Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Spamilton, Menier Chocolate Factory ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

Sophie Adnitt

Share

Sophie Adnitt recenzuje spektakl Spamilton – amerykańską parodię, którą można aktualnie oglądać w Menier Chocolate Factory.

Liam Tamne i obsada Spamilton. Fot. Johan Persson Spamilton Menier Chocolate Factory

Trzy gwiazdki

Zarezerwuj teraz

Gerard Alessandrini jest najlepiej znany jako twórca Forbidden Broadway, kultowej rewii parodiującej każdy hit Broadwayu od lat 80. Było więc tylko kwestią czasu, kiedy weźmie na warsztat gigantyczny przebój, jakim jest Hamilton.

Trzeba przyznać, że ekipa Jest End nieco go ubiegła (przynajmniej w Londynie) swoim numerem „Any Chance to Ham It Up” z 2016 roku, ale Spamilton mierzy nieco wyżej – choć niewiele. Podczas gdy Jest End zmieściło swoje najlepsze żarty z Hamiltona w jednej piosence, Spamilton rozciąga ten koncept na 85 dość konsternujących minut.

Julie Yammanee i obsada Spamilton. Fot. Johan Persson

Scenografia Morgana Large’a sprytnie miniaturyzuje oryginał, zamieniając drewno i liny w coś znacznie bardziej kompaktowego. Poznajemy bezimienną obsadę ubraną w kultowe kremowo-beżowe kostiumy, która z imponującą prędkością zmienia role, a także Liama Tamne w roli twórcy Hamiltona, Lin-Manuela Mirandy. Z kucykiem i kozią bródką podobieństwo jest uderzające, zwłaszcza gdy Tamne oddaje charakterystyczny entuzjazm Mirandy. Będąc na scenie przez większość wieczoru, Tamne wykazuje niespożytą energię, rzucając się w wir kolejnych piosenek bez oznak zmęczenia.

Sophie-Louise Dann w Spamilton. Fot. Simon Annand

Po tym wstępie następuje nieustanny potok materiału, który nie daje widzowi chwili oddechu. Choć spektakl reklamowany jest jako parodia Hamiltona, mnóstwo tu kpin wymierzonych w inne przedstawienia. Od Book of Mormon po Króla Lwa – nawet w show, który teoretycznie ich nie dotyczy, nikt nie jest bezpieczny.

Eddie Elliot jest znakomity, choć niewystarczająco wykorzystany jako wariacja na temat Lesliego Odoma Jr. i Aarona Burra, a Julie Yammanee świetnie radzi sobie z presją niemal każdej innej roli żeńskiej w spektaklu (jej Barbra Streisand doprowadziła mnie do łez ze śmiechu). Sophie-Louise Dann jest komiczna jako cała plejada diw teatru muzycznego (jej Elaine Paige jest genialna i trafiona w punkt), choć jej ogólna rola w całym wydarzeniu pozostaje nieco zagadkowa.

Damian Humbley w Spamilton. Fot. Simon Annand

Damian Humbley jest również świetny jako król Jerzy III, mimo zastanawiającego założenia, że król Jerzy jest znienawidzony przez fanów. Rzeczywistość jest taka, że po obu stronach Atlantyku regularnie zbiera on największe brawa wieczoru. Jeśli ten spektakl jest skierowany do miłośników Hamiltona, publiczność prawdopodobnie doskonale o tym wie.

W spektaklu pojawia się niemal zawstydzająca ilość materiału o członku oryginalnej obsady z Broadwayu, Daveedzie Diggsie, i nie wszystko jest szczególnie pochlebne – ani zabawne. Faktem jest, że wielu fanów Hamiltona w Wielkiej Brytanii nie będzie wiedziało, kim jest Diggs ani dlaczego ma to być śmieszne. Oryginalne siostry Schuyler również doczekały się wzmianki: „Renee Elise, Jasmine, Philippa, work!”. To znów umknie wielu osobom, które nie znają obsady z Broadwayu. Spamilton nie może się zdecydować, jak bardzo niszowy chce być, ani jak bardzo okrutny. Większość żartów to sympatyczne kpinki, ale niektóre niebezpiecznie ocierają się o złośliwość.

Liam Tamne i Jason Denton w Spamilton. Fot. Simon Annand

Kiedy jednak żarty trafiają w cel, są niesamowicie zabawne. Parodia Sondheima („Another Hundred Syllables”) jest zrobiona po mistrzowsku, a bezdyskusyjnym punktem kulminacyjnym show jest genialne „The Film When it Happens”, gdzie postać Odoma ubolewa nad tym, jak zostanie pominięta na rzecz „gwiazdorskiej obsady” w filmie. Jest tu mnóstwo dobrego materiału na solidny zestaw skeczy, ale za mało na pełne przedstawienie. Po godzinie zaczyna to być nużące. W programie Alessandrini twierdzi, że parodia Hamiltona wymagała całego spektaklu, a nie tylko jednej piosenki w Forbidden Broadway. Pozwolę sobie mieć inne zdanie.

Pojawiają się przelotne nawiązania do pobocznych projektów Mirandy i jego występów w telewizji, które giną w tłumie, a także wątek podróży w czasie, który powraca co jakiś czas, ale również nie służy większemu celowi. Żart o Meghan Markle, wstawiony do brytyjskiej wersji spektaklu, wydaje się (wybaczą Państwo) pisany grubymi nićmi, podczas gdy Cameron Mackintosh – oczywisty cel parodii – wychodzi z tego podejrzanie bez szwanku. A przecież brytyjska publiczność wiwatująca, gdy Amerykanie zdobywają niepodległość, to materiał na parodię sam w sobie, prawda?

Musicalowi maniacy i teatralni bywalcy znajdą tu mnóstwo powodów do śmiechu, ale zwykli fani oryginału mogą czuć się zdezorientowani. A kiedy najlepsze gagi to te, które nie mają nic wspólnego z materiałem źródłowym, nie jest to najlepszy znak. Niemniej jednak, mimo niespójnej konstrukcji, Spamilton ma swoją porcję komediowych perełek, błyskotliwych obserwacji i mądrych rymów dla wtajemniczonych. Oddanym „Hamilfanom” zdecydowanie warto polecić seans.

KUP BILETY NA SPAMILTON

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS