Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Metropolis w Ye Olde Rose And Crowne ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Metropolis

Ye Olde Rose And Crowne

13 października 2017

5 Gwiazdek

Zarezerwuj bilety Jeśli kiedykolwiek istniał spektakl desperacko potrzebujący ponownego odkrycia, przewartościowania i poważnego wznowienia, to jest nim właśnie ten. Widziałem go trzykrotnie podczas pierwszej inscenizacji w Piccadilly Theatre na West Endzie i mogę wam powiedzieć, że ówcześni widzowie oraz krytycy – zwłaszcza ci drudzy, a już na pewno ja sam – kompletnie nie potrafili pojąć jego piękna i atutów. Zamiast tego, show stało się swego rodzaju osobliwą, tymczasową atrakcją, kuriozum, na które ludzie „wtajemniczeni” czuli potrzebę pójść tylko po to, by się z niego pośmiać, wydrwić pretensjonalność i rzekomą niezgrabność, a przy okazji pogratulować sobie dostrzeżenia tylu wad i bycia mądrzejszym od autorów, realizatorów i obsady. Od zamknięcia tamtej produkcji w 1989 roku, spektakl nie gościł w Londynie. Każdy, kto spędzi choćby pięć minut z najnowszą propozycją All Star Productions – niezwykle pewnym siebie i dojrzałym wznowieniem w ich siedzibie nad pubem w północnym Londynie – absolutnie nie będzie w stanie zrozumieć, dlaczego tak się stało.

Reżyser Tim McArthur (Wspierany przez stałą współpracowniczkę Jamie Birkett) oraz kierownik muzyczny Aaron Clingham całkowicie przemyśleli ten tytuł na nowo i znaleźli genialną strategię, by wciągnąć nas na ścieżkę ich rediscovery. Już od pierwszego wejścia na widownię, sprytnie poprowadzonego nieznaną trasą (Rose and Crowne ma wierną i oddaną regularną klientelę, ale podejrzewam, że to rozwiązanie zaskoczy każdego bywalca), wchodzimy w przestrzeń odważnie przekształconą surowymi przekątnymi. Dzięki scenografii Justina Williamsa i Jonny’ego Rusta, oraz uderzającym światłom Vittorio Verty, świat ten staje się mroczną, podziemną industrialną krainą, w której czuć ducha futuryzmu i niemieckiego ekspresjonizmu. Piętno oryginalnego filmu niemego Fritza Langa (według scenariusza jego i jego żony, Thei von Harbou) najsilniej zaznacza się w otwierającej choreografii świetnie zrealizowanej przez Iana Pyle'a – kolejnego geniusza tego teatru – oraz w początkowych kostiumach Joany Dias. Później jednak te nawiązania ustępują, pozwalając nam w pełni zanurzyć się w historii opowiedzianej na nowo przez autorów musicalu.

Kariera kompozytora Joe Brooksa legła w gruzach dekadę temu w oparach skandalu obyczajowego przypominającego sprawę Weinsteina: oskarżony o liczne gwałty na tle zawodowym, Brooks odebrał sobie życie w 2011 roku, nie doczekawszy procesu. Dziś ten amerykański twórca „You Light Up My Life” i wielu innych przepięknych melodii powraca na naszych oczach jako autor jednej z najwspanialszych partytur musicalowych, jakie kiedykolwiek powstały na Wyspach. Otwierający utwór „101.11” jest równie mrożący krew w żyłach, co elektryzujący, a dzięki siedemnastoosobowej obsadzie, która śpiewa bez nagłośnienia, natychmiast zapominamy, że jesteśmy w małym teatrze fringe’owym. Zostajemy wrzuceni w sam środek wielkiej opowieści. Dusty Hughes, znany dotąd głównie z dramatów i sztuk telewizyjnych, stworzył libretto i teksty piosenek, wykazując się tu kunsztem librecisty najwyższej klasy – udało mu się skondensować widowiskowość filmu Langa, kładąc jednocześnie nacisk na ludzki wymiar historii. Dodatkowy materiał dostarczył inny Brytyjczyk, David Firman, artysta wszechstronny, w tym doświadczony kompozytor filmowy. Dzięki niemu show brzmi wspaniale kinowo, a zarazem intymnie i głęboko.

W rzeczywistości otrzymujemy tu pełnokrwisty dramat rodzinny w bezpośrednim zbliżeniu. Jest chłodny, autorytarny ojciec: John Freeman w oszczędnej, idealnie zagranej kreacji Garetha Jamesa – jego numer „The Machines Are Beautiful” jest tak szczery i poruszający, jak najlepsze przemówienie na zjeździe Partii Konserwatywnej. Freeman walczy o posłuszeństwo swojego syna i dziedzica, Stevena, granego przez fenomenalnie zdolnego Roba Herrona. To rola, która z pewnością przyniesie mu nie tylko nagrody, ale i zainteresowanie reżyserów castingu każdego wielkiego hitu na West Endzie – Herron dysponuje jednym z najmocniejszych, najlepiej osadzonych bohaterskich tenorów, jakie słyszałem od dawna, a przy tym imponującą sylwetką i męską urodą. Obiektem jego uczuć jest magnetyczna Maria: Miiya Alexandra z niezwykłą precyzją śpiewa partię sopranową, a jej duety z Herronem (nie wspominając o wielkim przeboju „It’s Only Love”) to absolutne punkty kulminacyjne wieczoru. Kiedy Maria przeistacza się w bezlitosną robotyczną Futurę, Alexandra mistrzowsko ogrywa ten dualizm a la Odetta i Odylia. Czwarty wierzchołek rodzinnego wielokąta stanowi intrygująco sfeminizowana postać dr Warner (twórczyni Futury), którą Kitty Whitelaw gra z oddaniem wykraczającym poza matczyną troskę, przemycając w każdym geście cień hrabiny Geschwitz (z kultowej „Puszki Pandory”).

Wokół tego piekielnego kwartetu, toczącego walkę między dusznym, toksycznym światem robotników a słoneczną, rozpieszczoną krainą elity, przewija się około 32 postaci granych przez zespół. Wśród nich Michael Levi skrada show jako George, obdarzony fantastycznym materiałem muzycznym, w tym oszałamiającym utworem „The Sun” (który w oryginale wykonywał Stifyn Parri). Alex Ely kreuje przerażającego, stalowego Jeremiaha, a Mark Mackinnon tworzy groźną postać Groata. Kontrastem jest Tom Blackmore, kolejny obiecujący nowicjusz, który w roli Marco dostarcza nam pasji i dramatu, idealnie współbrzmiąc z resztą wysokoenergetycznego ansamblu: Shannon Kavanagh, Mikeyem Woosterem, Natalie Jayne Hall i Freyą Tilly. Jako Elityści niezapomniani są również Michael Larcombe, Laura Hyde, Tami Stone i Kieran Wynne. Grupa „dzieci” niezbędna dla fabuły została zastąpiona lalkami, którym głosów użycza czwórka ostatnio wymienionych aktorów – dzięki temu zachowano napięcie spektaklu bez niepotrzebnego „zmiękczania” przekazu. Śpiew stoi na najwyższym poziomie, od znakomicie wykonanych scen zbiorowych po porywające hymny. Złożona warstwa muzyczna obejmuje wiele stylów, w tym rock, opowiadając historię niemal bez przerwy – od intymnych fragmentów kameralnych po potężne, stadionowe wręcz utwory.

Co zdumiewające, zespół odpowiedzialny za ten cały muzyczny rozmach tworzą jedynie: Aaron Clingham przy klawiszach, Ashley Blasse na gitarach, Ollie Davie na basie i Janette Williams na perkusji. To wprost nie do wiary, że tylko czworo muzyków kreuje tak potężne brzmienie tej zróżnicowanej i bogatej partytury. Długo zaniedbywany – z trudnych do zrozumienia powodów – spektakl ten z pewnością odnalazł na nowo swoją publiczność. To wielki krok naprzód dla All Star Productions: spektakularne odkrycie niesprawiedliwie zapomnianego arcydzieła musicalu. Miałem szczęście widzieć go na pokazach przedpremierowych i z radością wróciłem na wieczór prasowy. To ten rodzaj spektaklu, który chce się oglądać raz za razem. Śpieszcie się po bilety – to będzie jeden z najszybciej wyprzedających się tytułów tego roku.

Gramy do 5 listopada 2017

Zdjęcia: David Ovenden

METROPOLIS – BILETY

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS