Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Little Miss Sunshine, New Wolsey Theatre (Brytyjska trasa koncertowa) ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

pauldavies

Share

Paul T Davies recenzuje Little Miss Sunshine w teatrze New Wolsey, w ramach brytyjskiej trasy koncertowej.

Little Miss Sunshine: The Musical

Teatr New Wolsey, Ipswich

24 maja 2019 r.

3 gwiazdki

Harmonogram brytyjskiej trasy koncertowej

„Jak napisać przebojowy musical? Proste. Nakręcić film i poczekać trzydzieści lat na jego adaptację – w końcu to nastąpi”. Tak zażartował ktoś na Twitterze i rzeczywiście można odnieść wrażenie, że każdy hit kinowy z lat 80. otrzymuje teraz ścieżkę dźwiękową i kilka układów tanecznych. To zawsze karkołomne zadanie. Temat zwykle ma dużą rozpoznawalność, co przyciąga widzów, ale jeszcze trudniej jest zaadaptować hit kultowy – jeden z tych niezależnych filmów, które przebiły się do szerszej publiczności, a ta kocha go zaciekle i wręcz chroni. Little Miss Sunshine to właśnie taki przypadek. Musicalowa adaptacja uwielbianego, nagrodzonego Oscarem filmu, z nieco zmienioną obsadą w stosunku do premiery w Arcola Theatre, zawitała na scenę New Wolsey.

To urocza, a zarazem genialna historia dysfunkcyjnej rodziny Hooverów, którą jednoczy fakt, że córka Olive zakwalifikowała się (nieco przypadkiem) do finału konkursu piękności „Mała Miss”, co wymaga wyprawy do Kalifornii. Dziadek jest uzależniony od kokainy i wyrzucony z domu opieki za narkotyki i molestowanie, mama Sheryl to ostoja starająca się utrzymać rodzinę w ryzach, tata Richard to wieczny optymista, którego „Dziesięć kroków do sukcesu” wystawia cierpliwość domowników na ciężką próbę. Syn Dwayne złożył śluby milczenia, dopóki nie dostanie się do Sił Powietrznych (i tak nienawidzi swojej rodziny), a wujek Frank – gej – dołącza do nich świeżo po próbie samobójczej, podjętej po tym, jak zakochał się w swoim studencie, który odszedł do innego nauczyciela. Jak to w kinie drogi bywa, podczas wspólnej podróży bohaterowie dowiadują się o sobie nawzajem wiele nowego, powoli stając się zgraną wspólnotą.

Obsada produkcji jest dobrana idealnie. Ponieważ wiele zależy od roli Olive, Lily Mae Denman (w wieczór, w którym oglądałem spektakl) była doskonała – pełna uroku, niewinności, z łatwością przebijająca się przez chaos stworzony przez jej rodzinę. Lucy O’Byrne była świetna jako mama Sheryl, stojąca na krawędzi załamania, lecz trzymająca wszystko w garści. Wraz z Gabrielem Vickiem w roli Richarda stworzyli przekonujący obraz rodziców, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydają się życiowymi rozbitkami. Sev Keosggerian to świetny, pełen nastoletniego buntu i głównie milczący Dwayne, a Paul Keating jako wujek Frank wniósł znakomitą melancholię i użalanie się nad sobą, zmieszane z odpowiednią dawką anarchii, by ożywić rodzinną atmosferę. Najlepszy ze wszystkich był jednak Mark Moraghan jako niepoprawny politycznie, zażywający narkotyki, seksowny, a zarazem budzący sympatię dziadek, nadający dynamizm pierwszej połowie spektaklu. Szkoda tylko, że jest tu nieco mniej wulgarny i kąśliwy niż w filmie, ale jego miłość do wnuczki tworzy jedną z najbardziej wzruszających relacji w przedstawieniu.

Istnieje jednak pewien problem, i to dość spory, biorąc pod uwagę, że to musical. Muzyka błyskawicznie wylatuje z pamięci. Choć scenariusz autorstwa współpracownika Sondheima, Jamesa Lapine’a, jest solidny, muzyka i teksty Williama Finna wydają się dodane na siłę. Większość tekstów piosenek ma formę dialogów, więc całość mogłaby lepiej sprawdzić się jako sztuka teatralna. Wielu utworom brakuje emocjonalnego ładunku w kluczowych momentach opowieści. Na przykład, gdy Richard śpiewa o swoim ojcu, dziadek nie odpowiada swoją wersją historii – wydaje się to jednowymiarowe. I (uwaga, SPOILER dla tych, którzy nie widzieli filmu) dziadek umiera w trakcie podróży, tutaj akurat w przerwie spektaklu, i naprawdę brakuje go w drugim akcie. Olive musi się też mierzyć z grupą „Wrednych Dziewczyn”, które z niej kpią. Wykonawczynie te grają również inne uczestniczki konkursu piękności, ale są znacznie starsze od Olive i, szczerze mówiąc, wygląda to dziwnie. Sytuacji nie poprawiają „zapychacze” sceniczne, zaprojektowane wyłącznie po to, by dać dziewczynom czas na zmianę kostiumów.

Mimo to, kiedy Olive wykonuje swój taniec, idealnie oddając krępującą atmosferę oryginału, a rodzina dołącza do niej w akcie buntu przeciwko regułom, jest to czysta radość i nie sposób im nie kibicować. Gdyby muzyka była lepsza, chętnie wybrałbym się w tę podróż jeszcze raz. Jednak w tej formie lepiej sprawdza się jako film – w takim razie zostanę w domu i włączę DVD. Szkoda, bo muzyczne przerywniki sprawiają, że tempo spektaklu rwie się i zacina, zupełnie jak van rodziny Hooverów.

Zapisz się do naszego NEWSLETTERA

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS