WIADOMOŚCI
RECENZJA: Pacific Overtures, Union Theatre ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Pacific Overtures Union Theatre 20 lipca 2014 4 gwiazdki
W kanonie dzieł Gilberta i Sullivana Księżniczka Ida plasuje się między Iolanthe a Mikadem, ciesząc się mniejszą sławą i uznaniem niż oba te tytuły. Podobnie Pacific Overtures zajmuje miejsce między A Little Night Music a Sweeney Toddem w dorobku Stephena Sondheima i – zupełnie jak Księżniczka Ida – jest niewytłumaczalnie mniej znane i rzadziej kochane niż te wielkie dzieła. A przecież w oryginalnym wystawieniu doczekało się o 177 spektakli więcej niż Merrily We Roll Along przy swojej premierze.
Mówiąc krótko: Pacific Overtures to często pomijana perła. Posiada cudowną, sugestywną i refleksyjną partyturę, a libretto Johna Weidmana jest surowe, proste i niezwykle skuteczne.
W Union Theatre możemy teraz oglądać wznowienie tego wielkiego dzieła w reżyserii Michaela Strassena, którego wcześniejsze produkcje musicali Sondheima w tym samym miejscu (Assassins, Company) bywały – mówiąc oględnie – problematyczne.
Tym razem jednak problemów nie ma. Z jednym zastrzeżeniem, jest to tak dobra inscenizacja Pacific Overtures, jakiej prędko nie zobaczycie. Świetna obsada, w przeważającej mierze bardzo dobre wykonania wokalne, piękna, wręcz hipnotyzująca reżyseria, mnóstwo dramatyzmu i intrygi. Całość cechuje spójność, która buduje magię dostępną tylko w teatrze muzycznym. Wyciągamy lekcje i nucimy melodie.
Zastrzeżenie dotyczy samej formy prezentacji. Czerpiąc z pomysłu Sashy Regana na męskie wersje operetek Gilberta i Sullivana, postacie kobiece grają tu młodzi mężczyźni, a właściwie chłopcy, w różnych stadiach rozebrania. Wprowadza to do spektaklu atmosferę w stylu „ladyboya”, dodając zmysłową warstwę, której tekst i muzyka wcale nie wymagają. Nie jest to katastrofa, ale bywa rozpraszające i... cóż, dziwne. Biorąc pod uwagę, że – w przeciwieństwie do produkcji Regana – ci eteryczni młodzieńcy nie śpiewają falsetem, odnosi się nieodparte wrażenie, że oglądamy wersję „gay” Pacific Overtures.
Program sugeruje wpływy butō i kabuki, a nie stricte homoseksualne, jednak żadna z tych form nie wymaga eksponowania tylu męskich ciał. Może prościej byłoby zatytułować to „Męskie Pacific Overtures”, bo wrażliwość, którą tu widzimy, odbiega od tradycyjnej. To nie tylko zderzenie kultur, ale też, o dziwo, seksualności.
Pacific Overtures to dzieło niezwykle dojrzałe, przyglądające się pod mikroskopem momentowi, w którym zmienił się świat; gdy wyspa Nippon – miejsce, gdzie cudzoziemcy mieli zakaz wstępu przez ponad 200 lat – została brutalnie wciągnięta przez USA w nowoczesną rzeczywistość międzynarodowej dyplomacji i handlu.
Sondheim stworzył tu jedną ze swoich najbogatszych i najbardziej wzniosłych partytur. Większość muzyki jest przejmująca i uderzająca; każdy dźwięk pcha fabułę do przodu, pogłębiając psychologię postaci i ich motywacje. W swoim popisowym stylu Sondheim serwuje jedną piosenkę, która niemal idealnie streszcza rwane, ostre motywy całego dzieła. Tutaj jest to „Pretty Lady” – utwór tak olśniewający i doskonały, jak wszystko, co wyszło spod pióra mistrza, stanowiący perfekcyjną ilustrację zderzenia kultur i bólu, jaki owo starcie wywołuje.
Kierownictwo muzyczne Richarda Batesa stoi na najwyższym poziomie i choć niektóre partie wokalne są zbyt wykrzyczane (co bywa nieuniknione przy grupie pełnych wigoru młodych mężczyzn, lecz wciąż nieco irytuje), ogólnie partytura brzmi świetnie. Orkiestra, choć nieliczna, gra precyzyjnie i z wielką pasją.
W obsadzie znajdziemy kilka prawdziwych pereł.
Oli Reynolds jest wzorcowy jako Kayama, samuraj awansowany tylko po to, by klasa rządząca nie musiała kalać się kontaktami z amerykańską flotą. Reynolds fenomenalnie oddaje strach i przerażenie swoją sytuacją, zmieniając się subtelnie wraz z biegiem opowieści. To zdecydowanie najbardziej dojrzała rola wieczoru. Jego wykonanie „A Bowler Hat” jest niezwykle wzruszające.
Jako jego żona, Tamate, Anthony Selwyn jest po prostu niesamowity. Ma niewiele do zrobienia, ale czyni to z wyjątkowym kunsztem i prawdziwym wyczuciem stylu oraz dramatu. Gra w spektaklu także inne role, ale to jego wcielenie w Tamate zostanie ze mną na długo. Wykwintne.
Wielu aktorów gra tu po kilka postaci. Największe wrażenie zrobili na mnie Joel Harper Jackson, Joel Baylis oraz (szczególnie) Josh Andrews – wszyscy świetnie grali i śpiewali bez względu na powierzone zadania.
Ken Christiansen włożył sporo dobrej pracy w rolę Recytatora, lecz zbyt szybko wpadał w krzyk, co osłabiało wymowę i siłę jego postaci. Jego charakteryzacja jest natomiast kapitalna. Marc Lee Joseph zaimponował jako Matka Szoguna w „Chrysanthemum Tea”, choć w innych scenach bywał nazbyt pretensjonalnie przerysowany.
Ian Mowat był wspaniały jako Stary Człowiek w „Someone In A Tree” oraz jako brytyjski ambasador w „Please Hello” (gdzie Sondheim prześciga Gilberta i Sullivana), ale jego interpretacja Madam w „Welcome To Kanagawa” była krzykliwa i męcząco banalna.
Alexander McMorran dysponuje znakomitym basem, choć głos nie do końca sprostał wymaganiom roli, a i jego gra pozostawiała sporo do życzenia. W teatrze muzycznym, zwłaszcza u Sondheima, samo śpiewanie to za mało.
Niestety, kluczowa postać została zaprzepaszczona. Jako Manjiro, rybak, który ucieka z wyspy do Ameryki, po czym wraca, zostaje skazany na śmierć, ułaskawiony, zmuszony do współpracy z Kayamą, by finalnie przeprowadzić pucz – Emanuel Alba zupełnie sobie nie radzi. Ten wielowymiarowy i intrygujący bohater historyczny w jego wydaniu jest jednowymiarowy i płaski. Wielka szkoda.
Choreografia i inscenizacja są przez cały czas przepiękne, z jedynym wyjątkiem w postaci dziwnego, nieco narcystycznego „Lion Dance” w wykonaniu Mariosa Nicolaidesa tuż przed końcem pierwszego aktu. Niektóre sceny olśniewają; intymność stworzona za pomocą tkanin i świec jest tak silna, a powolne, dostojne tempo niektórych układów wzmacnia efekt baletowy. Całości towarzyszy trudny do zdefiniowania artyzm, który pozostawia po sobie trwały blask.
Union Theatre to miejsce, które daje wiele okazji do zobaczenia rzadko wystawianych musicali. To jeden z tych wieczorów, kiedy trud dotarcia na miejsce oraz pogodzenie się z niedogodnościami i brakiem numerowanych miejsc naprawdę się opłaca.
Nawet w dusznej wilgoci i upale popołudnia, był to doskonale spędzony czas w towarzystwie magii Sondheima.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności