Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Lunatic, TheatreN16 ✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Lunatic

TheatreN16

30 października 2016

1 gwiazdka

Theatre N16 to zespół, któremu poświęcam sporo uwagi. Widziałem kilka ich produkcji, odkąd przenieśli się do swojej nowej, ciekawej przestrzeni w The Bedford w Balham. Za każdym razem zabierali mnie do niezwykłych, zaskakujących miejsc, pozwalając doświadczyć rzeczy, których na co dzień nie spotykam.  Wśród nich olśniewająca „Liga Młodych” – genialna modernizacja Ibsena autorstwa utalentowanego i wszechstronnego reżysera i scenarzysty Whita Hertforda – wciąż pozostaje wzorem fringe’owego teatru w jego absolutnie najlepszym wydaniu.  Kiedy usłyszałem, że kolejnym projektem Hertforda ma być „Dracula” Brama Stokera, byłem podekscytowany.

Wczoraj, wchodząc do dużej przestrzeni „Globe Theatre” na parterze kompleksu pubowego, siłą rzeczy miałem pewne oczekiwania co do tego, co zobaczę.  Hertford to niezwykle inteligentny i obdarzony wyobraźnią twórca teatralny, a Stoker oferuje materiał wyjściowy, który zainspirował już niezliczone reinterpretacje.  Każdy, kto mierzy się z tak znanym dziełem, musi liczyć się z tym, że widzowie przyjdą z bagażem własnych wyobrażeń – zwłaszcza gdy twórcy przypominają o dziedzictwie klasyki, puszczając z głośników „Bela Lugosi’s Dead” grupy Bauhaus z mocą klubowego nagłośnienia.

Scenografia Bena Jacobsa jest odważna, surowa i konfrontacyjna: współczesne wnętrze placówki medycznej z biurkiem, mikrofonem, magnetofonem szpulowym, ekranem projekcyjnym, a nawet niską ścianką z pustaków.  Jak na razie brzmi to obiecująco.  Lekarz lub urzędnik siedzi zgarbiony przy biurku, po czym dwóch sanitariuszy wprowadza „pacjenta”, niejakiego pana Renfielda (Chris Spyrides), którego donośny głos przecina ciszę. Wtedy też zaczynamy słyszeć lekarza: Justina Stayleya, którego emisja głosu skłania się jednak ku wyraźnemu diminuendo.

Proza Stokera broni się na papierze, ale czytana na głos staje się niemal niemożliwa do udźwignięcia.  Dlatego większość adaptacji rezygnuje z prawie całego tekstu oryginału.  Ale nie tutaj.  Dostajemy całe połacie tekstu, który w swoim Statecznym, późnowiktoriańskim rytmie przeskakuje od jednej górnolotnej idei do drugiej – co stanowi literackie i językowe przeciwieństwo tego, co widzą nasze oczy: pacjentów psychiatrycznych faszerowanych pigułkami, znęcania się nad bezbronnymi chorymi (w tym gwałtu), oślepiających białych świateł (być może to nawiązanie do metod tortur CIA?).  Przepaść między tekstem a inscenizacją ziewa tak szeroko, że coraz trudniej jest przerzucić nad nią jakąkolwiek myśl, nie mówiąc już o emocjonalnym zaangażowaniu.

Po około godzinie pojawia się trzecia „postać”: kiedy w końcu zabiera głos, robi to tak cicho, że nawet w drugim rzędzie ledwo można było zrozumieć słowo z kwestii Sorchy Bannon.  Cóż, być może wcale nie mieliśmy skupiać się na słowach.  Na czym więc?  Na kolejnej bardzo statycznej i nieubłaganie „stonowanej” grze aktorskiej.  Ale w jakim celu?  To nigdy nie stało się jasne.

W końcu Nina, przyjaciółka lekarza i siostra zmarłej narzeczonej Lucy, udaje się do pokoju szaleńca Renfielda i dochodzi między nimi do zbliżenia.  Nie wiadomo, jak się tam dostała, jednak tytułowy „lunatyk” zaraz potem znika.  Następnie doktor Jonathan Harker daje do zrozumienia, że słyszy w głowie głosy – po czym jego obłąkany pacjent powraca… nagi i umazany krwią.  Dziewczyna również pojawia się na galerii biegnącej wokół sali, także naga i we krwi.  Renfield atakuje Harkera, gryząc go niczym wampir, po czym ucieka (dokąd?).  Wtedy uświadamiamy sobie, że to wszystko było tylko fantazją w wyobraźni Harkera!  I to by było na tyle.

Wiele tu elementów przypominających konwencje i nawyki niemieckiego teatru – mam wrażenie, że niemiecka kultura mogłaby cieplej przyjąć takie podejście niż brytyjska publiczność, ale kimże jestem, by wyrokować o gustach widzów?  Spektakl jest wystawiany; ludzie mogą walić drzwiami i oknami, dając się porwać Bóg wie jakim intelektualnym czy emocjonalnym wygibasom, mierząc się z tą czystą dziwnością i perwersją.  Niestety, obawiam się, że nie będę jednym z nich.  Wolę wrócić do „Nosferatu” Wendersa czy Murnaua, będę wciąż wracał do „Krwi dla Draculi” Paula Morrisseya.  Ale tę produkcję odłożę do tej samej szuflady co „Draculę – wampiry bez zębów” Mela Brooksa.

Może wewnątrz tego projektu kryje się inne, bardziej dopracowane i angażujące dzieło.  Jednak biorąc pod uwagę, że Hertford pracował nad nim osiem lat, sądzę, że to jest właśnie to, co chciał nam przekazać na ten temat – i musimy to przyjąć takim, jakie jest.  Albo i nie.  Nadal uważam go za wielkiego artystę i z niecierpliwością czekam na kolejne produkcje o jakości „Ligi Młodych”.  Z żalem muszę jednak stwierdzić, że w tej konkretnej propozycji osobiście takiej jakości nie dostrzegłem.

Spektakl Lunatic jest prezentowany przez Riot Act Theatre Company we współpracy z TheatreN16.

DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ O THEATREN16

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS