Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Seven Brides For Seven Brothers, Regent's Park Open Air Theatre ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Siedem narzeczonych dla siedmiu braci

Regent's Park Open Air Theatre

3 sierpnia 2015

3 gwiazdki

ZAREZERWUJ BILETY

Sceniczna adaptacja filmu ma to do siebie, że aby uszanować formę teatralną, musi ona bronić się na własnych zasadach. Nie może po prostu polegać na renomie swojego wielkoekranowego pierwowzoru – musi bezwzględnie stać na własnych nogach. A to bywa trudne.

Zadanie staje się jeszcze trudniejsze, gdy film, na którym oparto wersję sceniczną, nie opierał swojej racji bytu na fabule czy pogłębieniu postaci. Produkcje bazujące głównie na widowiskowości rzadko dobrze przekładają się na deski teatru. To jeden z powodów, dla których nigdy nie powstała sceniczna wersja „Tragedii Posejdona”.

„Siedem narzeczonych dla siedmiu braci” było ogromnym hitem wytwórni MGM w 1954 roku. Owszem, w rolach głównych wystąpili Howard Keel i Jane Powell, ale największym atutem nie były wcale gwiazdy, lecz zapierające dech w piersiach sekwencje taneczne. Najsłynniejszą z nich była pełna testosteronu, akrobatyczna walka na taniec podczas wspólnego stawiania stodoły, stoczona między braćmi Pontipee a mężczyznami z miasteczka.

W sytuacji, gdy sceniczna wersja nie zawiera tego kluczowego, widowiskowego punktu kulminacyjnego, musi znaleźć nowy sposób na zachwycenie widza. Może to oznaczać nowe piosenki, wątki, postacie, dialogi czy inne rozłożenie akcentów. Częściowo taką drogę obrano w 1978 roku, adaptując spektakl na Broadway, jednak nie odniósł on tam pełnego sukcesu. Wznowienie tej adaptacji w 2015 roku wymaga znacznie więcej wysiłku niż niemal czterdzieści lat temu.

Dostrzegają to zarówno dyrektor artystyczny Timothy Sheader, jak i reżyserka Rachel Kavanaugh, wprowadzając ten tytuł do sezonu 2015 w Regent's Park Open Air Theatre. W programie do spektaklu wyjaśniają:

„RK: Zdecydowanie nie przenosimy po prostu oryginału na scenę. Po pierwsze, nie możemy tego zrobić. „Siedem narzeczonych” to najpierw był film, a teatr to zupełnie inne medium rządzące się swoimi prawami. Nawet gdybyśmy mogli, nie wiem, czy byśmy chcieli. Chcemy, żeby widz czuł coś świeżego, a zarazem znajomego.

TS: Chodzi o odnalezienie prawdy w tych musicalach, co nie jest tożsame z czynieniem ich realistycznymi czy naturalistycznymi. W momencie, gdy zaczynasz coś kopiować lub odtwarzać, teatr staje się martwy”.

Pomysłowa scenografia Petera McKintosha, skupiona wokół motywu drewna i drzew, tworzy niezwykle sugestywną panoramę zdarzeń. Widz ma wrażenie, że przeniósł się w dzikie, amerykańskie ostępy – niemal czuć zapach siana i słychać świst toporów, łomot ścinanych pni i grodzenie ziemi. To znakomita sceniczna ewolucja malowanych teł znanych z wersji filmowej. Prawdziwe drzewa i obfita roślinność, stanowiące naturalną scenerię Regent's Park, sprawdzają się tu wyśmienicie.

Choreografia Alistaira Davida jest pełna energii, męska i baletowa zarazem, a utalentowana obsada wykonuje ją z wielką starannością. Co najbardziej imponujące, choć bracia Pontipee tańczą jako jeden organizm, każdy z nich ma przestrzeń, by nadać układom indywidualny rys. Kroki mogą być zsynchronizowane co do sekundy, ale dynamika i nastawienie odzwierciedlają unikalne cechy charakteru każdego z nich. Caleb może wykonywać te same figury co Daniel czy Gideon, ale cała trójka podchodzi do nich w zupełnie inny sposób.

Choć choreografia Davida budzi uznanie, nie zbliża się do radosnego i popisowego poziomu pracy Michaela Kidda z filmu. Brakuje tu spektakularnych akrobacji i gimnastycznych sztuczek. Niestety, scena stawiania stodoły jest zapowiadana, wręcz hucznie ogłaszana, ale nigdy tak naprawdę się nie wydarza. Konstrukcja nie powstaje, a żadna inna porywająca sekwencja jej nie zastępuje. To spore niedopatrzenie w próbie przywołania magii kinowego pierwowzoru.

Wydaje się, że zarówno przy wyraźnych umiejętnościach Davida, jak i oczywistym talencie męskiej obsady, można było stworzyć popisowy numer, który skutecznie zastąpiłby słynną filmową scenę. W końcu to choreografia Kidda, a nie partytura czy libretto (ani nawet gwiazdy), uczyniła ten tytuł kultowym. Ten brak jest zaskakujący i zastanawiający. W rezultacie ciężar spektaklu spada na treść i muzykę, które nie zawsze są w stanie go udźwignąć.

Historia jest prosta. Siedmiu braci żyje i pracuje w lasach, pozbawionych kobiecej ręki po śmierci matki. Najstarszy, Adam, wyrusza do miasta i zdobywa serce silnej, energicznej Milly. Nie wspomina jej jednak o swoich braciach, więc gdy kobieta zastaje na miejscu gromadę nieumytych i nieokrzesanych mężczyzn, wpada w przerażenie. Trudno jej się dziwić. Milly trzyma się jednak danego słowa i zaczyna cywilizować braci — choć nie Adama — starając się uczynić z nich kandydatów akceptowalnych dla lokalnej społeczności.

Milly prowadzi odmienioną rodzinę do miasta na zabawę, gdzie każdy z braci zakochuje się w jednej z dziewcząt. Poprzez taniec rywalizują z miejscowymi mężczyznami o względy dam. Wszystko kończy się jednak bójką, a bracia wracają do domu sfrustrowani. Wtedy Adam wpada na pomysł, by – wzorem Rzymian i porwania Sabinek – uprowadzić wybranki. Tak też robią. Mimo tego porwania, historia kończy się oczywiście szczęśliwie.

Muzyka jest łagodna i sympatyczna, choć brakuje w niej wielkich hitów, które poderwałyby publiczność do owacji. Melodie, przyjemne i łatwo wpadające w ucho, choć niezbyt porywające, tkają swoją magię pod czujnym okiem i batutą Garetha Valentine’a. Aranżacje taneczne Valentine’a są fenomenalne i stanowią tętniące życiem oparcie dla choreografii.

Postacie są dość schematyczne, pozbawione głębi. W filmie ten jednowymiarowy podział nadrabiała charyzma gwiazd. Tutaj niezawodna Laura Pitt-Pulford nadaje Milly siłę, ciepło i inteligencję – szczerze mówiąc, znacznie przewyższa Jane Powell. Jej Milly jest całkowicie wiarygodna, pełna ludzkich sprzeczności w zachowaniu i czynach, jest kobietą, która nie boi się iść za głosem pożądania – zarówno do Adama, jak i do życia.

Wokalnie Pitt-Pulford to absolutne marzenie. Jej czysty, świetlisty głos panuje nad muzyką, a interpretacje są zmysłowe, przekorne i pełne pasji. Jej wykonania „One Day”, „Goin' Courtin'” czy „Love Never Goes Away” są wybitne; wyciąga z tych utworów więcej, niż można by oczekiwać. Choć pojawiają się problemy z akcentem (Milly bywa momentami niewytłumaczalnie irlandzka), jest to pewna i znakomita rola centralna.

Sukces Pitt-Pulford zawiesza jednak poprzeczkę bardzo wysoko – na tyle wysoko, że niestety, Adam w wykonaniu Alexa Gaumonda do niej nie dosięga. Fizycznie pasuje do roli, jednak nie potrafi na tyle ukryć swojej nowoczesnej, metroseksualnej wrażliwości, by pozwolić wyłonić się brutalnemu, patriarchalnemu i niebezpiecznie charyzmatycznemu „człowiekowi z lasu”. Jest zaskakująco powściągliwy w używaniu męskiego uroku, przez co nigdy do końca nie wiadomo, co Milly właściwie w nim widzi.

W dzisiejszych czasach bogate, grzmiące barytony, o których myślał kompozytor, pisząc „Bless Your Beautiful Hide” czy „Sobbin’ Women”, wyszły z mody i rzadko słyszy się je na scenie. Gaumond dysponuje świetnym, nowoczesnym głosem – jasnym i czystym; typem wokalu, który stał się standardem w rolach takich jak Marius, Raoul, Chris czy Link. I choć każdą nutę śpiewa poprawnie, w jego barwie brakuje ciężaru i kolorytu, który nadałby muzyce zamierzoną głębię. Potrzeba mu więcej błysku w oku i więcej „whisky” w głosie, by postać Adama naprawdę ożyła.

Wszyscy bracia Pontipee są świetnie zagrani, choć nadmiar drapania się i prymitywnych gestów w scenach przed pojawieniem się Milly był nieco zbyt banalny. Sam O’Rourke błyszczy jako najmłodszy brat, Gideon, idealnie łącząc niezdarność z optymizmem. Daniel Leona Cooke’a jest uroczo bezczelny, a Adam Rhys-Charles świetnie bawi się rolą Franka, który woli nie używać swojego prawdziwego imienia. Wszyscy też dobrze śpiewają i przekonują jako gorliwi adoratorzy. Numer „Lonesome Polecat” to czysta przyjemność, podobnie jak „We Gotta Make It Through The Winter”. Ta szóstka aktorów sprawia, że całość jest lekka i zabawna, a świetny taniec skutecznie odciąga uwagę od wątpliwej polityki seksualnej utworu. Razem z Gaumondem tworzą bardzo wiarygodną rodzinę.

Bethany Huckle (Alice) i Charlene Ford (Dorcas) wyciskają, co się da ze swoich naiwnych postaci i są naprawdę czarujące. Dobrą robotę wykonują też Eammon Cox, Jacob Fisher i Peter Nash jako rywale do ręki dziewcząt. Cały zespół pracuje ciężko i harmonijnie, a klimat epoki i miejsca jest doskonale oddany.

To lekka, letnia propozycja, przyjemna i urzekająca. Kavanaugh dba o odpowiednie tempo, a kostiumy McKintosha są kolorowe i w „słodkim” stylu retro. Gdyby tylko dopracowano kluczowy element widowiskowej choreografii i akrobacji, mogłoby to być coś naprawdę wyjątkowego.

Zdjęcia: Helen Maybanks

Spektakl „Siedem narzeczonych dla siedmiu braci” jest grany do 29 sierpnia 2015 r.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS