WIADOMOŚCI
RECENZJA: Once Upon A Mattress, Upstairs At The Gatehouse ✭✭
Opublikowano
Autor:
julianeaves
Share
Julian Eaves recenzuje musical Once Upon A Mattress, obecnie wystawiany w teatrze Upstairs at the Gatehouse.
Once Upon A MattressUpstairs At The Gatehouse, 7 marca 2020 2 Gwiazdki Kup Bilety Frywolnie brzmiący tytuł tego spektaklu jest – przykro mi to mówić – właściwie jedynym ekscytującym elementem tej produkcji. Ta powściągliwa, wręcz sztywna adaptacja baśni Hansa Christiana Andersena „Księżniczka na ziarnku grochu” nie ma w sobie absolutnie nic „dorosłego”: autorzy adaptacji, Jay Thompson, Dean Fuller i Marshall Barer (ten ostatni jest również rzemieślniczym, a momentami wręcz błyskotliwym tekściarzem), stworzyli nieubłaganie niewinną, uładzoną i dziecięcą wizję świata, pełną naiwnego optymizmu lat pięćdziesiątych. Gdyby spektakl był skierowany do dzieci, zwłaszcza tych poniżej 10 lat, mógłby się obronić. Mary Rodgers wydała ten show w tym samym roku, w którym jej ojciec zaprezentował „Dźwięki muzyki”, co tylko podkreśla ogromną przepaść między ich talentami. W obecnej formie trudno uznać, by trafiał on w gusta stałych bywalców musicali czy osób szukających czegoś dla dzieci. Może to być pewnym zaskoczeniem, gdyż w USA tytuł ten jest regularnie wznawiany, a i u nas (w 2003 roku w Landor) odniósł przyzwoity sukces. Co więc sprawia, że obecna produkcja w Highgate nie działa? Po pierwsze, inscenizacja reżysera Marka Giessera od samego początku sprawia wrażenie „problematycznej”. Scena jest skonfigurowana w ten sam sposób, co w jego poprzednim dziele pod tym adresem, ubiegłorocznym „Strike Up The Band” – zespół muzyczny upchnięto w głębi pola gry: kierowniczka muzyczna Jessica Douglas panuje nad muzykami i prezentuje żwawe wykonanie partytury Rodgers, wyciskając – dzięki własnym, bogatym aranżacjom – wszystko, co najlepsze z jej melodyjnego uroku i rytmicznej energii. Pod względem dźwiękowym słyszymy czysty Broadway lat 50. Jednak zupełnie co innego widzimy w scenografii Giulii Scrimeri. Mamy kilka ruchomych zastawek na kółkach i stertę pudeł oraz podestów, pod którymi kryją się zwały tekstyliów, co nadaje całości dość chaotyczny wygląd. Z tym kontrastują dość wystawne kostiumy w stylu pantomimy, w których krzykliwe kolory i dziwaczne zestawienia wzorów oraz tkanin mają „sugerować” połowę XIV wieku, a przynajmniej baśniowy świat, w którym sen księżniczek mąci jedynie suszona roślina strączkowa. Choć kostiumy sugerują przerysowaną grę aktorską, Giesser wymaga od swojej zdeterminowanej obsady śmiałych, krzykliwych, niemal dwuwymiarowych kreacji. W żadnej scenie nie ma miejsca na autentyczność; wszystkie emocjonalne przejścia odbywają się błyskawicznie, od zera do setki w trzy sekundy. Dialogi są wykrzykiwane bez żadnej modulacji czy uroku tradycji panto (brak tu interakcji z widzami czy poczucia rytualności). Zamiast tego pozostajemy pasywnymi obserwatorami, z trudem szukając punktu styku z tą interpretacją, podczas gdy dobitna bezpośredniość aktorstwa gryzie się z celowo tanią, dziwaczną opulencją kostiumów. Brakuje tu silniejszego uchwycenia „wodewilowego” ducha utworu. Lekkości, swobodnego podejścia, które współgrałoby z radosnym, lekkomyślnym charakterem scenariusza i muzyki. Przebłyski tego odnajdujemy w świetnej choreografii Chrisa Whittakera, jednak reżyseria nie wykorzystuje komicznej groteskowości oprawy wizualnej; co gorsza, nie udaje się jej odnaleźć magii w samej opowieści. Niemniej jednak łatwo współczuć solidnej obsadzie, która utknęła z tym niewdzięcznym zadaniem. W roli głównej Beth Burrows wkłada mnóstwo energii w postać amerykańsko brzmiącej księżniczki Winnifred; ale jak jej popisowy numer „I’m shy” ma wybrzmieć należycie na scenie, która wygląda jak bałagan po przeprowadzce? Ma ona również problemy z fonią, co może być winą nagłośnienia Andrew Michie’ego, ale prawdopodobnie bardziej wynika z faktu, że spektakl najwyraźniej nie przeszedł próby technicznej przed wieczorem prasowym (o co warto by zapytać reżysera). Oświetlenie Jess Pomeroy boryka się z podobnym problemem. Technicznie lepiej wypadł Theo Toksvig-Stewart jako książę Dauntless, a Julia Faulkner w roli przerażającej, stereotypowej teściowej-tyranki, królowej Aggravain, nie brała jeńców. Lata 50. nie są miejscem dla osób nieprzepadających za powierzchownym seksizmem. Zachwycający głos Rachel Louise Miller brzmi czysto i pewnie w licznych numerach muzycznych Lady Larken – szkoda tylko, że jej rola nie daje jej więcej pola do popisu. Rachel Lee-Gray świetnie brzmi jako Jester/Księżniczka 12, Scott Armstrong miło dla ucha wciela się w zakochanego Sir Harry'ego, a Matthew James Willis tryska energią jako Minstrel. Obsadę dopełniają John Sears jako Czarodziej i Courtney Hammond w podwójnej roli Lady Roweny i Słowika z Samarkandy. To utalentowany zespół, ale ten materiał, w tej konkretnej produkcji, nie pozwala im w pełni rozwinąć skrzydeł. Jako ciekawostkę można to sprawdzić – dla niewymagających widzów to dwie godziny niezobowiązującego eskapizmu.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności