Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Medea w National Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Medea Teatr Olivier 7 sierpnia 2014 4 Gwiazdki

W 1697 roku William Congreve napisał swą jedyną tragedię, „Narzeczona w żałobie”, a w niej słowa, które zyskały nieśmiertelność:

Nie zna niebo wściekłości większej niż miłość w nienawiść zmieniona, ani piekło furii nad kobietę wzgardzoną.

Nie mamy pewności, ale jest wielce prawdopodobne, że Congreve miał na myśli Medeę – być może najpotężniejszą postać kobiecą w literaturze greckiej – pisząc te wersy dla swojej bohaterki, Zary. W sposób zwięzły i uderzający oddają one istotę miażdżącego dramatu Eurypidesa: przejmujące, trzymające w napięciu i niewiarygodnie nowoczesne studium psychologicznej furii, która prowadzi do wszechogarniającej żałoby-wściekłości, kulminującej w spektakularnym morderstwie.

Historia Medei, która zakochuje się w Jazonie (tym od wyprawy po złote runo), porzuca dla niego rodzinę, zabija własnego brata i ucieka z kochankiem do Koryntu, by tam urodzić mu dwóch synów, a następnie zostaje zniszczona, gdy mąż porzuca ją dla córki króla Koryntu, jest powszechnie znana. Wszystko to wydarza się, zanim jeszcze podniesie się kurtyna.

Sztuka skupia się na reakcji Medei na zdradę Jazona: bohaterka zdaje sobie sprawę, że najdotkliwszą zemstą nie będzie zabicie męża, lecz zniszczenie jego linii krwi. Chce odebrać mu honor jego Domu – wartość dla Greków najwyższą. Truje więc nową wybrankę Jazona oraz jej ojca, króla. Zanim orszak zmarłego władcy zdąży dokonać odwetu na niej i dzieciach, Medea morduje własnych synów, zmuszając Jazona do patrzenia na ostateczność jej czynów.

Często jedynym, co ludzie kojarzą z Medeą, jest dzieciobójstwo; postrzega się ją jako jedną z najgorszych antagonistek wszech czasów, przy której Lady Makbet wygląda jak Maria von Trapp. Nawet Sondheim wpisuje się w ten wizerunek, gdy w otwierającym numerze „A Funny Thing Happened On The Way To The Forum” Pseudolus śpiewa widzom, że aktorka grająca Dominę „zagra Medeę w dalszej części tygodnia”.

Jednak w Medei kryje się znacznie więcej niż tylko czarne serce i szaleńczy błysk w oku.

Jak zauważa Edith Hall w programie do spektaklu National Theatre – nowej adaptacji arcydzieła Eurypidesa pióra Bena Powera w reżyserii Carrie Cracknell:

„To nie jest tylko sztuka o rozpadzie małżeństwa i rodzicielstwie, ale głęboka analiza psychologiczna tego, jak każdy człowiek, bez względu na płeć, może pod wpływem zniewagi, straty i chęci odwetu zostać doprowadzony do zgładzenia osób, które kocha najbardziej”.

Helen McCrory w roli Medei jest po prostu genialna. Pełna furii, inteligentnej analityczności i ociekająca rozpaczliwym, rozdzierającym duszę gniewem, zawłaszcza scenę Oliviera kreacją na światowym poziomie. Jest zachwycająca w każdym geście: od wydobywających się z głębi trzewi krzyków rozpaczy na początku sztuki, przez wyraz twarzy, gdy rozkopuje ziemię w poszukiwaniu trucizny wzywając na pomoc Hekate, aż po fałszywe błagania kierowane do Kreona i jej „taniec” z Egeuszem. McCrory brawurowo oddaje wewnętrzny konflikt o los synów i tę finałową, pełną chłodnej determinacji marszrutę, by zgładzić ich nożem, który na naszych oczach ostrzyła z morderczą precyzją.

Finałowy, wstrząsający obraz, w którym Medea taszczy nasiąknięte krwią śpiwory ze szczątkami swoich dzieci, jest oszałamiający – idealnie podsumowuje to, jak upokorzył ją uwielbiany mężczyzna i jak straszną zemstę na nim wywarła.

McCrory dokonuje rzeczy niemal niemożliwej – sprawia, że zaczynamy rozumieć Medeę, współczuć jej i empatyzować z jej położeniem. Czujemy jej ból, strach i wściekłość równie wyraźnie, jak bicie własnego serca, które przyspiesza wraz z rozwojem horroru.

Patrząc na nią, trudno nie wyobrazić sobie Laurence'a Oliviera patrzącego z góry z aprobatą, cieszącego się, że National Theatre, który powołał do życia, wciąż sięga wyżyn aktorskich wyznaczonych przez niego i jego zespół pół wieku temu. Dziś te szczyty zdobywa się rzadko – ale McCrory wspina się na nie w sposób niezapomniany.

Niestety, aktorka nie znajduje godnego partnera w obsadzie. Danny Sapani jako Jazon jest bezbarwny i nużący; zamiast boskiego wojownika emanującego magnetyzmem, dostajemy postać skrajnie nudną, ociężałą w swojej fałszywej wielkości i nieprzekonującą. Jest wręcz nadzwyczaj przeciętny. McCrory to wulkan energii, przy którym Sapani jawi się zaledwie jako gasnący płomień świecy.

Jest to tym bardziej niezrozumiałe, że w obsadzie znajduje się Dominic Rowan jako Egeusz – rola zagrana z niezwykłą gracją i swobodą. Egeusz jest postacią kluczową; to scena z nim ukazuje Medei drogę zemsty, która najmocniej ugodzi Jazona. Rowan byłby znacznie lepszym Jazonem – chemia między nim a McCrory w tych krótkich wspólnych chwilach była namacalna. To spektakularnie zmarnowana szansa.

W zasadzie nikt z pozostałej obsady, poza Rowanem, nie wypada dobrze; niektórzy są wręcz fatalni – słaba dykcja, brak zrozumienia tekstu i brak wyczucia scenicznego „tu i teraz”.

Na uznanie zasługuje jednak Chór korynckich kobiet. Cracknell wykorzystuje go do postawienia politycznej tezy, a zarazem do zobrazowania stanów psychicznych Medei. Chór reprezentuje archetypiczne role kobiece w patriarchalnym społeczeństwie – od służącej po matkę. Śpiew i ruch w pełnej harmonii tworzą niepokojący i zaskakująco sugestywny efekt.

Ogromnym atutem spektaklu jest muzyka Willa Gregory'ego i Alison Goldfrapp – mroźna, nastrojowa i genialnie wyważona. Prawdziwy skarb tej produkcji.

Scenografia Toma Scutta jest, szczerze mówiąc, osobliwa. Wygląda świetnie i kosztownie, ale przypomina nieco zaniedbany hotel klasy ekonomicznej wymagający remontu, zestawiony z dzikim lasem stanowiącym tło dla groźnej Matki Natury. Połączenie rozkładu z surową mocą przyrody współgra z tematyką sztuki, choć wciąż wywołuje lekką konsternację.

Cracknell dba o tempo, dzięki czemu akcja ani na chwilę nie zwalnia. Napięcie tli się powoli, by wybuchnąć dokładnie wtedy, kiedy trzeba. Adaptacja Powera nie jest może wybitnie poetycka, ale spełnia swoje zadanie.

A przede wszystkim pozwala McCrory lśnić.

Rufus Norris, nadchodzący dyrektor artystyczny National Theatre, otwarcie mówi o skupieniu się na „nowej dramaturgii”. Bez wątpienia NT powinno promować nowe teksty, ale nie kosztem wielkich inscenizacji klasyki, w których wybitni aktorzy mają szansę pokazać pełnię swoich możliwości.

National Theatre musi stać potężnym aktorstwem w wielkich sztukach, zarówno nowych, jak i starych. Nicholas Hytner, podobnie jak jego poprzednicy, doskonale to rozumiał. Norris popełniłby poważny błąd, tworząc teatr, w którym kreacje takie jak ta Helen McCrory w „Medei” nie miałyby prawa bytu.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS