Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Present Laughter, Old Vic Theatre ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Julian Eaves recenzuje „Present Laughter” Noela Cowarda z Andrew Scottem w roli głównej – spektakl można już oglądać w londyńskim teatrze Old Vic.

Present Laughter

Old Vic Theatre,

27 czerwca 2019 r.

5 gwiazdek

Zarezerwuj teraz

Kilka lat temu National Theatre, w ramach swojej misji reprezentowania i kultywowania kanonu wielkich brytyjskich dramatopisarzy, odkurzył tę rzadko wystawianą i mało znaną komedię Cowarda z jego środkowego okresu twórczości, serwując jej poprawną i klasyczną inscenizację. Grupa etatowych aktorów sumiennie odegrała swoje role, starając się jak najlepiej lawirować na scenie Lyttleton, która była po brzegi zawalona ciężkimi meblami, bibelotami i rekwizytami. Cała ta scenografia, skonfigurowana niemal pionowo, by zwężać się i znikać gdzieś w głębi sceny, tworzyła duszny klimat cyganeryjnego życia. Z tego przeładowanego chaosu próbowano wykrzesać lekką komedię salonową, podczas gdy zrezygnowany odtwórca głównej roli snuł się bez celu w postaci, która zdawała się nie mieć żadnej przyszłości. Kiedy więc ogłoszono, że Old Vic wznawia ten trącący myszką staroć, w mojej głowie nie tyle zadzwoniły dzwonki alarmowe, co rozbrzmiała scena koronacji z „Borysa Godunowa” Musorgskiego.

O jakże się myliłem. Reżyser Matthew Warchus dokonał w swoim Old Vicu magicznej transformacji – aż trudno uwierzyć, że to jego pierwsze podejście do sztuki Cowarda. Andrew Scott powraca, by zmierzyć się z wymagającą rolą aktora, który nigdy nie przestaje „grać”. Ostatni raz widziałem Scotta w komedii Cowarda pod tym samym adresem kilka lat temu, gdy wcielał się w jednego z trzech kochanków w „Design for Living”. Wtedy reżyser Anthony Page dał Scottowi wolną rękę, pozwalając mu na pełną ekspresji kradzież każdej sceny. Tutaj, niemal dekadę później, z bagażem doświadczeń obejmującym świetnie przyjętego (i stonowanego) Hamleta oraz wiele precyzyjnych ról telewizyjnych, Scott pokazuje dojrzałość. Potrafi wycisnąć maksimum z oszczędnych środków – to genialne podejście przy roli, która dominuje przez większość trzech aktów i grozi aktorowi wyczerpaniem pomysłów na zabawianie publiki.

Scottowi nic takiego jednak nie grozi. Tu panuje nad sobą po mistrzowsku, kontrolując wszystko – a przynajmniej prawie wszystko – co dzieje się wokół niego. I dokładnie tak powinno być: ta rola to popis wirtuozerii dla wybitnie utalentowanego aktora. Głównym źródłem przyjemności z oglądania tej produkcji jest obcowanie z niesamowitymi umiejętnościami tak błyskotliwego i subtelnego profesjonalisty. Szczególną satysfakcję sprawia widzom fakt, że aktor osiągnął w rzeczywistości status bliski temu, o którym Garry Essendine Cowarda ciągle nas zapewnia. Co więcej, przy końcowych ukłonach pod sceną pojawił się postawny ochroniarz, bacznie obserwujący widownię – niewątpliwie po to, by w porę wyłapać nazbyt rozentuzjazmowanych fanów chcących osobiście złożyć gratulacje gwiazdorowi.

Cóż za dramaturgia! Niemniej jednak, kult osobowości samego Scotta nie znaczyłby tyle, gdyby nie doborowe towarzystwo reszty obsady. Napisana w 1943 roku sztuka to Coward w szczytowej formie, z mistrzowską kontrolą nad życiem domowym Essendine'a, jego personelem i gośćmi, którzy z idealnym wyczuciem farsy pojawiają się i znikają w pięciu drzwiach na scenie. Indira Varma jako Liz Essendine stanowi świetną przeciwwagę dla swojego męża (z którym jest w separacji), niewzruszona gapiowatym entuzjazmem Daphne Stillington (w tej roli Kitty Archer) – najnowszej zdobyczy jej męża-kobieciarza. Archer po mistrzowsku ogrywa tę postać, nawiązując do Niny z „Mewy” Czechowa, której fatalne aktorstwo jest jednym z komediowych szczytów twórczości mistrza. Co fascynujące, Warchus wprowadza jeszcze ciekawsze komplikacje w postaciach dwóch kolejnych „ciem” lgnących do blasku Essendine'a: porywczego i niezwykle autentycznego młodego pisarza Rolanda Maule (Luke Thallon), który kłamstwem toruje sobie drogę do sanktuarium wielkiego aktora, oraz – co jest jeszcze bardziej genialnym posunięciem obsadowym – postaci „Joe” Lyppiatta. W interpretacji Enzo Clientiego staje się on kimś na kształt Ricky’ego Martina – równie fascynującym, co przerażającym. Ostatecznie kończy on drugi akt wspólnym striptizem z wykazującym się tu inkluzywnością Essendine’em.

Mamy też gniewnego Morrisa Dixona, granego z niespożytą energią przez Abdula Salisa, oraz jego oburzoną, zdradzoną żonę Helen, w którą idealnie wcieliła się Suzie Toase. Nie zapominajmy o wiecznie opanowanej sekretarce, Monice Reed (Sophie Thompson), przypominającej nieco pannę Jean Brodie. Jest też Fred, (prawdopodobnie) całkowicie heteroseksualny służący, któremu Joshua Hill nadał pewnej siebie elegancji (choć tu i ówdzie rozsiano wskazówki, jak choćby dyskretne przekazywanie mu pieniędzy przez Garry'ego... i to nie raz!... co sugeruje, że ich relacja może mieć drugie dno). Bo tak to już jest z postaciami w świecie Cowarda: nigdy nie są tym, kim się wydają, a już na pewno nie tym, za kogo się podają. Cała zabawa polega na odkrywaniu, jak bardzo odbiegają od swoich pozorów i reputacji. Nawet gosposia, panna Erikson (pierwsza z ról Lizy Sadovy tego wieczoru), jest pełna niespodzianek (Sadovy bawi się jeszcze lepiej jako Lady Saltburn, przerażająca ciotka panny Stillington... tak, to wszystko się pięknie zazębia!).

Całość rozgrywa się w fantastycznej scenografii art déco autorstwa Roba Howella, który zaprojektował również nienaganne kostiumy. Wszystko to perfekcyjnie oświetlili Tim Lutkin i Hugh Vanstone. Simon Baker odpowiada za dźwięk (który raz po raz przypomina nam o sile taniej muzyki – niczym jedna z tych nużących weselnych playlist z oklepanymi hitami).

Ostatecznie jednak ta cała artystyczna konstrukcja ległaby w gruzach, gdyby nie potrafiła uwieść i oczarować publiczności. Robi to jednak z pełnym sukcesem, przełamując wszelki opór i prezentując nam wizję życia tak odległą od naszej codzienności, a jednocześnie tak pełną prawdy o naszym zamiłowaniu do pozowania i samooszukiwania się, oraz o naszej bezradności wobec własnych pragnień. Jak na pierwsze podejście do sztuki, która wielu innym sprawiała trudności, jest to jedno z najważniejszych wydarzeń teatralnych roku.

KUP BILETY NA SPEKTAKL PRESENT LAUGHTER

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS