WIADOMOŚCI
RECENZJA: Nobody's Business, King's Head Theatre ✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Nobody's Business
King's Head Theatre
2 października 2015
3 gwiazdki
Trzeba przyznać, że King's Head Theatre robi świetną robotę. Grają tam zdumiewającą mieszankę nowych tekstów i wznowień klasyków, płacą swoim aktorom i nieustannie stawiają na przygodę oraz przesuwanie granic. Od czasu mojej ostatniej wizyty przestrzeń widowiskowa przeszła metamorfozę i zamiast prowizorycznej sceny pudełkowej, teatr oferuje teraz nowoczesny układ widowni (na pograniczu traverse i thrust), co od progu zwiastuje ambitne podejście. Wchodząc tam, czujesz od razu, że King's Head wszedł na wyższy poziom.
Biorąc pod uwagę liczbę produkcji wystawianych w King's Head, nieuniknionym jest, że niektóre z nich nie będą najwyższych lotów. Zazwyczaj jednak, nawet jeśli sama inscenizacja kuleje, sztuka bądź aktorzy mają szansę błysnąć w sposób, jaki nie byłby możliwy nigdzie indziej. Publiczność staje się o wiele bogatsza dzięki doświadczaniu teatru offowego, gdzie brak budżetu na wystawne dekoracje, rekwizyty czy celebrytów nie pozwala odwrócić uwagi od niedociągnięć tekstu. Dotyczy to również aktorów, reżyserów, scenografów, autorów i wszystkich, którzy wiążą życie zawodowe z teatrem.
Bez teatru typu Fringe, jak ten w King's Head, duże sceny dotowane i komercyjne przedsięwzięcia teatralne ucierpiałyby niepomiernie. Istnieje silny argument za tym, by Arts Council hojniej wspierał King's Head Theatre – dotacja rzędu 50 tysięcy funtów rocznie dałaby im odrobinę swobody i mniej stresu. I co ten mały, dzielny teatr mógłby z tym zrobić?
Podejrzewam, że nie wystawiłby "Nobody's Business" – nowej komedii Sylvii Freedman, która właśnie ma tam swoją premierę. To osobliwy tekst, z założenia będący farsą satyryczną wyśmiewającą kulturę „zjednoczonej Europy”, system unijnych dotacji oraz szemrane procesy i fortele stosowane przy ich zdobywaniu i wydawaniu.
Sztuka zapożycza główny motyw z „Producentów” (zarabianie na finansowaniu celowej klapy) i próbuje przenieść go w dziwaczny świat innowacji i funduszy zalążkowych. Mamy tu psa pełniącego funkcję dyrektora firmy, zwariowanego wynalazcę pracującego nad autonomiczną, zmotoryzowaną torbą na zakupy, kobietę z niską samooceną, ale artystycznym zacięciem (której nie przeszkadza skakanie w kostiumie kangura), zawodzącego właściciela lokalu domagającego się czynszu oraz galerię śniadych obcokrajowców przewijających się przez scenę. Do tego dochodzą migające światło, stosy kartonów, danie na wynos żyjące własnym życiem, kuriozalne przerywniki taneczne podczas zmian dekoracji i efekty dźwiękowe rodem z przygód „The Three Stooges”.
Jeśli wszystko to brzmi jak „dobra zabawa”, to macie rację – tak mogłoby być. Ale niestety nie jest. Śmiechu jest tu jak na lekarstwo; szczerze mówiąc, całość jest zabawna niczym przymusowa kastracja.
A jednak...
Jest w tym coś, co trzyma uwagę, angażuje zainteresowanie i nie pozwala stracić nadziei. To tajna broń tej inscenizacji: Katy Manning.
Mimo bzdurnych kwestii, które przyszło jej wypowiadać, Manning nasyca każde zdanie pasją i energią. Przetwarza swoją postać, Sybil – dziedziczną dozorczynię budynku – w postać tętniącą życiem, pełną kwiecistych emocji i ciętych uwag. Nie szarżując ani przez chwilę, Manning tchnie w swoją bohaterkę i całą sztukę więcej życia, niż wydaje się to możliwe. Udaje jej się nawet sprawić, że absurdalne wygibasy w rytm „shake your booty” podczas zmian scen wydają się naturalne. To nie lada wyczyn.
Nieco przypominająca Felicity Kendall, nieco Carol Channing, z nutką Jo Grant (towarzyszki Doktora Who, którą zaczęła grać czterdzieści pięć lat temu) i nogami, których mogłaby jej pozazdrościć niejedna trzydziestolatka – Manning jest rewelacją. Oglądanie jej w tym nonsensownym spektaklu sprawia, że zaczynamy marzyć o zobaczeniu jej w roli Judith Bliss, Panny Prism czy Pani Żwawej. Potencjał Manning jest ogromny. Ma w sobie coś zdumiewająco indywidualnego, a zarazem kojąco bliskiego; uspokaja, inspiruje i urzeka.
Jest to tym bardziej godne uznania, że sztuka Freedman to niedorzeczne banialuki. Dialogi skrzypią mocniej niż cienka jak papier fabuła. Postacie są jednowymiarowe i nudne, a jeśli ktoś nie domyśli się zakończenia po pierwszych dziesięciu minutach, to najwyraźniej nie grzeszy inteligencją. Jedyne niespodzianki fundują nam niespodziewane i coraz dziwniejsze epizody Michaela Nowaka (jego scena miłosna z Manning w drugim akcie to komediowy szczyt wieczoru) oraz sama Manning, której chrypliwy głos potrafi ożywić nawet najnudniejszą frazę.
Reżyser John Adams wydaje się zupełnie bezradny wobec materii scenicznej. Nie ma pojęcia, jak wykorzystać nową konfigurację widowni, a ta konsternacja odbija się na każdym aspekcie reżyserii. Zmusza Manning do powtarzania ogranych gagów z „szukaniem drzwi”, z czego aktorka wychodzi obronną ręką, choć spektakl na to nie zasługuje.
Tekst Freedman jest w rzeczywistości zabawniejszy niż sugeruje to inscenizacja Adamsa, głównie dlatego, że tylko dwoje aktorów trafia w odpowiedni ton: Manning i Tristan Beint jako oślizgły, biurokratyczny wampir Hugo. Beint dorównuje energii Manning i ma świetne wyczucie farsy. Choć nie posiada jej lekkości ani drapieżnej fantazji, w swoim koszmarnym trzyczęściowym garniturze dotrzymuje jej kroku. Potrafi też umiejętnie posługiwać się swoim głębokim głosem. Podobnie jak Manning, Beint tworzy coś z niczego.
Adams zdaje się nie rozumieć komizmu ukrytego między wierszami. Postać Beinta powinna, niczym Myra z „Gorączki siennej”, używać seksu jako narzędzia do osiągania celów. Beint z pewnością by to udźwignął, ale reżyser nie pozwala mu uwolnić swojego wewnętrznego lowelasa.
Reszta obsady sprawia wrażenie, jakby grała w zupełnie innych przedstawieniach – Adams nie potrafił narzucić im wspólnego stylu ani spójnej wizji.
Stephen Oswald i Claire Jeater grają jak w kiepskim sitcomie dla melancholików (Oswald zdecydowanie powinien przestać krzyczeć, a Jeater wyjść z roli Kłapouchego), natomiast Jeremy Drakes opanował do perfekcji wizerunek szalonych i nerdowatych naukowców, ale nie zadał sobie trudu, by uczynić z nich wiarygodne postacie. Komedia, zwłaszcza farsa, opiera się na szczerym graniu w absurdalnych sytuacjach, a nie na absurdalnym graniu w każdej sytuacji. Każda z ról drugoplanowych wymaga skupienia i specyficznego rysu – toporna nadekspresja i bolesna nieśmiałość (często, o dziwo, naraz) tutaj nie pomagają.
Na pochwałę zasługują kostiumy Jamiego Simmonsa, a choć scenografia była nieco nieporęczna, spełniła swoje zadanie. Pudełka lądujące na widzach zawsze dostarczają rozrywki. Sherry Coenon dobrze oświetla akcję, a jej pomysł na wykreowanie atmosfery wątpliwego egzotyzmu za pomocą światła jest całkiem błyskotliwy.
To słaba produkcja słabej sztuki, którą jednak warto zobaczyć głównie dla Manning, a także dla Beinta.
Mimo wszystko King's Head Theatre powinien stale figurować na liście miejsc obowiązkowych dla każdego fana teatru. Podobnie jak Union Theatre czy Landor Theatre, jest to miejsce, gdzie przyszli mistrzowie rzemiosła teatralnego stawiają pierwsze kroki. Bez takich scen teatr jest zgubiony.
„Nobody's Business” w King's Head Theatre do 24 października 2015
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności