Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Ma Rainey: Matka bluesa, Netflix ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

pauldavies

Share

Paul T Davies recenzuje film „Ma Rainey: Matka bluesa”, który jest już dostępny na platformie Netflix z Violą Davis w roli głównej.

Viola Davis w filmie „Ma Rainey: Matka bluesa” Ma Rainey’s Black Bottom.

Już w ofercie Netflix.

4 gwiazdki

W czasie, gdy kina pozostają zamknięte, nie dziwi fakt, że oscarowe emocje koncentrują się wokół produkcji streamingowych. Ta pełna szacunku, wierna i przejmująca adaptacja sztuki Augusta Wilsona z 1982 roku – jednej z części jego dziesięcioelementowego Cyklu Pittsburgh – w pełni zasåuguje na tę uwagę. W chicagowskim studiu nagraniowym zespół i menedżer oczekują na przybycie Ma Rainey, filozofując, sprzeczając się i wspominajęc przeszłość. Napięcie rośnie, gdy pojawia się sama diwa, upierając się, by to jej jąkający się siostrzeniec nagrał wstęp do tytułowego utworu. Akcja zmierza do szokującego finału, który uważam za nieprzewidywalny i autentycznie mocny.

Byłbym bardzo zaskoczony, gdyby ta produkcja nie zdobyła przynajmniej dwóch nominacji do Oscara (i dwóch statuetek). Pierwsza powinna trafić do Violi Davis, która – zawsze doskonała i nagrodzona już Oscarem za rolę w innej adaptacji Wilsona, „Płotach” – jest w roli tytułowej po prostu zdumiewająca, przechodząc pełną transformację. Ma – jawna lesbijka, osoba kłótliwa, a przy tym niezwykle utalentowana – to rola marzenie, w którą Davis każdym centymetrem ciała. Choć bywa zaciekła i nieustępliwa, nawet gdy nie ma racji, Davis potrafi też pokazać w Ma Rainey momenty druzgoczącego wyczerpania, sugerując, że śpiew jest jedynym sensem jej życia. Nosi na sobie blizny doświadczeń, całą tę walkę, jaką musiały i wciąż muszą staczać czarnoskóre kobiety – widać to w jej zmęczonym spojrzeniu i nagłych wybuchach gniewu. Szkoda, że nie ma jej na ekranie więcej, ale tak też skonstruowana jest sztuka – Ma spóźnia się i pojawia rzadziej niż towarzyszący jej muzycy, jednak w tej wybitnej kreacji liczy się każda sekunda.

Druga nominacja do Oscara może postawić Chadwicka Bosemana w smutnym gronie pośmiertnych laureatów. Dziś wiemy już o jego problemach zdrowotnych podczas kręcenia filmu i widać to w jego sylwetce. Nie odejmuje to jednak ani krzty pasji jego przejmującej roli Levee'ego, impulsywnego trębacza z własnymi ambicjami, które prowadzą do konfliktu z Ma Rainey. Szczególnie poruszający jest jego monolog o zbiorowym gwałcie na matce, którego był świadkiem jako ośmiolatek, oraz o odwecie, jakiego dokonał jego ojciec. To nie przypadek, że każde pomieszczenie w studiu nagraniowym przypomina celę – wszyscy bohaterowie są uwięzieni przez swoją przeszłość i potworną historię rasizmu, rzadko wydostając się poza te mury. Tekst jest piękny, tempo niemal niespieszne, ale czuć narastające napięcie, aż w końcu historia ich przytłacza, a Levee zaprzepaszcza jakąkolwiek szansę na przyszłość.

Choć główne role są znakomite, cała obsada tego zespołowego dzieła została dobrana idealnie. Szczególnie urzekli mnie Glynn Turman jako mądry pianista Toledo, Jeremy Shamos jako cierpliwy menedżer Ma oraz Dusan Brown w roli siostrzeńca. Reżyser George C. Wolfe dodaje na końcu scenę dotyczącą zawłaszczenia kulturowego, co dodatkowo podkreśla aktualność sztuki i filmu. Zdecydowanie polecam.

 

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS