Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Once Upon A Mattress, Upstairs At The Gatehouse ✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Julian Eaves recenzuje musical Once Upon A Mattress, obecnie wystawiany w teatrze Upstairs at the Gatehouse.

Once Upon A MattressUpstairs At The Gatehouse, 7 marca 2020 2 Gwiazdki Kup Bilety Frywolnie brzmiący tytuł tego spektaklu jest – przykro mi to mówić – właściwie jedynym ekscytującym elementem tej produkcji.  Ta powściągliwa, wręcz sztywna adaptacja baśni Hansa Christiana Andersena „Księżniczka na ziarnku grochu” nie ma w sobie absolutnie nic „dorosłego”: autorzy adaptacji, Jay Thompson, Dean Fuller i Marshall Barer (ten ostatni jest również rzemieślniczym, a momentami wręcz błyskotliwym tekściarzem), stworzyli nieubłaganie niewinną, uładzoną i dziecięcą wizję świata, pełną naiwnego optymizmu lat pięćdziesiątych.  Gdyby spektakl był skierowany do dzieci, zwłaszcza tych poniżej 10 lat, mógłby się obronić.  Mary Rodgers wydała ten show w tym samym roku, w którym jej ojciec zaprezentował „Dźwięki muzyki”, co tylko podkreśla ogromną przepaść między ich talentami.  W obecnej formie trudno uznać, by trafiał on w gusta stałych bywalców musicali czy osób szukających czegoś dla dzieci.  Może to być pewnym zaskoczeniem, gdyż w USA tytuł ten jest regularnie wznawiany, a i u nas (w 2003 roku w Landor) odniósł przyzwoity sukces.  Co więc sprawia, że obecna produkcja w Highgate nie działa? Po pierwsze, inscenizacja reżysera Marka Giessera od samego początku sprawia wrażenie „problematycznej”.  Scena jest skonfigurowana w ten sam sposób, co w jego poprzednim dziele pod tym adresem, ubiegłorocznym „Strike Up The Band” – zespół muzyczny upchnięto w głębi pola gry: kierowniczka muzyczna Jessica Douglas panuje nad muzykami i prezentuje żwawe wykonanie partytury Rodgers, wyciskając – dzięki własnym, bogatym aranżacjom – wszystko, co najlepsze z jej melodyjnego uroku i rytmicznej energii.  Pod względem dźwiękowym słyszymy czysty Broadway lat 50.  Jednak zupełnie co innego widzimy w scenografii Giulii Scrimeri.  Mamy kilka ruchomych zastawek na kółkach i stertę pudeł oraz podestów, pod którymi kryją się zwały tekstyliów, co nadaje całości dość chaotyczny wygląd.  Z tym kontrastują dość wystawne kostiumy w stylu pantomimy, w których krzykliwe kolory i dziwaczne zestawienia wzorów oraz tkanin mają „sugerować” połowę XIV wieku, a przynajmniej baśniowy świat, w którym sen księżniczek mąci jedynie suszona roślina strączkowa. Choć kostiumy sugerują przerysowaną grę aktorską, Giesser wymaga od swojej zdeterminowanej obsady śmiałych, krzykliwych, niemal dwuwymiarowych kreacji.  W żadnej scenie nie ma miejsca na autentyczność; wszystkie emocjonalne przejścia odbywają się błyskawicznie, od zera do setki w trzy sekundy.  Dialogi są wykrzykiwane bez żadnej modulacji czy uroku tradycji panto (brak tu interakcji z widzami czy poczucia rytualności).  Zamiast tego pozostajemy pasywnymi obserwatorami, z trudem szukając punktu styku z tą interpretacją, podczas gdy dobitna bezpośredniość aktorstwa gryzie się z celowo tanią, dziwaczną opulencją kostiumów.  Brakuje tu silniejszego uchwycenia „wodewilowego” ducha utworu.  Lekkości, swobodnego podejścia, które współgrałoby z radosnym, lekkomyślnym charakterem scenariusza i muzyki.  Przebłyski tego odnajdujemy w świetnej choreografii Chrisa Whittakera, jednak reżyseria nie wykorzystuje komicznej groteskowości oprawy wizualnej; co gorsza, nie udaje się jej odnaleźć magii w samej opowieści. Niemniej jednak łatwo współczuć solidnej obsadzie, która utknęła z tym niewdzięcznym zadaniem.  W roli głównej Beth Burrows wkłada mnóstwo energii w postać amerykańsko brzmiącej księżniczki Winnifred; ale jak jej popisowy numer „I’m shy” ma wybrzmieć należycie na scenie, która wygląda jak bałagan po przeprowadzce?  Ma ona również problemy z fonią, co może być winą nagłośnienia Andrew Michie’ego, ale prawdopodobnie bardziej wynika z faktu, że spektakl najwyraźniej nie przeszedł próby technicznej przed wieczorem prasowym (o co warto by zapytać reżysera).  Oświetlenie Jess Pomeroy boryka się z podobnym problemem. Technicznie lepiej wypadł Theo Toksvig-Stewart jako książę Dauntless, a Julia Faulkner w roli przerażającej, stereotypowej teściowej-tyranki, królowej Aggravain, nie brała jeńców.  Lata 50. nie są miejscem dla osób nieprzepadających za powierzchownym seksizmem.  Zachwycający głos Rachel Louise Miller brzmi czysto i pewnie w licznych numerach muzycznych Lady Larken – szkoda tylko, że jej rola nie daje jej więcej pola do popisu.  Rachel Lee-Gray świetnie brzmi jako Jester/Księżniczka 12, Scott Armstrong miło dla ucha wciela się w zakochanego Sir Harry'ego, a Matthew James Willis tryska energią jako Minstrel.  Obsadę dopełniają John Sears jako Czarodziej i Courtney Hammond w podwójnej roli Lady Roweny i Słowika z Samarkandy.  To utalentowany zespół, ale ten materiał, w tej konkretnej produkcji, nie pozwala im w pełni rozwinąć skrzydeł.  Jako ciekawostkę można to sprawdzić – dla niewymagających widzów to dwie godziny niezobowiązującego eskapizmu.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS