Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Romance Romance, Landor Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

timhochstrasser

Share

Romance, Romance

Landor Theatre

12/10/15

4 gwiazdki

Kup Bilety Musical Romance, Romance zadebiutował na scenach off-Broadwayu w 1987 roku, a po świetnych recenzjach został przeniesiony do Helen Hayes Theatre, gdzie zagrano go imponujące 297 razy i zdobył pięć nominacji do nagród Tony. Niestety, w tamtym roku musiał rywalizować z gigantem – Upiorem w operze. W 1997 roku spektakl trafił do Wielkiej Brytanii, ciesząc się popularnością w Bridewell oraz Gielgud Theatre. Libretto i teksty piosenek wyszły spod pióra Barry'ego Harmana, a muzykę skomponował Keith Herrmann. Jak dzieło to prezentuje się niemal dwadzieścia lat po ostatniej londyńskiej odsłonie? Spektakl składa się z dwóch jednoaktówek połączonych motywem miłosnych perypetii oraz wspólnym utworem – kluczowym „It’s not too late”, który oddaje główne przesłanie przedstawienia: nigdy nie jest za późno, by zacząć lub wycofać się z romansu przekraczającego granice. Całość oparto na dwóch różnych źródłach literackich. The Little Comedy czerpie z opowiadania Arthura Schnitzlera, natomiast Summer Share bazuje na innej historii z epoki fin de siècleLe pain de ménage Julesa Renarda. Pierwszą część osadzono w epoce, drugą zaś przeniesiono do współczesnej rezydencji w The Hamptons.

Każdy z mini-musicali zawiera około tuzina piosenek, a wykonawcom towarzyszy sprawny i precyzyjny czteroosobowy zespół pod kierownictwem Ingi Davis-Rutter (fortepian) w składzie: Rosie Reed (instrumenty dęte, głównie flet), Jeremy Longley (bas i gitara basowa) oraz Tristan Butler (perkusja). Całość wyreżyserował dyrektor artystyczny Landor Theatre, Robert McWhir.

W pierwszej, dłuższej części, Josefine (Emily Lynne) i Alfred (Lewis Asquith) mierzą się z typowym dla Schnitzlera tematem: jak pokonać wielkomiejską nudę i ennui, by odnaleźć chwilę prawdziwej miłości. Oboje są majętnymi ludźmi, znudzonymi obecnym życiem, którzy uznają, że jedynym ratunkiem jest wyjście poza ramy własnej klasy społecznej. Alfred udaje więc ubogiego poetę, a Josefine biedną szwaczkę. Spotykają się i zakochują – częściowo w sobie nawzajem, a częściowo w niezwykłości samej sytuacji. O swoich przeżyciach opowiadają w formie listów pisanych do przyjaciół.

Utrzymanie pozorów na wakacjach okazuje się jednak trudne, gdyż żadne z nich nie potrafi tak naprawdę pisać ani szyć. Po powrocie do Wiednia spotykają się, by zakończyć relację, już w swoich prawdziwych, eleganckich strojach – i ku własnemu zaskoczeniu odkrywają, że chemia między nimi nie wygasła. Zmierzamy ku pozornie szczęśliwemu zakończeniu, choć u Schnitzlera nigdy nie można być tego pewnym… korowód trwa dalej.

Scenariusz daje aktorom ogromne pole do popisu w budowaniu niuansów postaci i przechodzeniu od flirtu do żarliwego zaangażowania. Lynne i Asquith bez trudu radzą sobie z technicznymi wymogami ról. Podobnie jednak jak w przypadku A Little Night Music Sondheima, któremu ten spektakl ewidentnie wiele zawdzięcza, kluczowe jest wyczucie specyficznego stylu, by widz nie tylko czuł się rozbawiony, ale i poruszony. Na początku zabrakło mi nieco ciężaru światowego znużenia, który nadaje bieg akcji i sprawia, że finał przynosi pożądane poczucie ulgi i ucieczki. Oboje aktorzy wykonują swoje partie solowe z dużą pewnością i piękną barwą głosu, a ich duety są zabawne i czarujące, jednak wciąż brakuje w nich podskórnego żalu i wyrzutów sumienia.

Kulminacją emocjonalną i najlepszym utworem wieczoru jest ballada „The night it had to end”, wykonywana tuż przed ostatnim spotkaniem bohaterów. Ta piosenka streszcza w sobie nieustanną nadzieję na trwałą miłość, melancholijne pogodzenie się z jej nieosiągalnością oraz determinację, by żyć chwilą. Emily Lynne zaśpiewała ją znakomicie, jednak oboje wykonawcy powinni jeszcze głębiej poszukać emocji i bardziej różnicować tempo partii mówionych, aby ich spostrzeżenia wybrzmiały w pełni dojrzale.

Warto dodać, że zadania aktorom nie ułatwia warstwa muzyczna, która nie w pełni wykorzystuje potencjał materiału. Instrumentarium bywa monotonne, a zbyt częste sięganie po rytm walca wydaje się służyć raczej budowaniu tła epoki niż podkreślaniu emocji. Obok zachwycających fragmentów melodycznych trafiają się sekcje, w których koloryt muzyczny wypada dość zachowawczo w zestawieniu z błyskotliwymi tekstami i dialogami.

Odwrotne wrażenie odnosi się przy drugiej części, która choć lżejsza tematycznie i słabiej zarysowana pod kątem charakterologicznym, jest znacznie bogatsza muzycznie. Tutaj wokaliści czują się zdecydowanie swobodniej, w pełni panując nad swoimi postaciami. Akcenty są przekonujące, a śpiew pewny i pełen charakteru.

Fabuły jest tu niewiele. Główne role gra ta sama para, co w pierwszej połowie. Sam (Asquith) i Monica (Lynne) nie są małżeństwem, lecz wieloletnimi, platonicznymi przyjaciółmi. Utwory i dialogi szczegółowo analizują ich relację, próbując wyjaśnić, dlaczego do tej pory pozostali wierni swoim małżonkom – Barbie (Sinead Wall) i Lenny’emu (Tom Elliott-Reade). Co sprawia, że związek trwa i czy ta reguła zmienia się z biegiem lat?

W tej części znów wyraźnie pobrzmiewają echa podręcznika Company Sondheima. Małżeństwo i bycie w parze trafiają pod lupę, co znajduje odzwierciedlenie w większej różnorodności tempa i struktury piosenek. Małżeńskie duety przeplatają się, wykraczając poza ramy czasu rzeczywistego. Uroczy, momentami uszczypliwy komentarz zapewniają „pominięci” Barb i Lenny, podsłuchujący igraszki Sama i Moniki. Ostatecznie kluczowe nie jest to, czy dojdzie do zdrady, lecz czy którykolwiek z bohaterów zyska większą samoświadomość poprzez swoje „romantyczne wyobrażenia”. Czy może wszyscy pozostaną w niewoli złudzeń? Pytania te spinają obie części spektaklu. Całość zrealizowano bardzo estetycznie – od kostiumów, po funkcjonalną scenografię (stylowa sofa i toaletka w pierwszej części oraz nowoczesny open-space w drugiej). Muzycy towarzyszą solistom z wyczuciem, dbając o balans i, gdy trzeba, dynamiczne uderzenie.

To intrygujące i wartościowe wznowienie z solidnymi kreacjami aktorskimi. Choć nie mam pewności, czy ten dyptyk na stałe zagości w repertuarze, wykonawcy w Landor Theatre przygotowali dla niego bardzo przekonującą i atrakcyjną wizytówkę.

Zdjęcia: Sofi Berenger

ROMANCE ROMANCE W LANDOR THEATRE DO 31 PAŹDZIERNIKA 2015

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS