WIADOMOŚCI
RECENZJA: Strike Up The Band w Upstairs At The Gatehouse ✭✭
Opublikowano
Autor:
julianeaves
Udostępnij
Julian Eaves recenzuje musical Strike Up The Band autorstwa George’a i Ira Gershwinów w teatrze Upstairs At The Gatehouse.
Obsada Strike Up The Band. Fotografia: Andreas Lambis Strike Up The Band
Upstairs at the Gatehouse
8 marca 2019
2 Gwiazdki
Zarezerwuj bilety
Taka okazja nie zdarza się często: po niemal stuleciu Londyn w końcu doczekał się profesjonalnej produkcji komedii muzycznej George’a i Ira Gershwinów z 1927 roku. Libretto autorstwa George’a S. Kaufmana to satyra antywojenna opowiadająca o absurdalnym konflikcie między USA a Szwajcarią, którego zarzewiem staje się... ser. Spektakl ten, przypomniany głośną inscenizacją w połowie lat 90. w Goodspeed Theatre w Connecticut oraz kilkoma wersjami koncertowymi w Stanach, wciąż uderza celnymi uwagami na temat amerykańskiego podżegania do wojny za granicą i neofaszyzmu w kraju (co tak boleśnie rozpoznajemy w obecnej erze Trumpa). Oryginalne dzieło Kaufmana z brutalną jasnością pokazuje, że mimo upływu lat niewiele się zmieniło.
Fotografia: Andreas Lambert
Jeśli brzmi to jak zbyt ciężki kaliber, by łączyć go z lekkim i zwiewnym światem radosnych melodii George'a oraz kunsztownych rymów Ira, to cóż – owszem, tak jest. Przedstawienie miota się między nastrojami i stylami z niepokojącą nieprzewidywalnością, próbując odnaleźć drogę w tej burzliwej mieszance. W jednej chwili mamy do czynienia z ansamblem w stylu Gilberta i Sullivana, gdzie melodie nakładają się na siebie, tworząc panoramę społeczną. Zaraz potem przechodzimy do typowego numeru komediowego w stylu wodewilowym, pełnego ciętych ripost i wygłupów. A potem gwałtownie wchodzimy w surową krytykę społeczną, którą mógłby napisać Elmer Rice lub Cliff Odets. Często nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać, co nie ułatwia zadania twórcom ani obsadzie.
Reżyser Mark Giesser ma pewne doświadczenie w tego typu materiale, ale nawet on wydaje się zagubiony w próbach pogodzenia wzajemnie wykluczających się elementów tej dziwnej bestii. Podobnie choreografka Orley Quick, której zaplecze artystyczne zdaje się nie przygotowało jej na pracę z tak specyficznym tworzywem. Do tego większość obsady ma niewielkie wprawa w tego typu komedii, a zespół reżysersko-choreograficzny (o ile w ogóle pracował jako jedność) odnosi jedynie połowiczny sukces w pomaganiu aktorom w odnalezieniu się na scenie. Co więcej, reżyseria często sprowadza się do ustawiania wykonawców w prostej linii, by wygłaszali swoje kwestie, podczas gdy my czekamy, aż wydarzy się coś konkretnego. Przy tak wymagającej tematyce brak spójnej, przekonującej wizji staje się przytłaczający. Brakuje też budżetu na oprawę – skromna scenografia Camille Etchart wygląda na smutną i zaniedbaną, nawet jak na kameralną przestrzeń nad pubem Gatehouse w Highgate. Kostiumy Julii Scrimieri wypadają nieco lepiej, ale tylko podkreślają amatorski charakter produkcji. Oświetlenie Willa Leightona mogłoby pomóc w budowaniu klimatu, ale ogranicza się do najbardziej oczywistych rozwiązań. Całość sprawia wrażenie nieoszlifowanego występu „na szybko”. Jeśli macie na to cierpliwość, może znajdziecie w tym coś dla siebie.
Fotografia: Andreas Lambis
Dziedziną, na którą wyraźnie nie szczędzono środków – a może nawet wydano zbyt wiele – jest orkiestra. Bobby Goulder dysponuje sporym zespołem w kanale, a reżyser postanowił to wykorzystać, umieszczając muzyków w centralnej części tyłu sceny. W efekcie zagłuszają oni niemal wszystko, co śpiewają soliści (projekt dźwięku Harry’ego Emersona prawie ich nie wspomaga), a instrumentacja – fascynująca mieszanka partii z 1927 roku i nowych aranżacji Gouldera – raz za razem dominuje nad głosami. Wokaliści, często bardzo młodzi i o dopiero rozwijających się głosach, zmuszeni są do forsowania dźwięku, by przebić się przez hałaśliwą partyturę. Można odnieść wrażenie, że odprężają się nieco w wielkich numerach chóralnych (które są znakomite, bo muzyka Gershwina jest tu prześliczna), ale w niemal każdym innym numerze czuć ich wysiłek. Sytuacji nie poprawia fakt, że czas trwania reklamowany jest jako 1 godzina i 50 minut z przerwą, podczas gdy w rzeczywistości spektakl ciągnie się niemal o godzinę dłużej – warto o tym pamiętać, planując wizytę w toalecie!
Jak w obliczu tych trudności radzi sobie obsada? Jestem pewien, że ich aktorskie wybory zostały przynajmniej zaakceptowane przez reżysera. Richard Emerson jako serowy król USA, Horace J. Fletcher, oferuje jednostajną kreację, która szybko nuży, a z czasem drażni. Beth Burrows wypada prawdopodobnie najlepiej jako Joan Fletcher, córka agro-industrialisty – ma w sobie najwięcej dramatycznego nerwu, choć i ona musi gwałtownie przeskakiwać między skrajnymi nastrojami. Paul Biggin jako jej luba, Jim Townsend, energicznie próbuje scalać sprzeczne elementy swojej roli, ale to zadanie niemal niewykonalne, zwłaszcza gdy gra słabą, upokorzoną postać, do której trudno poczuć sympatię. Pippa Winslow to jedna z bardziej doświadczonych aktorek w zespole, ale znów odnosi się wrażenie, że wykonuje polecenia reżysera, zamiast nadać komediowej roli własny rys (do czego jest z pewnością zdolna). Charlotte Christensen jako subretka Anne Draper jest rześka i pełna życia – zapewne byłaby jeszcze bardziej czarująca, gdybyśmy mogli lepiej słyszeć jej śpiew. Partnerujący jej Adam Scott Pringle posiada wszystkie cechy amanta, ale jest wykończony walką z orkiestrą. Bardziej doświadczeni Robert Finlayson (jako apodyktyczny pułkownik Holmes) i Nicholas McBride (jako C. Edgar Sloane) wydają się równie skrępowani, co reszta, podobnie jak uroczo niezdarny Sammy Graham w roli Boba.
Fotografia: Andreas Lambis
Jedyną osobą, która w pełni uchwyciła specyficzny, dziwaczny klimat tej komedii, jest David Francis jako George Spelvin: jego panowanie nad licznymi wcieleniami i powracającymi gagami jest pewne i błyskotliwe. Ma też szczęście, że scenariusz nie każe mu robić rzeczy sprzecznych w krótkich odstępach czasu ani zbyt dużo śpiewać. Prawdziwy szczęściarz! Kiedy jest na scenie, można się odprężyć i podumać, czym mogłaby być ta produkcja przy lepszym tekście, reżyserii i oprawie muzycznej. To wielka szkoda dla reszty ekipy, która bez własnej winy toczy nieustanną walkę z materiałem.
Czy zatem warto? Dla osób, które koniecznie chcą uzupełnić luki w swojej encyklopedycznej wiedzy o musicalu, bilans mimo wszystko wychodzi na plus. Jeśli jednak szukacie po prostu udanego wieczoru, możecie poczuć się rozczarowani. Teatr Upstairs at the Gatehouse, zwłaszcza dzięki produkcjom rodzimej grupy Ovation (którą ta akurat NIE jest), ma świetną renomę dostarczania wysokiej jakości kameralnych spektakli dla świadomych widzów. O tym tytule najprawdopodobniej będą jednak woleli szybko zapomnieć.
KUP BILETY NA STRIKE UP THE BAND
Udostępnij artykuł:
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności