Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Song From Far Away, Young Vic ✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Song From Far Away

Young Vic

5 września 2015

2 Gwiazdki

„Powiedziałeś mi kiedyś, że mówienie to po prostu osobliwa forma oddychania. Że to taki luksusowy oddech dla ludzi. A śpiew jest czymś głębszym, bogatszym, dziwniejszym i bardziej niezwykłym. Mówiłeś, że naukowcy badający struny głosowe pierwszych ludzi zaczęli przypuszczać, iż łowcy-zbieracze śpiewali, zanim nauczyli się mówić. Nie żyli tak blisko siebie. Nie było ich tak wielu. Musieli komunikować się na duże odległości.

Jesteśmy więc zwierzętami stworzonymi do śpiewu bardziej niż do mowy. Wydało mi się to mało prawdopodobne. Ale podobało mi się, jak o tym opowiadałeś”.

Jeśli mówienie jest osobliwą formą oddychania, to dialogi w „Song From Far Away” (nowym dziele Simona Stephensa i Marka Eitzela wystawianym w Young Vic) czynią z tej osobliwości formę sztuki. To nie jest po prostu dziwne mówienie – to bardzo alienujące i specyficzne operowanie słowem.

Zazwyczaj teatr dąży do zaangażowania widza w coś konkretnego – punkt widzenia, styl życia, postrzeganie świata. W cokolwiek. „Song From Far Away”, przynajmniej w reżyserii Ivo van Hove, zdaje się robić wszystko, by trzymać publiczność na dystans, oddzieloną od świata przedstawionego, zmuszoną do obserwacji zamiast przeżywania.

Choć takie podejście wymaga od gwiazdy wieczoru, Eelco Smitsa, pedantycznej determinacji i nieustępliwej nonszalancji – co czyni tę rolę niezwykle wymagającą – końcowy efekt jest dla widza nużący i frustrujący. Nie sposób przejąć się losem głównego bohatera; prezentacja jest zbyt chłodna, interpretacja nazbyt zdystansowana, a emocjonalna linia przewodnia po prostu lodowata.

Nie oznacza to, że w grze Smitsa jest coś złego – wręcz przeciwnie, jest doskonały – ale decyzja o prowadzeniu go w takim stylu budzi konsternację. Pasuje to jednak idealnie do scenografii Jana Versweyvelda, która jest równie surowa, niegościnna i zimna, jak Willem w wykonaniu Smitsa.

Willem mieszka w Nowym Jorku w luksusowym apartamencie. Prowadzi życie napędzane ogromną pensją i towarzystwem z pierwszej ligi celebrytów. Rodzina została daleko w tyle, w Amsterdamie. Nagle odbiera telefon z domu: jego brat, Pauli, nie żyje. To niedogodność, która psuje plany Willema. Mimo to wraca na pogrzeb.

Nie potrafi znieść przebywania z rodziną, bierze więc pokój w hotelu Lloyd (opłacony przez bank, w którym pracuje) i tam spędza kolejne dni. Z powodów, które nigdy nie wydają się jasne ani wiarygodne, Willem postanawia codziennie pisać list do zmarłego brata – i to właśnie te listy stanowią tekst sztuki Stephensa.

Scenografia Versweyvelda, która sprawia wrażenie bliskiej krewnej tej stworzonej do niedawnej „Antygony” van Hove, jest nowoczesna, elegancka, ale też brutalnie bezosobowa i wykluczająca. Apartament w Nowym Jorku jest sterylny; pokój hotelowy zajmuje tę samą przestrzeń w równie odpychający sposób. Ta oszczędna, lodowata oprawa podkreśla fakt, że Willem jest więźniem własnego życia. Wygląda to dobrze, a oświetlenie Versweyvelda mistrzowsko wprowadza grę cieni, która staje się niemal kolejnym bohaterem.

Najlepszy moment spektaklu następuje, gdy za oknem celi Willema zaczyna padać śnieg. Jest w tym coś magicznego; śnieg wnosi zaskakujące ciepło do zewnętrznego świata, w którym Willem rzadko wchodzi w głębsze relacje. Gdy płatki tańczą na zewnątrz, dobrowolna izolacja bohatera staje się krystalicznie czysta – prawdziwe życie toczy się poza bańką Willema.

Nie ulega wątpliwości, że tekst Stephensa porusza ciekawe kwestie i bywa piękny. Ton jest elegijny, refleksyjny, filozoficzny. Autor dotyka zawiłych tematów, choć wiele z nich nie grzeszy nadmierną głębią, podane są w błyskotliwy sposób. Jednak same słowa nie zawsze są użyte z należytym kunsztem, a całe fragmenty bywają proste jak konstrukcja cepa.

Nie jest jednak pewne, czy van Hove znalazł najlepszy sposób na przedstawienie wizji Stephensa. Przez brak współczucia dla Willema, siedzenie na widowni staje się męczącym i niebywale nudnym doświadczeniem. Trudno uwierzyć, że obejrzenie tej produkcji daje widzowi cokolwiek więcej niż to, co mógłby wynieść z samej lektury listów do Pauliego.

Jedną z technik, która ma sprawić, by o spektaklu mówiło się głośno, jest rozebranie Smitsa – aktor spędza sporą część sztuki zupełnie nago. Poza wizualnym uderzeniem, mającym symbolizować ogołocenie z emocji po śmierci brata, nagość ta wydaje się bezcelowa i zbędna. Jeśli stał za tym jakiś błyskotliwy zamysł, to kompletnie umknął on uwadze.

Stephens dzieli laury z Markiem Eitzelem, który stworzył muzykę i tekst do przejmującej, pięknej pieśni, której fragmenty przerywają akcję. Ma ona powracający motyw: „Idź tam, gdzie jest miłość”. Na swój sposób stanowi to klucz do postaci Willema. Trudno nie odnieść wrażenia, że gdyby bohater po prostu posłuchał tej piosenki, nikt nie musiałby znosić tych 80 minut biczowania się na scenie.

Po wszystkim pozostaje jasne przeświadczenie, że gdyby nie nazwisko van Hove, ta sztuka raczej nie zostałaby wystawiona – nigdzie – w takiej formie. Choć mamy tu tylko jednego wykonawcę, inni aktorzy mogliby z łatwością włączyć się w tę opowieść i prawdopodobnie tak właśnie powinno się stać.

Stephens właściwie podsumowuje wrażenia z tego spektaklu w jednym z fragmentów listów Willema:

„Powiedziałeś mi kiedyś, że czułeś się jak w fatalnej podróży pociągiem, gdzie musiałeś ciężko pracować i znosić upokorzenia, bo gdy dotrzesz do celu, wszystko nabierze sensu. Ale co, jeśli nie ma końca? Co, jeśli ta podróż to wszystko, co mamy, a wszyscy w niej uczestniczą i myślą, że zmierzają do czegoś wielkiego? Znoszą nędzę, bzdury, gówno i horror, wierząc, że na końcu będą zadowoleni. A co, jeśli ten pociąg po prostu jedzie w nieskończoność?”.

Inscenizacja van Hove celowo nie ma wyraźnego finału, ale każdy widz, który poczuł, że znosi w teatrze „bzdury, gówno i horror”, z pewnością nie był w tym odczuciu osamotniony.

Spektakl Song From Far Away jest wystawiany w Young Vic do 19 września 2015

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS