Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Little Miss Sunshine, Arcola Theatre ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Julian Eaves recenzuje musical „Little Miss Sunshine”, który jest obecnie wystawiany w Teatrze Arcola przed wyruszeniem w trasę po Wielkiej Brytanii.

Od lewej z przodu: Lily Mae Denman, Sev Koeshgerian, Laura Pitt-Pulford. Z tyłu: Paul Keating, Gary Wilmot, Gabriel Vick. Fot. Manuel Harlan Little Miss Sunshine

Arcola Theatre,

1 kwietnia 2019

3 gwiazdki

Zarezerwuj teraz

Podczas gdy przed Apollo Theatre na Shaftesbury Avenue kłębią się kolejki zafascynowanych sceną dzieciaków i ich posłusznych rodzin, przybywających oddać hołd bożyszczu znanemu jako „Jamie”, dyrekcje teatrów w całym kraju szukają własnej wersji Świętego Graala musicalu: pewnego hitu o porównywalnej skali.  Selladoor Productions, we współpracy z Arcola Theatre, być może wierzą, że znaleźli go w europejskiej premierze powstałego niemal 10 lat temu dzieła (Sundance-La Jolla-Off-Broadway). To historia o dziewczynce z Nowego Meksyku, która połknęła bakcyla show-biznesu i zaciąga całą rodzinę w podróż do odległej Kalifornii na konkurs piękności dla maluchów.  To po części historia ekscentrycznej rodziny, po części kino drogi, a po części bajka – fuzja „Annie”, „Gypsy” i „Matyldy”.  Libretto Jamesa Lapine’a i muzyka Williama Finna – zespołu, który odniósł oszałamiający sukces spektaklem „The 25th Annual Putnam County Spelling Bee” – obiecują wiele.  Reżyser, założyciel i lider Arcoli, Mehmet Ergen, ma na koncie liczne sukcesy w pracy nad nietuzinkowym i wymagającym teatrem muzycznym: to obiecuje jeszcze więcej.  Zebrała się całkiem spora obsada, by ruszyć w znaczącą trasę krajową (w tym czworo dzieci, z których każde musi mieć potrójną obsadę i opiekunów), obejmującą kilka dosyć ważnych (czyt. pojemnych) obiektów.  Zespół obejmuje jednych z najlepszych aktorów musicalowych w kraju.

Od lewej z przodu: Laura Pitt-Pulford, Gabriel Vick, Gary Wilmot, Paul Keating, Lily-Mae Denman i Sev Keoshgerian. Fot. Manuel Harlan

A skoro o tym mowa, uważam, że największą radością tej produkcji jest obsada.  Choć naturalny instynkt widzów skłania ich do sympatii wobec głównej bohaterki i otaczającej jej gromadki urwisów, trzeba naprawdę lubić te przypominające nakręcane lalki produkty szkół aktorskich, by poczuć do nich cieplejsze uczucia.  Osobiście je uwielbiam: a zwłaszcza te trzy przypominające gremliny prześladowczynie, „Mean Girls” (i tak, to JEST tytuł innego przedstawienia), które dręczą i terroryzują Olive (Lily Mae Denman, Evie Gibson i Sophie Hartley-Booth) – niezłomną, naiwną optymistkę i niedoszłą gwiazdę konkursu piękności.  Pięknie napisane przez Williama Finna, radosne melodie zdają się najlepiej pasować do tych postaci i uważam, że spektakl jest najmocniejszy, gdy to one są w centrum uwagi.

Lily-Mae Denman i Mean Girls w Little Miss Sunshine. Fot. Manuel Harlan.

Reszta rodziny serwuje nam znacznie cięższy kaliber, wymagający mocniejszych nerwów i – całkiem możliwe – innej partytury, a nawet innego spektaklu.  Laura Pitt-Pulford jako cierpliwa matka, Sheryl Hoover, jedyna postać twardo stąpająca po ziemi, tworzy kolejną genialną kreację, pełną najdrobniejszych i najbardziej wymownych detali, przypominając nam o swoich niezwykłych umiejętnościach jako aktorki śpiewającej. Jej twarz jest wymowna, przenikliwa, ludzka i czuła – to ona pierwsza stawia czoła zagrożeniom wiszącym nad rodziną, gdy reszta zdaje się przed nimi uciekać.  Partnerujący jej Gabriel Vick jako mąż-marzyciel, Richard – mocniejszy i solidniejszy niż ostatnim razem, gdy go widziałem – przekonuje jako facet, który mógłby prowadzić kampera VW (o tym za chwilę) i chcieć zmieniać świat, jednocześnie stając się coraz bardziej konwencjonalnym i nudnym.  Mają jeszcze jedno dziecko, syna Sheryl z poprzedniego małżeństwa, Milczka Dwayne’a, który czyta Nietzschego i w którego tchnął niezwykłą siłę debiutant Sev Keoshgerian.  Cień, który rzuca ta postać, jest jednak ulotny: serce spektaklu – jak w większości musicali – spoczywa pewnie w rękach optymizmu Williama Jamesa.  Najlepszą tego ilustracją jest bez wątpienia duma rodziny Hooverów, lubieżny, wciągający heroinę Dziadek, grany z idealnym wyczuciem i nienagannym kunsztem przez Gary'ego Wilmota. Jego popisowy numer „The Most Beautiful Girl In The Van” to majstersztyk rzemiosła musicalowego i jedyny utwór, który naprawdę chwyta publiczność za serce.  Gary jest po prostu zachwycający.

Paul Keating w Little Miss Sunshine. Fot. Manuel Harlan

W tej podróży bierze też udział Paul Keating w roli Franka, uderzająco podstarzałego, homoseksualnego brata Sheryl – byłego naukowca z tendencjami samobójczymi, którego sam głos zdradza niezwykłe ciepło duszy.  W jednej z najbardziej „doklejonych” scen w scenariuszu, po drodze Frank przypadkiem wpada na osoby ze swojej przeszłości: dawnego ukochanego Jošuę Rose’a (Matthew Macdonald) oraz konkurenta, który go mu odebrał, oślizgłego Larry’ego (Ian Carlyle) – obaj aktorzy grają też inne role: dobrodusznego Kirby’ego i krzykliwego gospodarza konkursu, Buddy’ego.  Oglądamy również kilka wcieleń coraz ciekawszej Imeldy Warren-Green: ponuro zabawną „konsultantkę ds. żałoby” – jeśli dobrze wyłapałem – Lindę oraz niezgrabnie bezczelną Miss Kalifornii.

Gary Wilmot, Laura Pitt-Pulford, Gabriel Vick i Paul Keating w Little Miss Sunshine. Fot. Manuel Harlan

Jest oczywiście jeszcze jeden bohater: furgonetka, która wiezie Hooverów przez granice kilku stanów.  Cóż: spektakle wykorzystujące pojazdy, które odnoszą sukces inscenizacyjny, zazwyczaj robią to oszczędnie, by nie odciągały uwagi ani nie zawadzały.  Nawet tytułowy samochód w „Chitty-Chitty-Bang-Bang” rzadko pojawia się na scenie.  W „Oklahomie” powóz z frędzlami pojawia się tylko raz, na samym końcu.  W „Ragtime” samochód Coalhouse’a Walkera Jr. – kluczowy element dramatu – ma tylko jedną scenę.  Brad i Janet spędzają w aucie w drodze do domu Frankenfurtera tylko jedną krótką chwilę. I tak dalej.  W innych spektaklach pojazd jest albo tak duży, że ledwie zauważa się jego obecność („Titanic”, „Return to the Forbidden Planet”), albo powoduje nieznośne i toporne przejścia między scenami („On The Twentieth Century”).  Myślę, że płynie z tego ważna lekcja.  Podobnie jak w niedawno wystawianym „Violet”, gdy dużą część spektaklu zajmuje obserwowanie ludzi siedzących w pojeździe i nierobiących właściwie nic innego, obsada ma piekielnie trudne zadanie, by utrzymać uwagę widza.  I tak też dzieje się tutaj.

Scenografia Davida Woodheada spowija scenę mapą drogową południowego zachodu, co przywołuje skalę i rozmach podróży. W pewnym sensie wolałbym, żeby na tym poprzestano i pozwolono działać naszej wyobraźni.  Ale nie.  Mamy wysuwane podwozie, na którym ustawia się krzesła kuchenne, by „stały się” busem. W rezultacie nie jest to ani jedno, ani drugie.  Na szczęście w drugim akcie całkowicie się z niego rezygnuje, ale dopiero po dziwnym, przygnębiającym i bezceremonialnym zakończeniu pierwszego aktu przez Lapine’a.  Trudno to w ogóle nazwać „finałem”.  Dziwnych zabiegów konstrukcyjnych jest więcej: w pierwszej połowie mamy retrospekcję małżeństwa, jedną jedyną.  Nikt inny nie został obdarzony takimi wspomnieniami, ani nie powracają one już do państwa Hoover.  Nie jest dla mnie jasne, dlaczego.  Następnie Olive jest dręczona przez trio mozartowskich komentatorek, „Mean Girls”, które wyskakują i wdzierają się do scen innych osób, niezauważone przez nikogo poza naszą bohaterką.  Jednak ich zdolność do postępowaia w ten sposób kończy się wraz z pierwszym aktem: później muszą stać się „prawdziwymi” uczestniczkami konkursu, co ogranicza ich swobodę bycia chórem.  Tak naprawdę ich pojawienie się w realnej funkcji jest punktem kulminacyjnym całego przedstawienia: to moment, w którym Olive w końcu dotarła do swojego Oz, miejsca, w którym musi się wykazać.  Aż prosi się tutaj o numer muzyczny.  I czy myślicie, że pan Finn słyszy te prośby?  Nie, nie słyszy.  (A jeśli kiedykolwiek słyszał, to ktoś inny zadecydował, że my go nie usłyszymy).  Inne numery muzyczne są rozmieszczone chaotycznie, pozwalając jednej, dwóm lub większej liczbie postaci wyrazić emocje, bez większego innego celu.  Piosenki, ogólnie rzecz biorąc, nie pchają akcji do przodu, lecz nas wstrzymują.  To dziwne w spektaklu typu road movie.  Ale to nie wszystko.  Otwarcie, o ile można je tak nazwać, to flegmatyczna pieśń żałobna „The Way of the World”, która nadaje ponury ton, z którym obsada musi walczyć.  Miło ze strony twórców.

Ian Carlyle, Imelda Warren-Green, Lily-Mae Denman i Mean Girls. Fot. Manuel Harlan

Jak zapewne wielu już zauważyło, spektakl nie gościł długo na afiszu w Nowym Jorku.  Włożono w niego mnóstwo pracy, poświęcono wiele czasu na poprawki, ale w żadnym momencie twórcy nie doszli do porozumienia, jakim właściwie spektaklem ma on być.  To show dla dzieci, czy dla dorosłych?  Należy jednak zauważyć, że to przede wszystkim dramaturgia konfliktu kultur między szystującą amoralnością Hooverów – gdzie uzależniony od narkotyków patriarcha przygotowuje niewinną (i ewidentnie niedopilnowaną) Olive do występu z potwornie niedostosowanymi do wieku ruchami – a otępiającym konformizmem i nudą zrobotyzowanych wyborów małej miss.  To właśnie leży u podstaw tej historii, a Lapine unika tego tematu niemal do tego stopnia, że sprawia, iż on znika.  Nie mogąc go jednak całkowicie wymazać, serwuje nam opowieść bez duszy.  Jego scenariusz jest kapitulacją i ostatecznie rozczarowuje.

Ian Carlyle i Matthew McDonald. Fot. Manuel Harlan

Tymczasem światła Richarda Williamsona olśniewają; głośna reżyseria dźwięku Olly’ego Steela robi co może w trudnej akustyce Arcoli, by zrównoważyć tuzin różnych głosów i pięcioosobowy zespół; choreografia Anthony'ego Whitemana, pracującego z aktorami śpiewającymi, a nie tancerzami, stara się ożywić liczne momenty refleksyjnego zastoju; kierownictwo muzyczne Arlene McNaught sprawia, że aranżacje Marka Crosslanda brzmią gładko i kojąco, niczym staroświecki broadwayowski show, wygładzając wszelkie ostre krawędzie, które spektakl mógł kiedyś posiadać.  Mnóstwo zdolnych ludzi włożyło szczery wysiłek w wielu działach, by wycisnąć z tego spektaklu co najlepsze.  Faktem jednak pozostaje, że na deskach Second Stage Theatre grano go tylko przez dwa miesiące (wliczając pokazy przedpremierowe) i nie jestem przekonany, czy u nas poradzi sobie lepiej.  Zobaczymy, czy uda się odnaleźć musicalowego Graala.

TERMINARZ TRASY LITTLE MISS SUNSHINE

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS