Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: On The Town, Lyric Theatre ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Clyde Alves, Tony Yazbeck, Jay Armstrong Johnson oraz obsada broadwayowskiego On The Town. Fot. Joan Marcus On The Town

Lyric Theatre

29 października 2014

5 Gwiazdek

Jak to właściwie było, być widzem na Broadwayu w 1944 roku? Zanim Oklahoma! zmieniła wszystko? Jakie były ówczesne oczekiwania? Co liczyło się bardziej: reżyser, autor, kompozytor, muzyka, libretto, choreografia czy może gwiazdy? Gdy na widowni gasły światła, co było najważniejsze?

Pytania te nie padają dziś zbyt często, bo przez 70 lat od czasu, gdy Jerome Robbins, Leonard Bernstein, Betty Comden i Adolph Green stworzyli razem musical On The Town, oczekiwania publiczności diametralnie się zmieniły. Jednak wznowienie spektaklu w reżyserii Johna Rando z olśniewającą choreografią Joshuy Bergasse’a, grane obecnie w Lyric Theatre na Broadwayu, stawia je z niezwykłą wyrazistością.

I daje na nie odpowiedzi.

Wydawało się to niemal osobliwe, gdy orkiestra zaintonowała „The Star-Spangled Banner”, a publiczność zerwała się na równe nogi przed flagą USA rozciągniętą nad proscenium, z dłońmi na sercu, śpiewając dumnie – choć nie zawsze czysto – swój hymn narodowy. Ale w rzeczywistości był to strzał w dziesiątkę.

Jakkolwiek na to patrzeć, On The Town to hołd złożony Ameryce, a w szczególności Nowemu Jorkowi. Główni bohaterowie – trzej dziarscy, pełni życia marynarze – są uosobieniem amerykańskiego patriotyzmu. Odegranie hymnu to znakomity sposób na wprowadzenie w klimat epoki, w której osadzony jest musical, a także na podkreślenie eskapistycznej i idealistycznej wizji wolności, szans i optymizmu, która stanowi serce tego dzieła.

Scenariusz nie jest skomplikowany, ale w zupełności wystarcza i obfituje w komediowe sytuacje. Trzej kumple z marynarki wojennej dostają 24-godzinny przepustkę na ląd. Chcą zwiedzić Nowy Jork, zobaczyć zabytki i poznać dziewczyny. W metrze jeden z nich, Gabey, widzi plakat Miss Metra i postanawia ją odnaleźć. Przyjaciele rozdzielają się, by mu pomóc. Ich pechowe przygody napędzają resztę fabuły.

Jednak to nie narracja jest tu siłą napędową. Są nią postacie, muzyka i – co najważniejsze – taniec, który czerpie z nich swoją energię i cel. To bardziej spektakl taneczny niż West Side Story; ma nawet własną sekwencję „baletu we śnie”. To właśnie taniec jest kluczem do oszałamiającego sukcesu tego wznowienia oraz do zrozumienia samej natury i intencji show.

Taniec ma tu własny styl, własny język, a w choreografii Bergasse’a mówi głośniej niż strony dialogu. Kroki są trudne, pulsujące energią i pełne szyku. Bardzo baletowe, ale z tą jazzującą, broadwayowską ostrością, która zachwyca – zwłaszcza gdy obsada jest tak idealnie zgrana i precyzyjna jak tutaj. Taka wigor, tak czysta linia i tak ekspresyjna fizyczność to rzadkość.

Spektakl zawiera rozbudowane sekwencje taneczne oddające zgiełk Nowego Jorku, a w drugim akcie otrzymujemy absolutnie zachwycający, długi balet marzeń, w którym zakochany Gabey wyobraża sobie odnalezienie ukochanej wśród wyższych sfer na Coney Island. To czysta magia. Każdy, kto sądził, że tradycyjny „dream ballet” umarł we współczesnym musicalu, po obejrzeniu wizjonerskiej pracy Bergasse’a będzie musiał zmienić zdanie.

Przede wszystkim jednak taniec jest tu seksowny, zawadiacki i emanuje niepohamowaną radością. A wymarzona obsada radzi sobie z nim po mistrzowsku.

Tony Yazbeck jako Gabey to uosobienie męskiego, pełnego nadziei zalotnika – odważnego na morzu, ale nieśmiałego wobec kobiet. Jest rewelacyjny. Jego wykonanie „Lonely Town” chwyta za serce, a ekscytacja, którą wnosi do utworu „New York, New York”, jest elektryzująca. To artysta wszechstronny do potęgi dziesiątej. Jego taniec jest genialny – zadziorny, romantyczny, urzekający – a występ w sekwencji baletowej wręcz rzuca na kolana.

Jego dwaj najlepsi kumple, Jay Armstrong Johnson (Chip) i Clyde Alves (Ozzie), dotrzymują mu kroku na każdym etapie. Chip w wykonaniu Johnsona to świetny portret nieco naiwnego, kochającego rodzinę chłopaka, który próbuje zwiedzić miasto z nieaktualnym przewodnikiem w ręku. Jest rozbrajająco prostoduszny, przystojny i czarujący, rzucając się w każdą scenę z ogromnym zapałem. Szczególnie imponuje w „Come Up To My Place”, gdzie śpiewa szybki, rytmiczny numer, wykonując przy tym akrobacje, które są autentycznie zaskakujące i zabawne.

Ozzie w wersji Alvesa to trafiony w punkt portret pewnego siebie kobieciarza, który w głębi duszy okazuje się romantykiem. Jest bardzo dowcipny, świadomy swojego męskiego uroku i nieskrępowany w eksponowaniu swojej scenicznej charyzmy. Jego rola w „Carried Away” jest rozkoszna.

Alysha Umphress potrafi śpiewać, grać, epatować seksapilem i tańczyć – a w dodatku, rany, jak ona gotuje! Umphress to niezapomniana, genialna Hildy – wchodzi w tę rolę na pełnych obrotach i odnosi absolutny triumf. Razem z Johnsonem tworzą wybuchową parę, wyciskając z każdej sekundy pokłady humoru i czystej radości.

Elizabeth Stanley wciela się w Claire i tchnie w nią życie w niezwykłym, energetycznym występie. Jej mocny sopran brzmi oszałamiająco, przebijając się przez ogromną salę Lyric niczym wokalny wulkan. Jej gra i taniec są uwodzicielskie i uzależniające – nie tylko dla Alvesa, ale dla całej widowni.

Ten kwartet, napędzany pożądaniem i czystą frajdą, wywołuje owacje numerem „Ya Got Me”, zainscenizowanym z precyzyjnym erotycznym zacięciem i wykonanym z taką jednością, jaka wynika tylko z kombinacji umiejętności i absolutnego oddania. Tych samych talentów używają, by stworzyć wir emocji i żalu w „Some Other Time”. Czyste złoto.

Jako wymarzona dziewczyna Gabeya, Megan Fairchild jest po prostu... marzeniem. Jej taniec pod każdym względem zapiera dech w piersiach i jest wzorcowy. Śpiewa słodko i idealnie oddaje sprzeczne emocje zwykłej dziewczyny z marzeniami i długami, zmuszonej do rezygnacji z miłości. Moment, w którym ona i Gabey w końcu się odnajdują, ma taką siłę rażenia, jak scena w West Side Story, gdy Tony po raz pierwszy dostrzega Marię. Porywające.

Brakuje słów, by opisać salwy śmiechu, jakie wywołuje Jackie Hoffman w rolach „starszych pań”. Jest nieprawdopodobnie zabawna. Jej parodia Carmen Mirandy (wraz z przystojniakami dźwigającymi wielkie banany) to absolutny geniusz, podobnie jak moment, w którym wiecznie wstawiona Miss Dilly gubi się za kulisami. Hoffman to prawdziwa wyrocznia komizmu.

Świetne epizody zaliczają Philip Boykin (znakomity bas), Michael Rupert (jako sztywny sędzia idiota) oraz Alison Gunn. Zespół jest absolutnie fantastyczny, idealnie oddając różnorodność nowojorskich typów osobowości. Multikulturowy tygiel Manhattanu lśni tu w całej okazałości.

Kierownictwo muzyczne Jamesa Moore’a stoi na najwyższym poziomie; liczna orkiestra w pełni oddaje blask i energię melodyjnej partytury Bernsteina. Sekcja dęta brzmiała soczyście i klarownie. Brett Rowe poprowadził wykonanie z wielką pewnością siebie.

Beowulf Borritt stworzył znakomitą scenografię, która wspiera komiksowy klimat opowieści i oferuje kalejdoskop barwnych lokalizacji. Kostiumy Jess Goldstein są doskonałe, wierne epoce i spójne z postaciami. Każdy element oprawy, w tym wspaniałe światło Jasona Lyonsa, sprawia, że całość wygląda bajkowo.

Niektóre pomysły inscenizacyjne są dość odważne (szczególnie surrealistyczna scena z jaskiniowcami i tańczącym szkieletem dinozaura), ale wszystko działa wyśmienicie – od portu ze statkiem po jazdę taksówką i klimatyczne kluby nocne.

Finałowe chwile produkcji przepełnione są smutkiem. Trzy pary rozstają się, prawdopodobnie na zawsze. 24-godzinna przepustka dobiega końca, a magia Nowego Jorku ulatuje w stronę wspomnień. To bardzo poruszający moment.

Nagle na trap wbiegają trzej nowi marynarze, śpiewając „New York, New York”, co pokazuje, że koło fortuny kręci się nieustannie, a nadzieja jest wieczna.

To po prostu porywająca interpretacja dzieła, które mimo wielkich nazwisk twórców nigdy wcześniej nie odniosło aż tak spektakularnego sukcesu. John Rando i Joshua Bergasse znaleźli świeży sposób, by tchnąć życie w ten trudny materiał, tworząc wspaniałe teatralne wydarzenie. To musical w starym, dobrym stylu, ale w nowoczesnej, błyskotliwej i niesamowicie rozrywkowej formie.

Pozycja obowiązkowa.

Zarezerwuj bilety na On The Town na Broadwayu

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS