victor Sgarbi). Pewnego wieczoru przyprowadza ze sobą syna, Eliasza (Alex Haigh) – utalentowanego muzyka, który ma niewielkie doświadczenie w kontaktach z kobietami. Młodzieniec zakochuje się w Violetcie, a ona dostrzega w tej relacji szansę na nowy start. Jednak ani Flora, ani Sinclair nie potrafią zaakceptować tego związku, przez co Violetta wkrótce staje przed tragicznym wyborem.
Spektakl trwa zaledwie 110 minut (wliczając przerwę), co czyni go niezwykle przystępnym dla tych, którzy – wzorem Czarnej Żmii – narzekają na operową rozwlekłość. Niestety, sprawia to również, że warstwa fabularna wydaje się nieco powierzchowna. Choć podobny zarzut można postawić wielu wybitnym operom, tutaj jest on szczególnie odczuwalny. Akcję skondensowano do czterech odrębnych scen, które spaja libretto Becci Marriot oraz uniwersalna scenografia, sprawnie zmieniająca się z nocnego klubu w skromną garsonierę. Relacja Violetty z Eliaszem kończy się – podobnie jak w przypadku Alfreda w oryginale Verdiego – zanim zdąży na dobre rozkwitnąć i zanim nasze emocje zdołają w pełni zsynchronizować się z losem bohaterów. Samo w sobie nie byłoby to problemem, gdyby adaptacja zrekompensowała ten pośpiech głębszym zarysowaniem świata postaci.
Emma Walsh (Violetta) i Alex Haigh (Eliasz) w „La Traviacie”. Fot. Bill Knight
Libretto Marriott jest sprawne językowo i często celne, jednak z wyjątkiem Violetty, postaciom brakuje złożoności. Sinclair, wspominając o skandalu, jaki spadnie na Eliasza, jeśli ten zostanie z kochanką, robi to w sposób zbyt dosłowny, by skłonić widza do głębszej refleksji. Z kolei zaborcza fascynacja i swobodna mizoginia jego syna (podsycana gniewem i alkoholem), choć bardzo aktualna dla dzisiejszego odbiorcy, nie jest przedstawiona jako przejaw toksycznej męskości, lecz raczej jako błądząca pasja zdesperowanego młodzieńca. Ponieważ te cechy dominują w jego obecności na scenie, trudno pogodzić je z aurą nostalgicznego rozstania pary, które wydawało się tragiczne, ale z zupełnie niewłaściwych powodów. Z kolei Flora nie wypada jak surowa postać władcza, której wymaga fabuła, lecz jak chłodna, choć sprawiedliwa bizneswoman – jej działania, gdyby nie charyzmatyczna interpretacja Gillis, mogłyby równie dobrze dziać się poza sceną.
Wspomniana trójka zaprezentowała się znakomicie pod względem wokalnym, a Haigh i Sgarbi z wyraźną satysfakcją oddawali rosnące emocje swoich bohaterów. Jeszcze większe wrażenie zrobiły mocne mezzosopranowe tony Gillis, nadające Florze odpowiedniego ciężaru gatunkowego. Największe uznanie należy się jednak Walsh za fenomenalną kreację Violetty. Z imponującą skalą głosu, nienaganną intonacją i niezwykle ekspresyjną twarzą, po mistrzowsku ukazała cykl bólu, miłości, wściekłości i rezygnacji bohaterki. Gdyby opera była nieco dłuższa, bogactwo filozoficznych i satyrycznych wątków mogłoby w pełni wybrzmieć, nadając jej tragedii bezcenną głębię. W obecnej formie to dzieło niepozbawione wad, które może budzić mieszane uczucia, ale bezsprzecznie zyskuje dzięki magnetycznej roli głównej.
Alex Haigh (Eliasz) i Gráinne Gillis (Flora) w „La Traviacie”. Fot. Bill Knight
„La Traviata” w King’s Head Theatre osadza tragedię Verdiego we współczesnych realiach, jednak uproszczona narracja i niedopracowane psychologicznie postaci sprawiły, że poczułem się mało przekonany. Niemniej jednak świetna scenografia i solidne występy, a zwłaszcza wyjątkowa Emma Walsh, sprawiają, że z zainteresowaniem będę śledził kolejne produkcje tego zespołu.
Grane do 27 października 2018
ZAREZERWUJ BILETY NA „LA TRAVIATĘ”
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności