WIADOMOŚCI
RECENZJA: Living On Love, Longacre Theatre ✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Udostępnij
Living On Love
Longacre Theatre
11 kwietnia 2015
1 gwiazdka
Nie ma nic smutniejszego niż widok prawdziwej supergwiazdy marnującej swój talent w marnym brodwayowskim spektaklu. Zdarzało się to wielokrotnie w przeszłości i bez wątpienia powtórzy się jeszcze nieraz. Obecnie w Longacre Theatre, gdzie trwają przedpremierowe pokazy topornie nudnej sztuki Joe DiPietro „Living on Love”, przyszła kolej na Renée Fleming.
Fleming to znakomita sopranistka operowa o głosie zachwycającej urody, zdolna poruszyć publiczność do głębi swoim niezwykłym śpiewem i kunsztem wykonawczym. Co więcej, najjaśniejsze momenty tego spektaklu to te, w których Fleming śpiewa pojedyncze frazy lub linie legato. „Czy to ptak?” – pyta, po czym wykonuje cudowny tryl: „O nie, to tylko ja”. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że to jedna z najdowcipniejszych i najzabawniejszych chwil w całym przedstawieniu.
Fabuła jest nużąca. Blaknąca Diwa tkwi w nieszczęśliwym małżeństwie z gasnącym Maestro. Są Włochami – przynajmniej w ogólnym odbiorze, jeśli nie w rzeczywistości. On pisze wspomnienia i chce opowiadać wyłącznie o swoich sypialnianych podbojach. Jego spłukany, nieco flegmatyczny „Spooky Helper” (czyli „zabawne” określenie ghostwritera... tak, to daje wgląd w poziom tutejszego pisarstwa) cierpi na brak pewności siebie, ale skrycie marzy o napisaniu wielkiej amerykańskiej powieści. Maestro ląduje w kłótni ze swoim cieniem i go zwalnia, co sprowadza pod jego drzwi przedstawicielkę wydawnictwa, domagającą się zwrotu zaliczki.
Ona (domyślacie się już, do czego to zmierza, prawda?) jest ładna i chce się sprawdzić w męskim świecie wydawniczym. Mamy lata pięćdziesiąte, a Bernstein – oczywisty rywal Maestro – ma zamiar „zniżyć się” do Broadwayu z „West Side Story”. Nazwijmy ją „Ambitną Redaktorką”. Maestro wpada mu w oko i zatrudnia ją do pisania swoich wspomnień. Poirytowana Diwa ponownie zatrudnia dawnego ghostwritera, by spisał jej pamiętniki, załatwiając sobie zaliczkę o dolara wyższą niż mąż. Wyścig o to, kto pierwszy skończy książkę, czas zacząć.
Dalszy ciąg to perypetie trzech par kochanków (w grze jest też para służących) wyjawiających swoje prawdziwe uczucia, kilka olśniewających sukni dla Fleming, głupia zazdrość, odrobina śpiewu, pies o imieniu Puccini (choć „Poochini” byłoby lepszym żartem) oraz nieco topornych, mdłych sentymentalizmów na temat współczesnych problemów społecznych.
Zaś śmiechu jest w tym wszystkim jak na lekarstwo.
Scenografia Dereka McLane’a jest doprawdy piękna i skutecznie oddaje klimat Europy w luksusowym manhattańskim apartamencie. Każdy, kto choć raz odwiedził hotel Sacher w Wiedniu – ulubionym mieście Maestro i Diwy, gdzie zresztą się poznali – natychmiast rozpozna estetykę, którą przyjął McLane. Wszędzie widać doskonały gust: od ozdobnego sufitu, przez wystawne tkaniny i fortepian, aż po idealnie dobrane meble. Ściana obwieszona zdjęciami z dawnych operowych triumfów sprawia, że bogate, ekskluzywne życie świata opery staje się niemal namacalne.
W mieszkaniu znajduje się również pokaźna kolekcja kul śnieżnych. Od pierwszej chwili wiadomo, że część z nich zostanie roztrzaskana – pytanie tylko, jak i kiedy. Podobnie wiemy, że bez względu na to, jak bardzo będą udawać Benedicka i Beatrice czy Katarzynę i Petruchia, Maestro i Diwa w końcu rzucą się sobie w objęcia. Wiemy też, że Ambitna Redaktorka i nieśmiały ghostwriter skończą razem w miłosnym uniesieniu. A jeśli ktoś nie domyśli się, że służący są w sekrecie parą, to ma chyba poważny problem ze spostrzegawczością.
Może i nie spodziewacie się, że w pewnym momencie Puccini pojawi się w pełnym rynsztunku primadonny, ale poza tym sztuka jest przewidywalna niczym podatki i śmierć. I podobnie satysfakcjonująca.
Kathleen Marshall to kobieta, która rozumie wrodzoną muzykalność komedii, ale nawet jej niemały talent nie jest w stanie uratować tego mozolnego nonsensu. Jeśli ta sztuka ma jakąś muzyczną formę, to jest nią tren pogrzebowy.
Niektóre kreacje aktorskie wcale nie pomagają. Jerry O'Connell jest kompletnie nietrafiony w roli ghostwritera; to typowa postać farsowa – totalny kujon w okularach z inhalatorem na astmę, po którym nie spodziewasz się idealnie wyrzeźbionej klatki piersiowej po zdjęciu koszuli. O'Connell jest po prostu zbyt przystojny i zbyt mało neurotyczny, by finałowa puenta wybrzmiała tak, jak powinna.
Anna Chlumsky jako Ambitna Redaktorka wypada zbyt nowocześnie i mało przekonująco jako szara myszka z biura, która chce udowodnić matce i kolegom, że rola kobiet na rynku pracy się zmienia. Ma świetne momenty – jak choćby strofowanie Maestro po włosku – ale jej występowi brakuje wigoru i tej specyficznej iskierki.
Douglas Sills w roli wspomnianego Maestro to klasyczny „Curate’s Egg” – dobry tylko miejscami. Bywają chwile, gdy jego absurdalnie nieznośny muzyk jest całkiem sympatyczny i zdarza mu się wywołać szczery śmiech na widowni, ale przeważnie, mimo usilnych starań, nie potrafi ożywić tych banalnych dialogów. Owszem, stara się. Kolekcja jego drogich jedwabnych piżam robi wrażenie, ale w spektaklu brakuje momentów farsowej wściekłości i oburzenia, które nadałyby całości tempa.
Paradoksalnie, najlepszy moment przedstawienia wynikł z przypadku, gdy Sills naprawdę zakrztusił się kawałkiem tosta w scenie z O'Connellem. Zapytany o coś, Sills zrobił się czerwony na twarzy i z lekkim uśmieszkiem wykrztusił, że się dławi. O'Connell najwyraźniej uznał, że to próba „ugotowania” go na scenie i zignorował kolegę. Dopiero gdy Sills powtórzył, że naprawdę nie może oddychać, na twarzy O'Connella odmalowało się przerażenie. Co robić? Przez moment był kompletnie zbity z pantałyku. Wtedy Sills odzyskał siły po łyku wody i przywrócił dialog na właściwe tory, cofając się do momentu sprzed incydentu. O'Connell podchwycił to sprawnie i po raz pierwszy – i jedyny – publiczność poczuła autentyczną więź i porozumienie ze sceną.
Jako Diwa, Renée Fleming z pewnością wygląda olśniewająco i z nieskazitelną lekkością wyśpiewuje operowe frazy. Fryzura, suknia, postawa – wszystko jest bez zarzutu. Jednak niezaprzeczalnym faktem pozostaje to, że nie jest ona aktorką przeszkoloną w sztuce farsy czy wysokiej komedii, przez co wypada blado, mimo że prywatnie jest jedną z najbardziej czarujących postaci w tym zespole. Nie gra źle, ale też nie zachwyca. Zresztą, czy z takim materiałem ktokolwiek by zdołał?
Scenariusz stawia ją w niezręcznych sytuacjach. Suknia, którą musi nosić i która rzekomo nawiązuje do jej roli Mimi w „Cyganerii”, bardziej pasuje do Carmen czy „Dziewczyny ze Złotego Zachodu”. Co miał na myśli projektant kostiumów Michael Krass? W finałowej scenie Fleming musi zaśpiewać szlagier Irvinga Berlina „Always” – nie swoim operowym głosem, ale w sposób będący czymś pomiędzy operą a teatrem muzycznym. Fakt, że piosenka ta jest kluczowa dla jednej z najwybitniejszych komedii wszech czasów, „Seansu” (Blithe Spirit), to kolejny powód, by zastanowić się nad sensem jej użycia w tej produkcji.
Błyskotliwe, zwarte i świetnie wyliczone w czasie kreacje stworzyli Blake Hammond i Scott Robertson jako lokaje Diwy i Maestro. Obaj aktorzy współpracują wyśmienicie, osiągając harmonię, której brakowało w samym tekście. Trochę śpiewają, grają na pianinie, wnosząc do spektaklu powiew klimatu music-hallu i wodewilu – element bardzo pożądany, choć sama sztuka do niego nie dorasta.
W roli rozpieszczonego pieska Pucciniego triumfy święci Trixie, choć – szczerze mówiąc – odrobina warczenia na Maestro wcale by nie zaszkodziła.
W pewnym momencie Maestro nakłada na włosy syrop klonowy, żeby je wygładzić i dodać sobie sznytu. Tak, to właśnie tego typu przedstawienie...
To nie jest tekst godny broadwayowskiej sceny. Wymaga jeszcze mnóstwa poprawek. I w tym przypadku wina nie leży po stronie gwiazd.
Udostępnij artykuł:
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności