WIADOMOŚCI
RECENZJA: My Night With Reg, Donmar Warehouse ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
My Night With Reg
Donmar Warehouse
19 sierpnia 2014
5 Gwiazdek
Przeniesienie do Apollo Theatre w styczniu 2015
Jest ta późna pora nocy, księżyc już zniknął, a świt ledwie mruży oko. Wszystko zamarło. Młody mężczyzna, zupełnie nagi, znużony opiera się o drzwi oranżerii, spoglądając w stronę ogrodu. Gra muzyka klasyczna. Wydaje się ucieleśnieniem piękna nadziei. Wchodzi inny nagi mężczyzna, a jego rozczochrane włosy zdradzają, że dopiero co wstał z łóżka. Wyłącza muzykę i pyta, dlaczego ten drugi, młodszy, wstał. Przeprasza za swoją wcześniejszą niedyspozycję łóżkową, ale młody człowiek tylko wzrusza ramionami.
„I tak nie miałem ochoty” – mówi. „Dlaczego?” – pyta starszy, nieco urażony.
„Czułbym się winny, prawda?” – Chwila ciszy. „Herbaty?”
Ta krótka, przejmująca i niezwykle piękna scena wyartykułowuje wiele tematów i problemów, które Kevin Elyot wplótł w swoją przełomową sztukę „My Night With Reg”. Obecnie jest ona wystawiana w Donmar Warehouse, po raz pierwszy od czasu jej premiery w Royal Court dwadzieścia lat temu.
Wspaniale wyreżyserowana przez Roberta Hastiego produkcja jest wyśmienita pod niemal każdym względem. Czas nie osłabił siły ani atrakcyjności starannie skonstruowanej i przemyślanej sztuki Elyota, ani nie stępił wnikliwej klarowności, z jaką utwór podchodzi do kwestii miłości, pożądania, przyjaźni, oszustwa, a zwłaszcza wyboru i konsekwencji. Spektakl wciąż jest zabawny, seksowny i druzgocący; jednak upływ czasu raczej wyostrzył, niż osłabił percepcję pięciu postaci, których losy splatają się w misterne detale, a wszystko to dzieje się w cieniu wszechobecnego, choć niewidzialnego Rega.
Akcja toczy się w czasach na długo przed tabletami, aplikacjami randkowymi i meldowaniem się na Facebooku. To epoka, w której telefony stacjonarne są główną formą komunikacji na odległość, a przyjaźnie są mniej efemeryczne niż w drugiej dekadzie XXI wieku – opierają się bardziej na wspólnych doświadczeniach i długiej historii. To czas, w którym widmo śmierci z powodu AIDS jest niezmywalnie wyryte w umyśle każdego aktywnego seksualnie geja. Czas kolacji, rozmów, pijackich zwierzeń oraz coraz bardziej skomplikowanych kłamstw i tajemnic.
Łatwo byłoby zbyć ten tekst jako „sztukę o AIDS”, ale nic z tych rzeczy. To opowieść o relacjach; komedia o polityce seksualnej, presjach społecznych i normach z mrocznym, drapieżnym podtekstem. Momentami bywa poetycka i boleśnie smutna, kiedy indziej zaś absurdalnie wręcz głupkowata. Ma w sobie jednak tętniący, żywy puls, który bije teraz głośniej i prawdziwiej niż w dniu premiery.
Kameralna przestrzeń Donmar niebywale w tym pomaga. Podobnie jak wspaniała scenografia Petera McKintosha: fragment salonu i oranżerii w nowym mieszkaniu Guya, gdzie wszystko jest „od linijki”, co odzwierciedla pedantyczne, niemal obsesyjne zachowanie samego właściciela. Scenografia i układ sali sprawiają, że widz czuje się niemal częścią akcji, skupionej wokół towarzyskich spotkań w domu Guya.
Obsada jest fenomenalna.
Najjaśniejszym punktem jest Lewis Reeves jako Eric – młody, podatny na wpływy chłopak z Birmingham, który na początku nie należy do grupy przyjaciół, ale pod koniec staje się jednym z nich, przejmując ich słabości i wady. To piękna, subtelna rola, pełna autentyczności i powolnego dojrzewania do realiów życia. Łatwo byłoby obsadzić w tej roli złotego młodzieńca, który nie oferuje nic poza urodą, ale Reeves czyni Erica niezwykle realnym i magnetycznie przyciągającym uwagę.
Eric musi odpierać awanse dwóch mężczyzn i Reeves radzi sobie z każdą z tych sytuacji inaczej. Jego odrzucenie Guya jest pełne dobroci i empatii, doskonale podsumowując lęki i brak pewności siebie starszego kolegi. Z kolei odrzucenie Johna jest nieco bezwzględne, zmuszając go do konfrontacji z faktem, którego ten nie chce przyjąć do wiadomości: że się starzeje i nie zawsze dostaje to, czego pragnie.
Julian Ovenden jest znakomity jako zagubiony John. Wieczny Apollo, nigdy nieskażony koniecznością pracy (dzięki rodzinnemu majątkowi), jest uosobieniem przemijającej urody. Wciąż atrakcyjny, ale bez blasku, zastąpionego przez pustkę i wypieranie faktów. Zdradza swojego najstarszego przyjaciela – człowieka, którego prawdopodobnie kocha, choć nie chce się do tego przyznać – a potem marnuje szansę na zadośćuczynienie. Droga Johna jest mroczna i dziwna, ale Ovenden sprawia, że śledzi się ją z niesłabnącym zainteresowaniem. Jest magnetyczny, zwłaszcza w kluczowych scenach z Reevesem.
Niezwykle trudno jest zagrać na scenie nudną osobę w sposób realistyczny. Jeszcze trudniej, gdy postać jest częścią zgranej paczki przyjaciół, z których każdy uważa ją za nudziarza. Richard Cant nie ma z tym jednak żadnego problemu. Jego „nudny” Bernie to czysta przyjemność dla widza. To bardzo precyzyjna, poruszająca kreacja, doskonała pod każdym względem.
Równie świetny jest Matt Bardock jako jego partner, jurny i hojnie obdarzony przez naturę Benny. To przeciwieństwo Berniego – nieokiełznany żywioł. Relacja tej pary jest zagrana tak bezbłędnie, że gdy Eric (Reeves) opowiada później o ich losach po rozstaniu, poczucie nieuniknionego mroku staje się niemal namacalne. To para połączona strachem: Bernie nienawidzi niewierności Benny'ego, ale boi się samotności po jego wyrzuceniu; Benny boi się, że zostanie potulną „panią domu”, jeśli przestanie szukać przygód. Gdy ostatecznie się rozstają, lęki obu się ziszczają. Benny staje się tym, kim Bernie zawsze chciał, by był – ale u boku kogoś innego. Złożoność i autentyczny smutek ich związku stanowią wspaniały kontrapunkt dla losów reszty przyjaciół. To inny rodzaj zmarnowanej szansy.
Są oni przy tym bardzo zabawni. Szczególnie udanym zabiegiem było ubranie ich w podobny sposób – co oddaje ideę par, które z czasem upodabniają się do siebie. I jak większość tutejszego humoru, skutkuje to przeszywającym chłodem, gdy śmiech nagle zamiera.
Geoffrey Stretfeild jest wyśmienity jako wytworny, zniewieściały Daniel – partner Rega, ale mentalna połówka Johna. Guy zauważa w pewnym momencie, że obaj musieli przespać się z każdym, kogo ten drugi poznał na studiach – ten wzorzec ciągnie się za nimi w dorosłość, przynosząc obu nieszczęście. To „droga nie wybrana”, która rzuca cień na każdy aspekt ich życia.
Stretfeild wymachuje rękami, dygocze, wierci się i przemyka przez emocjonalne pole minowe życia Daniela, nadając niezwykle barwny kształt postaci przejaskrawionej, a jednak bardzo prawdziwej. Jest zaskakująco przekonujący jak na aktora o tak mocnej posturze, mającego w dorobku role Makbeta czy księcia Hala.
Jako Guy, Jonathan Broadbent to uosobienie „dobrego chłopaka” – kogoś, kogo wszyscy podziwiają za bycie singlem, ale nikt prywatnie nie rozważa jako kochanka. Skrupulatny i lojalny, Guy wie wszystko; można mu powierzyć każdy sekret. Sam również skrywa tajemnicę – uwielbienie dla Johna, które wraz ze strachem przed AIDS wyniszcza jego życie. Broadbent czyni Guya całkowicie wiarygodnym, idealnym „kumplem”. Nie ma tu tanich sztuczek, jest szczera linia życia skomplikowanego, sfrustrowanego człowieka. Jedno zastrzeżenie: jego karykaturalne okulary raczej odwracają uwagę od kunsztu aktorskiego niż mu pomagają, a momentami manieryzm postaci bywa bezpodstawny; to jednak drobnostki.
Być może największym sukcesem Hastiego w pracy z tą obsadą jest autentyczne poczucie przyjaźni, które od nich bije. W pierwszej scenie Reeves jest outsiderem, ale więź między pozostałymi jest krystalicznie czysta, jakbyśmy widzieli ludzi znających się od dekady. Czuć, jak postać Reevesa ich podziwia, zastanawiając się, jak to jest mieć takich przyjaciół. Niezależnie od zdrad, skandali, intryg czy żałoby, ta więź pozostaje nienaruszona.
Dzięki temu asymilacja Erica w grupie jest tym bardziej radosna, a finałowa konfrontacja między Johnem a Danielem – w której obaj mają szansę na szczerość, a żaden z niej nie korzysta – staje się tak wstrząsająca i pełna rozpaczy.
Reg nigdy nie pojawia się na scenie, ale jest potężną obecnością. Elyot, który zmarł niedawno, może i nie pisał tej sztuki jako autobiografii, ale podobnie jak Reg, jego obecność jest wyczuwalna w każdym momencie spektaklu.
W programie Alan Hollinghurst idealnie podsumował jego dziedzictwo:
„Był mistrzem intrygi, który niczego nie marnował i miał głęboki szacunek do zbiegów okoliczności, których używał oszczędnie, ale celnie. W jego komediach obyczajowych, z ich cudownie bezczelnymi i autentycznymi dialogami, każdy szczegół ma znaczenie i znajduje swoje miejsce w strukturze, choć ta może stać się jasna dopiero w ostatnich momentach sztuki. Ich wyjątkowa poezja tkwi w dostrzegalnych symetriach i ukrytych harmoniach, które objawiają się wewnątrz i wokół zagmatwanych, a niekiedy okrutnie skróconych żywotów jego bohaterów”.
Hollinghurst trafił w sedno, a wspaniała produkcja Hastiego doskonale pokazuje dlaczego.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności