WIADOMOŚCI
RECENZJA: No Villain, Old Red Lion Theatre ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
timhochstrasser
Udostępnij
George Turvey i Helen Cole w No Villain. Fotografia: Cameron Harle No Villain
Old Red Lion Theatre
10/12/15
5 Gwiazdek
Stulecie urodzin Arthura Millera zaowocowało wieloma znaczącymi wznowieniami serii słynnych sztuk, które napisał na przełomie lat 40. i 50. XX wieku. Rzuciło ono również cenne i odkrywcze światło na zapomniane dzieła z jego wcześniejszych lat, zwłaszcza na The Man Who Had All The Luck, wystawione kilka miesięcy temu w King’s Head Theatre. Biorąc pod uwagę ogrom literatury naukowej oraz autobiograficzne pisma samego Millera, można by sądzić, że o początkach i rozwoju jego kariery powiedziano już niemal wszystko. Jednak reżyserowi Seanowi Turnerowi udało się dokonać czegoś nieoczekiwanego – zaprezentował nam światową premierę pierwszej sztuki Millera, No Villain, w wyśmienitej inscenizacji, która już teraz ukazuje styl pisarza w pełnej krasie. Wieczór prasowy, w którym uczestniczyło wielu wybitnych twórców, był triumfem dla wszystkich zaangażowanych. W swoich wspomnieniach Timebends Miller wspomina te sztukę mimochodem jako swoje najbardziej autobiograficzne dzieło, ale nie mówi nic więcej. Napisał ją w 1936 roku, mając zaledwie 21 lat i studiując na University of Michigan. Biznes odzieżowy jego ojca upadł, a on potrzebował nagrody literackiej, by móc opłacić studia. Nagrodę zdobył, cel został osiągnięty, a sztuka nigdy nie została wystawiona i odeszła w zapomnienie. Nie wiedzieli o niej nawet spadkobiercy Millera, a Sean Turner odnalazł ją dopiero w uniwersyteckich archiwach i uzyskał zgodę na produkcję.
Adam Harley w No Villain. Fotografia: Cameron Harle Wiele sztuk wznawia się tylko ze względu na późniejszą renomę autora, choć same w sobie nie bronią się na scenie. No Villain nie należy do tej kategorii. Choć nie jest to zagubione arcydzieło, to mamy do czynienia z kawałkiem świetnego pisarstwa, który całkowicie pochłania jako dramat. Zdumiewa fakt, że znaki rozpoznawcze stylu autora – zarówno pod względem tematyki, jak i techniki – są tu już w dużej mierze obecne.
Akcja trwa dziewięćdziesiąt minut bez przerwy, a każdy, kto zna twórczość Millera z kolejnej dekady, poczuje się tu jak w domu. Na pierwszy plan wysuwają się napięcia wewnątrz rodziny i w miejscu pracy: ojcowie przeciwko synom, brat przeciwko bratu. Konflikt między tym, co słuszne dla jednostki, a tym, co dobre dla ogółu, jest obecny od samego początku, ukazując charakterystyczne dla Millera podejście do nurtu dramatu znanego od czasów Greków, a tutaj zdradzającego wyraźne wpływy Ibsena. Eksplorowana jest rola ideologii – w tym przypadku komunizmu – oraz linia pęknięcia, jaka powstaje w zderzeniu z lojalnością wobec rodziny i bliskich.
Głos autora jest już w pełni ukształtowany. Dialogi wykazują niezwykłą dojrzałość i opanowanie. Bywają plastyczne i obrazowe, ale pozostają przekonująco naturalistyczne, bez sztucznej literackości. Postaci, nawet te drugoplanowe, są dobrze skontrastowane, co daje pole zarówno dla sytuacyjnego humoru, jak i wielkich dramatycznych obrazów. Przede wszystkim widzimy tu mistrzowską umiejętność Millera w kreowaniu niemożliwego do zniesienia ciągu nacisków na człowieka, by sprawdzić, czy pod wpływem napięcia węgiel zmieni się w diament, czy też rozpadnie w pył.
Akcja toczy się na zmianę w mieszkaniu podupadającej rodziny Barnettów oraz w biurze fabryki ubrań, którym zarządza ojciec, Abe Barnett (David Bromley). Dwie nastrojowe, szczegółowe, a zarazem proste scenografie Maxa Doreya czynią cuda na ograniczonej przestrzeni Old Red Lion, dzięki czemu przejścia między scenami są płynne. Losy rodziny pogarszają się w dobie Wielkiego Kryzysu. Matka, Esther (Nesba Crenshaw), zdradza już oznaki histerii, a Abe miota się między lękiem a głośną pewnością siebie, próbując ratować fabrykę przed skutkami strajku blokującego transport towarów. Starszy syn Ben (George Turvey) porzucił studia, by pomóc ojcu w interesach; młodszy Arny (Adam Hartley) studiuje i zachłysnął się marksizmem, a młodsza siostra Maxine (Helen Coles) cieszy się życiem nastolatki, ignorując domowy „szybkowar”. Najbardziej nieszczęśliwy jest dziadek Barnett (Kenneth Jay), który najgorzej znosi życie w trudnych warunkach.
Każdy staje przed trudnym wyborem moralnym: czy Abe i Ben powinni użyć wszelkich środków, by dostarczyć towar, nawet kosztem bezpieczeństwa robotników? Czy Arny powinien pomóc rodzinnej firmie, czy pozostać wiernym komunistycznym ideałom? Czy Ben ma zawrzeć małżeństwo bez miłości, by ratować majątek rodziny? Czy Esther zdoła utrzymać rodzinę w zgodzie, czy też będzie musiała wybrać między mężem a ojcem? Wszystkich ich łączy pytanie, jak zachować kręgosłup moralny, gdy lojalność wobec zasad i wobec ludzi prowadzi w sprzecznych kierunkach…
Nesba Crenshaw i David Bromley w No Villain. Fotografia: Cameron Harle. Te dylematy tworzą niezwykle intensywne spory i mocne wymiany zdań, w których czuć rękę prawdziwego Arthura Millera. Relacja między braćmi, pełna czułości i rywalizacji, jest absolutnie fascynująca i stanowi motor napędowy sztuki, a napięcia w pracy między Abem i Benem wytrzymują porównanie z podobnymi momentami w Wszyscy moi synowie czy Śmierci komiwojażera. Pojawiają się też czułe chwile między ojcem a córką czy matką i synami, co pokazuje imponującą skalę talentu Millera już na początku jego drogi.
Sztuka ma jednak pewne mankamenty, których można się spodziewać u niedoświadczonego dramaturga. Niektóre monologi są toporne, w tym przydługi wykład doktryny komunistycznej, który starszy Miller zapewne by wyciął. Struktura tekstu bywa nieco niespójna. Początkowo uwaga skupia się na powrocie Arny’ego z uczelni i potencjalnym starciu jego wartości z rodzinnym biznesem – komunizm kontra kapitalizm. Jednak do tego starcia nigdy w pełni nie dochodzi. Choć Arny odmawia pomocy podczas strajku, oczekiwana konfrontacja z ojcem rozmywa się, a sam Arny schodzi na boczny tor w finale sztuki.
Zamiast tego Miller bardziej interesuje się starszym bratem, Benem, którego postać staje się coraz bardziej złożona. Ben w rzeczywistości sympatyzuje z robotnikami, próbując jednocześnie pogodzić oddanie rodzinie z budowaniem własnej przyszłości. W najmocniejszym starciu między braćmi Ben wygłasza miażdżącą krytykę uproszczonych wyborów ideologicznych. To on jawi się jako prawdziwy bohater – człowiek, który przynajmniej próbuje pogodzić niemożliwe do pogodzenia elementy codzienności. To również Ben, a nie Arny czy Abe, dokonuje ostatniego aktu egzystencjalnej samorealizacji w samym finale.
To zakończenie pozostawiło mnie z mieszanymi uczuciami. Jest melodramatyczne, ale to nie jest główny problem – Miller zawsze potrafił łączyć surowy naturalizm z momentami podniosłego melodramatu, które wydają się trafne i nieuniknione. Problem w tym, że to zakończenie wygląda bardziej na nowy początek, stawiający masę nowych pytań. Przy sztuce tej długości można by oczekiwać drugiej części, w której te wątki zostaną rozwinięte. Odniosłem wrażenie, że publiczność była zaskoczona nagłym finałem, spodziewając się decydującego starcia ojca z synem. Gdyby Miller wrócił do tego tekstu w późniejszych latach, prawdopodobnie rozbudowałby go do pełnowymiarowego wieczoru.
Aktorstwo w tej produkcji jest bez zarzutu. Turvey ma najtrudniejsze zadanie pod względem ewolucji postaci i radzi sobie znakomicie. Jego Ben ma imponujący wachlarz emocjonalny i wielkie serce. Bromley świetnie oddaje postać Abe'a – jego gasnące talenty kupieckie, utratę pewności siebie i drażliwą naturę w obliczu krytyki. To przejmujący portret człowieka na skraju wytrzymałości. Łatwo byłoby przerysować postać Esther, ale Nesba Crenshaw mistrzowsko dawkuje emocjonalne załamanie bohaterki. Hartley dobrze wykorzystuje swoje momenty, czyniąc Arny'ego bardziej ludzkim, niż sugerowałby to tekst. Kenneth Jay, Stephen Omer i Anton Cross budują świetne, dopracowane mikro-sceny ze swoich epizodycznych ról.
Trudno wyobrazić sobie lepszą realizację od strony technicznej. To jeden z tych przypadków, gdzie ograniczona przestrzeń stymuluje kreatywność. Scenografia nie tylko cudownie przywołuje ducha epoki, ale jest też funkcjonalna, co podkreśla nastrojowe oświetlenie Jacka Weira oraz jazzowe wstawki dźwiękowe Richarda Melkoniana. Turner reżyseruje z polotem i w dobrym tempie, sprawiając, że scena wydaje się większa niż w rzeczywistości, zachowując przy tym intensywność kluczowych dialogów.
Wszystkim zaangażowanym należą się najwyższe brawa. Repertuar Old Red Lion w ostatnich sezonach zasługuje na uznanie za łączenie nowych dzieł z rzetelnym przywracaniem zapomnianych tekstów wielkich autorów. Jeśli ta sztuka zostanie przeniesiona na większą scenę, na co w pełni zasługuje, będzie to kolejny dowód na świetny instynkt artystyczny dyrekcji. Reżyserowi należą się szczególne podziękowania za determinację w odnalezieniu tego „ulotnego” dzieła i zaprezentowanie go z taką pasją i smakiem. Samej sztuce dałbym cztery gwiazdki, ale wybitna jakość inscenizacji sprawia, że z czystym sumieniem dodaję tę piątą, wieńczącą całość.
Udostępnij artykuł:
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności