WIADOMOŚCI
RECENZJA: Zakochany Szekspir, Noel Coward Theatre ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Obsada Shakespeare In Love. (C) Johan Persson Zakochany Szekspir
Noël Coward Theatre
8 lipca 2014 r.
✭✭✭✭✭
Nie tak dawno temu pewien błyskotliwy reżyser teatralny ubolewał nad faktem, że współczesne sztuki są zbyt mocno osadzone „tu i teraz” i nie będą – wzorem dzieł Shawa, Ibsena, Eurypidesa, Szekspira, Webstera, Inge’a, Williamsa, Albeego, Czechowa, Marlowe’a, Wilde’a czy Cowarda (wymienił więcej nazwisk, ale wiadomo, o co chodzi) – wznawiane w kółko za sto lat. Twierdził, że żaden pisarz z drugiej połowy XX wieku nie dorównał tej klasie.
Przynajmniej pod jednym względem musi się on mylić. Twórczość Toma Stopparda z pewnością przetrwa długo po jego i naszej śmierci.
Dowodem na to jest po części spektakl wystawiany na West Endzie w Noël Coward Theatre – produkcja „Zakochanego Szekspira” w reżyserii Declana Donnellana. Scenariusz napisał Stoppard wraz z Markiem Normanem, a na potrzeby sceny zaadaptował go Lee Hall; spektakl jest obecnie w fazie pokazów przedpremierowych.
Trudno sobie przypomnieć, przynajmniej na przestrzeni ostatnich siedmiu lat, komercyjną produkcję nowej sztuki, która zadebiutowała bezpośrednio na West Endzie i jest równie zabawna, dramatyczna, porywająca i pouczająca (nie w kwestii historii, lecz samej istoty teatru). Wyłączając „Rydwany ognia”, żadna sceniczna adaptacja przebojowego filmu (pomijając musicale) nie zbliżyła się do sukcesu osiągniętego tutaj.
Widzieliśmy szósty pokaz publiczny. Premiera odbędzie się 27 lipca. Spektakl jest więc wciąż w fazie kształtowania. Mimo to prezentuje się imponująco i z pewnością stanie się światowym hitem (za produkcją stoi Disney).
Na pierwszy rzut oka to rubaszna farsa z namiętnym wątkiem miłosnym w centrum – i to farsa całkowicie udana. Miejscami można się szczerze uśmiać, ale nie brakuje też chwil przejmującego, czułego piękna i surowej desperacji. Całość zagrana jest z przejrzystością i finezją; to rozrywka najwyższych lotów.
Sztuka jest jednak czymś znacznie więcej. To wprowadzenie w świat języka, konstrukcji i postaci, które Szekspir uczynił nieśmiertelnymi. Pod tym względem tekst jest niezwykle błyskotliwy, dający intelektualną satysfakcję, momentami wnikliwy, stawiający pytania, a przy tym zawsze świeży i uwodzicielski.
Formą przypomina nieco miks „Wieczoru Trzech Króli” z „Kupcem weneckim”, „Henrykiem V” i, oczywiście, „Romeem i Julią”. Po drodze napotykamy czytelne cytaty lub nawiązania do większości, jeśli nie wszystkich, sztuk Szekspira oraz jego najsłynniejszego sonetu. Niektóre postacie są wyraźnymi echami słynnych bohaterów dramatów: Lord Szambelan to ledwie maskowany Malwolio (nawet idzie do więzienia); Sam ma w sobie coś z Tyzbe; od Wessexa bije Aguecheekiem, choć on akurat posiada nieco rozumu; Burbage żąda od Szekspira swojego funta mięsa niczym Shylock, ale ma też moment wielkiej wagi w stylu księcia Hala; Piastunka Violi przywołuje postać Marty z „Romea i Julii”; Ned Alleyn uosabia Merkucja z dużą domieszką Hotspura; Przewoźnik kanałuje ducha Odźwiernego i Grabiarza. Wszystko to jest niezwykle sprytne i nastrojowe.
W gruncie rzeczy Stoppard i Norman biorą monolog z „Dwóch panów z Werony” i czynią z niego kręgosłup tej pełnej miłości teatralnej swawoli:
Cóż to za światło, gdy Sylwii nie widzę?
Jakaż radość, gdy Sylwii nie ma przy mnie?
Chyba że myślę, że ona jest blisko
I karmię duszę cieniem doskonałości.
Jeśli nocą nie będę przy Sylwii,
Pieśń słowika nie ma dla mnie muzyki;
Jeśli za dnia nie spojrzę na Sylwię,
Dzień nie ma słońca, na które mógłbym patrzeć;
Ona jest moją istotą, a ja przestaję być,
Jeśli jej jasny wpływ mnie nie
Karmi, rozświetla, pielęgnuje i przy życiu trzyma.
Nie uciekam od śmierci, uciekając przed nią:
Zostając tutaj, czekam tylko na śmierć;
Lecz uciekając stąd, uciekam od życia.
Nawet gdyby obejrzenie tej produkcji nie dało nic poza kontaktem z tym wspaniałym fragmentem, byłoby warto. Szczęśliwie jednak, spektakl obfituje w znacznie więcej prezentów.
Aktorstwo jest wybitne.
Lucy Briggs-Owen jest fenomenalna jako ogarnięta obsesją na punkcie teatru i Szekspira Viola de Lesseps, córka bogatego kupca wydana za mąż za okropnego Wessexa. Viola tak desperacko pragnie teatru, że przebiera się za mężczyznę i bierze udział w przesłuchaniu do nowej sztuki Szekspira, którą okazuje się „Romeo i Julia”. Briggs-Owen z łatwością panuje nad sceną – jest równie przekonująca jako kanciasty, nieśmiały Tom Kent, jak i jako tryskająca energią, marzycielska Viola. Promienieje jednak szczególnym blaskiem, gdy gra Violę wcielającą się w Julię w kluczowej scenie balkonowej i scenie podwójnego samobójstwa.
Jeśli ta rola nie uczyni z Briggs-Owen wielkiej gwiazdy, uznam, że sprawiedliwość nie istnieje. Jest nieskończenie lepsza niż Gwyneth Paltrow w filmie. Bije od niej blask w każdym calu. Jej panowanie nad słowem jest zachwycające – najpierw, gdy wygłasza monolog o Sylwii przed królową Elżbietą I (znakomita, powściągliwa i kunsztowna rola Anny Carteret); potem, gdy jako pierwsza z obsady rozumie, jak podawać tekst Szekspira z pięknem i starannością; i wreszcie, gdy staje się czułą, niuansowaną i szaleńczo zakochaną Julią podczas premiery przed królową.
To kreacja światowej klasy, pełna wdzięku, pasji i porywającego warsztatu.
Wielką pomoc znajduje w Tomie Batemanie i jego ekscytującej roli Szekspira. Bateman jest najlepszy jako Romeo, ale jego wspólne sceny z Briggs-Owen są wibrujące, seksowne i po prostu cudowne. Jest męski i artystyczny, zdeterminowany i rozmarzony, pewny siebie i pełen wahań – to wielowarstwowa, głęboko przemyślana rola. On po prostu uosabia seksapil i poezję Szekspira.
Jego przystojny, pełen werwy, niemal bajroniczny urok sprawia, że słynna scena balkonowa staje się radosna i krzepko romantyczna – stanowi emocjonalną kulminację wieczoru, wulkaniczną ekspresję miłosnej radości życia. Bateman bez trudu łączy wizerunek początkowo niepewnego, a wkrótce genialnego poety z sylwetką zwinnego, żarliwego kochanka.
Równie świetna jest jego relacja z Marlowe’em (David Oakes, absolutnie rewelacyjny jako odnoszący sukcesy rywal, który darzy go taką sympatią). Moment rodem z „Cyrano de Bergerac”, gdy wspólnie układają wersję sonetu „Czy cię mam zrównać z radosnym dniem lata”, jest perfekcyjny. To dwaj ludzie teatru, którzy się kochają i inspirują – Bateman jest niesamowity w wyrażaniu żalu po śmierci Marlowe’a, podobnie jak w chwili, gdy uświadamia sobie, co przypadkowa wzmianka o porzuconej żonie robi z niewinnym sercem Violi.
Razem Bateman i Briggs-Owen stanowią ucztę dla zmysłów – wierzy się w każdy moment ich wspólnej drogi: od leniwej, sielankowej sceny nagości po miłosnym zbliżeniu (robi wrażenie nawet z antresoli), przez bolesne pojednanie po odkryciu prawdy o żonie, aż po rozdzierające serce rozstanie.
Zespół aktorski jest znakomity. Harry Jardine jako Sam, młody chłopak grający role kobiece, to czysta radość, choć jego gra „brakiem głosu” w drugiej części mogłaby być nieco bardziej stonowana. Paul Chahidi czuje się jak ryba w wodzie jako śliski Henslowe, a Alistair Petrie to idealny przykład Tudorowskiego buffo. Doug Rao błyszczy jako Ned Alleyn, narcystyczny aktor tworzący postać Merkucja, a Ferdy Roberts jest wspaniały jako Fennyman, inwestor, który pokochał teatr i przezabawnie gra Aptekarza w niebieskim kapeluszu. David Ganly jako szorstki i niedźwiedziowaty Burbage urzeka zwłaszcza mową motywacyjną, gdy udostępnia swój teatr na pierwszą premierę.
Jedną z największych zalet spektaklu jest to, jak pięknie oddano poczucie wspólnoty aktorów – tę rzadką więź rodzącą się podczas prób i współdzielenia sceny. Bonhomie, radość z grania, przyciągający blask świateł rampy – wszystko to pokazano błyskotliwie i z sercem.
Sceny szermierki są wzorcowe (ukłony dla Terry’ego Kinga), momentami niespodziewanie dreszczowe.
Scenografia Nicka Ormeroda jest zachwycająca – to fuzja przestrzeni znanych z The Globe i nowego Sam Wanamaker Playhouse. Drewniane podłogi i ruchome balkony sugerują intymność ówczesnych scen i pozwalają na płynne przenoszenie akcji z desek teatru za kulisy i w inne miejsca. Światło Neila Austina jest szalenie efektowne, szczególnie w scenach romantycznych i nastrojowych. Wykorzystanie kandelabrów to strzał w dziesiątkę.
Paddy Cunneen skomponował sporo muzyki, która jest odpowiednio dziarska lub przejmująca – niestety główny kontratenor śpiewa beznadziejnie nieczysto i niezwykle głośno, co psuje odbiór całości. Choreografia Jane Gibson jest prosta, pełna gracji i stylowa.
Donnellan reżyseruje z klasą; liczne sceny płynnie się zazębiają, bez chaosu, za to z trafnym akcentowaniem wzlotów i upadków głównych bohaterów.
To pełna energii, porywająca produkcja oparta na mistrzowskim tekście.
Ale…
Teatr był pełen ludzi, którzy przez cały wieczór zerkali w telefony, często w najbardziej napiętych momentach. Gdy Romeo popełniał samobójstwo, naliczyłem cztery telefony – bynajmniej nie po to, by robić zdjęcia, ale by wysyłać SMS-y, sprawdzać notowania giełdowe (!) czy portale społecznościowe (i to nie te najpopularniejsze…).
Kiedy wreszcie korzystanie z komórki podczas spektaklu stanie się okolicznością łagodzącą przy zarzucie zabójstwa? Kiedy bileterzy zaczną porządnie patrolować rzędy i wypraszać tych, którzy zakłócają przedstawienie telefonami?
A najlepiej: kiedy ludzie, którzy chcą gapić się w ekran podczas teatru na żywo, zostaną po prostu w swoim salonie?
Zostawmy prawników; najpierw wyeliminujmy użytkowników komórek w teatrach! (Z przeprosinami dla Dicka z „Henryka VI”, część 2).
Kup bilety na spektakl Zakochany Szekspir
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności