Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Not Quite Jerusalem, Finborough Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Julian Eaves recenzuje Not Quite Jerusalem – sztukę Paula Kembera wystawianą obecnie w londyńskim Finborough Theatre.

Ryan White i Ronnie Yorke. Fot. Kirsten McYernan

Not Quite Jerusalem Finborough Theatre,

5 marca 2020 r.

4 gwiazdki

ZAREZERWUJ BILETY




W 1980 roku czwórka młodych ludzi przed trzydziestką, szukając przygód poza Wielką Brytanią, trafia do kibucu. Tam ścierają się, kłócą, zakochują i odkochowują w sobie nawzajem oraz w dwójce Izraelczyków zarządzających ich wolontariatem. Śledzimy ich historię od przyjazdu aż po wyjazd, obserwując, jak doświadczenia te zmieniają każdego z nich. Autor wykorzystuje tę scenerię do wnikliwej analizy brytyjskiej tożsamości. Choć Izrael stanowi tło wydarzeń, ważniejsza jest tu szansa na odkrycie ukrytych prawd o tym, kim są Brytyjczycy i co myślą o sobie oraz o świecie, co czyni to wznowienie niezwykle aktualnym. Inscenizacja przygotowana na 40-lecie sztuki – zbiegająca się przypadkowo z 40. sezonem samego teatru – to ponowne odkrycie świetnie napisanego tekstu, który od czasu premiery był zadziwiająco ignorowany przez profesjonalne sceny.

Ryan Whittle i Ailsa Joy. Fot. Kirsten McTernan

Najciekawszą drogę przechodzi tu prawdopodobnie Gila, koordynatorka wolontariuszy. W tej roli Ailsa Joy daje popis mistrzowskiego aktorstwa – każda sekunda jej występu jest perfekcyjnie zaobserwowana, dopracowana w najmniejszym szczególe i wyważona w ramach całej koncepcji postaci. Rewelacyjnie operuje „łamaną angielszczyzną”, używając jej na różne sposoby, by pokazać najpierw obcość wobec grupy, a później nieporadne próby nawiązania bliskiej relacji z jednym z chłopaków, Mike’em. Mimo że gra kobietę silną i konkretną, potrafi też oddać głęboką zmysłowość spojrzeniem, dzięki czemu emocjonalna przemiana jej bohaterki jest niezwykle wiarygodna i fascynująca. Po sukcesie w „Bad Jews” w Theatre Royal, Haymarket, ta rola definitywnie potwierdza jej status jako aktorki o wielkim talencie.

Ronnie Yorke i Russell Bentley. Fot. Kirsten McTernan

Komiczną przeciwwagą dla powagi Gili jest fenomenalny Ronnie Yorke w roli odrażającego Pete'a – postaci, której umysł i dusza zdają się być ukształtowane przez lekturę brukowców. Yorke, nominowany już do nagrody Offie za rolę w „Will...” w Rose Playhouse, serwuje kolejną wybitną kreację. Jego niespożyta energia i niezwykle ekspresyjna twarz na każdym kroku komunikują złożoność bohatera. Choć postać ta na pierwszy rzut oka wydaje się jednowymiarowa, wnikliwa analiza tekstu i profesjonalizm aktora pozwalają wydobyć sieć sprzeczności oraz wrażliwość, które czynią tę rolę kluczową dla spektaklu.

Ryan Whittle i Miranda Braun. Fot. Kirsten McTernan

Reszta obsady jest równie celnie dobrana. Mike w wykonaniu Ryana Whittle'a to główny amant, choć skomplikowany przez brak charakteru; Miranda Braun nadaje ostrych barw dysfunkcyjnej roli pielęgniarki Carrie, a Joe McArdle dopełnia grono Brytyjczyków jako nie do poznania zmieniony, mętny kompan Pete'a. Jako drugą twarz Izraela oglądamy Russella Bentleya – spokojnego i opanowanego Ami'ego. To zgrany zespół, a na niewielkiej, „pocztówkowej” scenie teatru, gdzie aktorzy ciągle na siebie wpadają, energia jest wręcz namacalna. Na potrzeby spektaklu wschodząca gwiazda scenografii, Ceci Calf, stworzyła niezwykle sugestywną wizję farmy, którą z poetycką wyobraźnią oświetlił Ryan Joseph Stafford. Stafford – kolejne nazwisko warte zapamiętania – operuje nasyceniem barw i światłocieniem w sposób, który sam w sobie jest przyjemnością dla oka. Isobel Pellow odpowiada za sprytne kostiumy: od ubrań podkreślających autorytet Gili, po obcięte dżinsy Pete'a, w których wygląda, jakby urwał się z planu „Magic Mike”. W tym spektaklu każdy znajdzie coś dla siebie.

Ryan Whittle. Fot. Kirsten McTernan

Przedstawienie to także osobisty sukces reżysera, Petera Kavanagha. Pełnił on tutaj rolę znacznie większą niż tylko reżyserską – to on zainicjował projekt za namową dyrektora artystycznego teatru, Neila McPhersona, i sfinansował go z własnych środków przy wsparciu koproducentów. Doświadczenie Kavanagha jako głównego producenta dramatycznego w BBC Radio i świetne relacje z agencjami pozwoliły mu zaangażować najlepsze talenty, a jego celem jest przeniesienie spektaklu na większą scenę. Musiał on na nowo przemyśleć sztukę, której branża nie dotykała od czterdziestu lat, prowadząc zespół przez miesiąc intensywnych prób. Rezultat to niezwykłe przywrócenie do życia tekstu znanego z legend, ale prawie nigdy niewystawianego. I choć pierwsza połowa mogłaby nabierać tempa nieco szybciej, każda scena jest zagrana po mistrzowsku – to teatr oparty na aktorstwie, który po prostu działa. Prawdziwe napięcie pojawia się w drugiej części, kiedy stawka nagle rośnie. Autor Paul Kember odniósł tą debiutancką sztuką ogromny sukces i po latach wciąż jest z niej zadowolony. Myślę, że Państwo również będą. Może jako sposób na spędzenie wolnego czasu nie jest to „Ziemia Obiecana”, ale z pewnością jest to kawał świetnego teatru.

Not Quite Jerusalem można oglądać w Finborough Theatre do 28 marca

KUP BILETY NA NOT QUITE JERUSALEM

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS