Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Shirleymander, Playground Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Julian Eaves recenzuje występ Jessiki Martin w spektaklu „Shirleymander” o Lady Shirley Porter, wystawianym obecnie w Londyńskim Playground Theatre.

Jessica Martin w „Shirleymander”. Fot. Simon Bohrsmann Shirleymander

Playground Theatre

25 maja 2019 r.

4 Gwiazdki

Zarezerwuj bilety

Hip hip hura dla Jessiki Martin za jej wspaniały popis aktorski w roli Lady Shirley Porter w nowym studium korupcji na szczytach władzy (londyńskiej dzielnicy) Westminster. W czasach, gdy wciąż wypatrujemy silniejszych i lepszych ról dla kobiet w teatrze – i to kobiet dojrzałych – ta postać wybucha niczym sylwestrowe fajerwerki na tle scenografii Gregora Donnelly’ego w stylu „Top-Of-The-Pops”, wywołując szczere okrzyki radości i owacje na stojąco od zachwyconej publiczności.

Wchodząc w ten osobliwy świat barw podstawowych, wiemy, że czeka nas coś spektakularnego: prostoliniowe bryły ułożone w chaotyczny tor przeszkód, nad którym zawieszono świecące paski neonów (światła: Sherry Coenen). Przez ten labirynt, z mniejszym lub większym trudem, przedzierają się bohaterowie dramatu, podczas gdy ścieżka dźwiękowa wypełniona hitami z lat 80. (dźwięk: Yvonne Gilbert) tętni optymizmem i glamourem. Prezentując bohaterkę w serii kreacji (asystentka kostiumografa: Joanna MacDonald) i perukach zaprojektowanych przez Richarda Mawbeya, autor Gregory Evans przenosi nas w czasy jednej z najsłynniejszych i najbardziej kontrowersyjnych postaci samorządowych od czasu T. Dana Smitha – niezwykłej i niezapomnianej byłej liderki Rady Miasta Westminster, Shirley Porter.

Jack Klaff i Jessica Martin w „Shirleymander”. Fot. Simon Bohrsmann

Mistrzowskie pociągnięcie autora następuje na samym początku, gdy widzimy ją w cichej, prywatnej chwili jako troskliwą żonę schorowanego męża (Jack Klaff, w jednej ze swoich kilku ról: pozostali aktorzy grają po kilka postaci, co być może podkreśla ich powierzchowność i wymienność – tylko Shirley pozostaje Shirley, stałą i niewzruszoną gwiazdą w centrum tego wszechświata). To genialna w swej prostocie scena; natychmiast stajemy po jej stronie – choć ona nigdy o to nie prosi. Jedyne, czego żąda – namiętnie, głośno i zdecydowanie – to to, co uznaje za swoje prawa i za „słuszne” działanie. Dąży do celu z konsekwencją i determinacją, które do dziś zapierają dech w piersiach swoją intensywnością.

Rola Porter jest kolosalna: niemal nie schodzi ze sceny. A kiedy już to robi, to najwyraźniej po to, by przebrać się w kolejną idealnie skrojoną kreację z lat 80. Pamiętacie pepitkę? Pamiętacie kokardy? Tutaj są wszędzie. „Liderka” w interpretacji Martin to prawdziwa Eva Perón w tęczowych kolorach i stylu power dressing. Oczywiście nie zapomina o „ludzkim podejściu” – potrafi zwrócić uwagę widzom (siedzącym na krzesłach po obu stronach sceny), by pozbierali śmieci. Ten moment, jak wiele innych w tym precyzyjnym scenariuszu, aż prosi się o uznanie ze strony tych, którzy pamiętają medialną karierę żądnej rozgłosu Shirley. Teraz nowe pokolenie odkrywa ją na nowo w tym wielkim, epickim dramacie.

Jessica Martin w „Shirleymander”. Fot. Simon Bohrsmann

Stosując liczne techniki „wyobcowania”, Evans i reżyser Anthony Biggs oferują nam rodzaj brechtowskiej medytacji nad władzą i jej demoralizującym wpływem. Biografia Andrew Hoskena „Nothing Like A Dame, The Scandals of Shirley Porter” jest cytowana jako źródło, a sam Evans pisze o „tragicznym” wymiarze jej kariery. Nie jest to jednak tragedia w sensie arystotelesowskim. Zamiast tego jesteśmy zachęcani do myślenia i refleksji nad tym, co widzimy i słyszymy. Temperatura emocjonalna przez cały wieczór pozostaje chłodna i niemal zdystansowana; jest tu trochę humoru, ale ogólnie ton jest dydaktyczny i obiektywny. Dopiero na końcu, gdy uwalniamy się spod czaru sztuki, reagujemy z niezwykłą odwagą. To tak, jakbyśmy odkryli coś ważnego nie tylko o tych, którym powierzamy zaufanie – o naszych rządzących – ale i o nas samych. To oczyszczające doświadczenie pozwala nam poczuć, że możemy stawić czoła dzisiejszemu światu z większą pewnością siebie. Jakże niewiele spektakli pozostawia nas z takim uczuciem?

Reszta zespołu świetnie radzi sobie ze swoimi rolami. Omar Baroud jest zawsze bardzo skupiony. James Horne zachwyca różnorodnością kreacji, wcielając się m.in. w ojca Shirley oraz audytora okręgowego (który doprowadza do upadku imperium Porter). Klaff, jak już wspomniano, jest świetny, genialnie dawkując emocje, by zakończyć jako lodowaty prezes Tesco. Majątek Porter pochodził z sukcesu firmy jej ojca, jednak po jego śmierci odsunięto ją od zarządu – ta scena wciąż budzi ciarki. George Potts wspaniale uczłowiecza swoje postacie, zwłaszcza zrujnowanego dyrektora wykonawczego Westminster. Z kolei Amanda Waggott zapadnie nam w pamięć dzięki serii genialnych epizodów, w tym roli lekarza naoliwiającego strzelbę na sali obrad Rady.

Jessica Martin i Jack Klaff w „Shirleymander”. Fot. Simon Bohrsmann

Sceny naturalistyczne przeplatają się tu z narracją skierowaną bezpośrednio do widza. Moim zdaniem podejście „pokaż im” sprawdza się tu lepiej niż „opowiedz im”. Inną kwestią są sporadyczne wstawki ruchowe Lily Howkins. Choć opisano je jako „choreografię”, przestrzeń sceniczna jest zbyt ciasna, by mogła ona nabrać płynności (chyba że za takową uznamy spazmatyczne ruchy tancerzy disco na podestach). Stylistyka rodem z sobotniego programu rozrywkowego w połączeniu z rozpoznawalną muzyką aż prosi się o coś bardziej swobodnego. Ciągłe wspinanie się aktorów po torze przeszkód scenografii przypomniało mi program Esther Rantzen, która z mikrofonem w ręku i na szpilkach przemierzała studio z prędkością światła. Nie jestem pewien, czy siła tego obrazu wizualnego nie przyćmiewa momentami samej opowieści.

Zdarzają się chwile, w których tęsknimy za uwolnieniem się z geometrycznego więzienia scenografii. Chcielibyśmy zobaczyć, jak ci aktorzy robią coś więcej, niż pozwala im przestrzeń. Co więcej, sztuka momentami przypomina dramat Racine’a, w którym świat zewnętrzny niemal nie istnieje. Słyszymy o prawdziwych ludziach mieszkających w domach pełnych azbestu, ale ich nie spotykamy. To dziwne, biorąc pod uwagę, że teatr wystawiający tę sztukę znajduje się zaledwie kilkaset metrów od zwęglonego szkieletu Grenfell Tower. Obraz tego właśnie budynku pojawia się w projekcjach kończących spektakl. Wiemy, co reprezentuje i wiemy, że ocalali z tej katastrofy wciąż walczą o głos. Oni też są obecni w tej sztuce – w cytowanych listach, nawet jeśli pojawia się tam nazwisko Nigelli Lawson. Choć to zabawny żart, unika on kluczowej konfrontacji, do której ten dramat zdaje się nas przygotowywać, ale której jeszcze nie dostarcza.

Gramy do 16 czerwca 2018 r.

ZAREZERWUJ BILETY NA SHIRLEYMANDER

Zapisz się do naszego newslettera, aby otrzymywać informacje o produkcjach Off-West End

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS