WIADOMOŚCI
RECENZJA: Lucky Stiff, Union Theatre ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
julianeaves
Share
Obsada spektaklu Lucky Stiff
Union Theatre,
29 września 2017
4 Gwiazdki
Zarezerwuj bilety Zawsze miło jest wrócić do tego zabawnego i błyskotliwego show. To pierwszy sukces duetu Lynn Ahrens (scenariusz i teksty) oraz Stephena Flaherty'ego (muzyka): pyszna, zwariowana farsa z numerami muzycznymi punktującymi akcję. To prosta, zgrabnie opowiedziana historia, dająca duże pole do popisu dla „tuzina z okładem” ról drugoplanowych, co czyni ją stałym punktem programu szkół teatralnych i uczelni. Sporo tej młodzieńczej, energicznej i radosnej atmosfery przenika do debiutanckiej produkcji Paula Callena. Reżyser w sposób symbiotyczny łączy swoje talenty i wizję z ognistą choreografią odkrycia branży, Jamiego Neale’a, wypełniając scenę głównie młodymi wykonawcami, którzy wyraźnie czerpią radość z kontynuowania witalności i kunsztu wyniesionego z zajęć. Zgodnie z najlepszą tradycją teatru „Union”, numery taneczne są tutaj gwoździem programu. Neale od samego początku nadaje ton orzeźwiającym otwarciem, ostrym jak brzytwa i absolutnie urzekającym. Kolejne kroki i układy wprowadza z niesamowitą oszczędnością i trafnością – poczekajcie tylko na zabójczą linię kankanową w dalszej części spektaklu! To prawdziwa perełka. Ów nastrój gorączkowej aktywności – tak charakterystyczny dla farsy – jest tu wszechobecny, choć wiele innych elementów w tej interpretacji gatunku uległo zmianie.
Ostatnio widziałem ten spektakl w konwencjonalnej scenografii pudełkowej, która kładła duży nacisk na „realistyczne” elementy widowiska: było mnóstwo błyskawicznego otwierania i zamykania drzwi, ze wszystkimi komplikacjami i coraz bardziej kuriozalnymi zestawieniami, jakie tworzy podejście typu „teraz widzisz, zaraz nie”. Farsa opiera się na interakcji między tym, co my i bohaterowie na scenie wiemy, a tym, co my i oni możemy zobaczyć. Projekt Reubena Speeda po prostu rezygnuje z tego wszystkiego, dając nam przejrzystą przestrzeń, niemal pustą panoramę, ograniczoną zaledwie siedmioma szkieletowymi ramami drzwi i ozdobioną kilkoma ramkami na obrazy. To całkowicie zmienia naturę sztuki, której doświadczamy. Obfity humor nie wynika już z komicznego, szaleńczego pędu uciekającej fabuły; zamiast tego zaczynamy naprawdę uważnie słuchać tego, co zostaje powiedziane, zwracając uwagę – a nawet biorąc na poważnie – prezentowane sytuacje. Tę pustkę upiększają snopy cudownego światła od Sama Waddingtona, nadając charakter i nastrój skądinąd opustoszałemu terenowi. W kącie zaś zwinna sekcja rytmiczna Richarda Bakera (z Richardem Burdenem na basie i Alexem Bramwellem na perkusji) sprawia, że partytura tyka rytmicznie niczym szalony zespół koktajlowy w obłąkanym hotelu na Riwierze.
Jesteśmy bowiem na południu Francji (przynajmniej przez większość spektaklu). Wciągnięty w przygodę przypominającą prozę Grahama Greene’a, Harry Witherspoon w interpretacji Toma Elliota Reade'a porzuca nudną pracę sprzedawcy butów w pogoni za tajemniczym spadkiem. Znaleźwszy się w samym środku sił przekraczających jego pojmowanie, łączy siły z uroczą Annabel Glick (Natasha Hoeberigs) – naturalnie rywalką do tych samych funduszy spadkowych. Tymczasem ich śladem podąża pyskata czarny charakter, Rita La Porter (Natalie Moore-Williams), skora do strzału jak zawsze i gotowa na wszystko, by zdobyć to, czego pragną pozostali, niemrawo wspierana przez gapiowatego Vincenta Di Ruzzio w wykonaniu Toma Keelinga. Do pościgu za skarbem dołącza też Luigi Gaudi (Jonathan Leinmuller), a zrozumienie jego motywów zajmuje nam chwilę. Najdziwniejszym zapisem w testamencie jest jednak to, że Harry musi pojechać na wakacje do Francji i zabrać ze sobą zwłoki swojego dobroczyńcy, Tony'ego Hendona (Ian McCurrach), który jest wożony tu i tam na wózku inwalidzkim, ucharakteryzowany tak, by wyglądał na niemal żywego.
Wokół tych centralnych postaci kręci się ciągle zmieniający się zespół: Lydia Marcazzo jako szansonistka z nocnego klubu Dominique du Monaco, Elizabeth Bright w roli tyczkowatej pokojówki, Beth Clarence w świetnie zarysowanych wielu rolach, Tom Mann jako prawnik, Blake Patrick Anderson jako kelner oraz Daniel Urich jako hotelowy boy. Co wspaniałe, partytura daje jeden z najbardziej zapadających w pamięć momentów wokalnych właśnie Urichowi, który wciela się także w konferansjera w klubie nocnym Du Monaco – jego głos to jedna z największych przyjemności tego wieczoru, warto zapamiętać to nazwisko.
Poza tym numery muzyczne – z których niemal każdy napisany jest w innym stylu – stanowią swoisty portmanteau i hołd Ahrens i Flaherty'ego dla wszystkich twórców piosenek, których cenią najbardziej: słyszymy tu zatem Sondheima w „Something Funny’s Going On” (ale w drodze do kasyna, a nie na forum), Maltby i Shire pojawiają się jako inspiracja dla duetu miłosnego głównych bohaterów „Nice”, Leslie Bricusse odważnie wybrzmiewa w stylu Shirley Bassey w „Rita’s Confession”, a wspaniała parodia Edith Piaf wydobywa się z zachrypniętych płuc Dominique w „Speaking French”. I tak dalej. Częścią zabawy jest dopasowywanie piosenek do ich źródeł inspiracji, co czyni spektakl bardziej szaloną rewią niż tradycyjnym „musicalem z librettem”, ale jest to w pełni zgodne z jego beztroskimi ambicjami.
To udany wieczór w teatrze, pięknie zrealizowany, z oryginalnym podejściem do dobrze znanej koncepcji i z wieloma elementami, które wywołują uśmiech na twarzy.
Spektakl grany do 21 października 2017
BILETY NA LUCKY STIFF
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności