WIADOMOŚCI
RECENZJA: Sweeney Todd w Harringtons ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Siobhan McCarthy i Jeremy Secomb w produkcji Sweeney Todd grupy Tooting Arts Club. Fot. Bronwen Sharp Sweeney Todd
Harringtons Pie and Mash Shop, Shaftesbury Avenue
19 marca 2015
5 Gwiazdek
Mimo że w sztuce sporo mówi się o pasztecikach, jedzenie rzadko wysuwa się na pierwszy plan podczas oglądania arcydzieła Stephena Sondheima (muzyka i teksty) oraz Hugh Wheelera z 1979 roku. Jednak siedząc na ławie o rzut beretem od lady w pop-upowym lokalu Harringtons Pie and Mash Shop przy Shaftesbury Avenue, nie sposób było nie myśleć o jedzeniu.
A przynajmniej o głodzie.
Głodzie zemsty Todda. Głodzie sędziego wobec Joanny. Głodzie pieniędzy i szacunku pani Lovett. Głodzie sławy i fortuny Pirellego. Głodzie statusu i bycia docenionym u Woźnego. Głodzie bliskości i dobroci Starej Kobiety. Głodzie wolności i wspólnej przyszłości u Anthony'ego i Joanny. Głodzie Tobiasza – bycia kochanym i posiadania pełnego brzucha. Głód jest w „Sweeneyu Toddzie” wszechobecny. Jest niemal osobną postacią.
W dusznej, niemal klaustrofobicznej atmosferze jadłodajni, gdzie widzowie dzielą ławy i patrzą sobie prosto w oczy, a obsada śpiewa dosłownie twarzą w twarz z publicznością, mamy do czynienia z najbardziej namacalną i niepokojącą inscenizacją „Sweeneya Todda”, jaką można sobie wyobrazić. Tego spektaklu się nie ogląda; on się człowiekowi przydarza, dzieje się wokół niego. Stajesz się częścią tego doświadczenia. I łakniesz go coraz bardziej.
Rezygnując z wielkich dekoracji i mądrze podążając za zasadą „mniej znaczy więcej” – uwielbianą zarówno przez Sondheima, jak i twórców prawdziwych horrorów – ten transfer produkcji Tooting Arts Club z końcówki 2014 roku jest triumfem na każdym polu. Chwyta za gardło i trzyma w uścisku od pierwszej do ostatniej minuty. Jest szokująco potężny, brutalnie szczery, surowy, a jednocześnie bogaty w treść. Ośmioosobowa obsada, trzyosobowy zespół, proste, lecz genialne oświetlenie, potęga krwi i świec, a do tego wierność partyturze: oto składniki tego bezapelacyjnego sukcesu.
Być może usłyszycie wersje lepiej wyśpiewane. Być może zobaczycie bogatsze kostiumy i scenografię. Być może usłyszycie pełniejsze brzmienie większej orkiestry. Może traficie na wersję z gwiazdami kina czy telewizji, produkcję arenową z nagłośnieniem nowej generacji, albo wizję reżysera o bardziej skomplikowanym koncepcie. Nieważne.
Mało prawdopodobne, byście kiedykolwiek przeżyli „Sweeneya Todda” w taki sposób.
W programie Sir Cameron wspomina Stephena Sondheima, który po obejrzeniu tej inscenizacji przyznał, że „został powalony jej intensywną intymnością, tym, że ta przerażająca opowieść rozgrywa się tuż przed twoim nosem, gdy siedzisz przy stole, zastanawiając się, kto zostanie zjedzony jako następny”. Dokładnie tak.
Mówi się, że potrzeba jest matką wynalazku, ale w tym przypadku to Bill Buckhurst jest ojcem sukcesu. To, co osiągnął jako reżyser tego niezwykłego spektaklu, jest godne podziwu. Obdarł sztukę do jej fundamentalnych elementów, a następnie uwolnił jej surowe, pełne przemocy serce prosto w oczy i dusze widzów.
Kierownik muzyczny Benjamin Cox jest równie winny tego sukcesu. To, co potrafi wyczarować w zamkniętej przestrzeni za pomocą jednego gwizdka, sprawia, że serce staje w gardle. I kto by pomyślał, że zaledwie fortepian, skrzypce i flet wystarczą, by udźwignąć tę operową partyturę? A jednak, to działa – częściowo dlatego, że osiem głosów pracuje tak ciężko i harmonijnie, by wypełnić przestrzeń dźwiękiem.
Właśnie w tym tkwi klucz: w oszczędności. Makabryczne morderstwa są ogrywane nagłym pulsem czerwonego światła i cieniem; Pirelli zostaje uduszony niemal na kolanach widzów; Anthony siada obok ciebie, śpiewając „Johanna”; Todd, Tobiasz czy sędzia Turpin patrzą ci prosto w oczy, gdy śpiewają o sprawach najwyższej wagi. Obsada miesza się z publicznością, rzucając ją w sam środek akcji. Nic nie dorówna chwili, gdy Sweeney Todd kieruje na ciebie swój morderczy wzrok i ryczy z wściekłości. To więź, której nie da się nawiązać w teatrze z tradycyjną sceną pudełkową.
Kreacje są szczere i otwarte – trudno by było o cokolwiek innego przy tak bliskim kontakcie. Słychać tu harmonie, fragmenty dialogów i interakcje, które w większych produkcjach często umykają. Przy ośmioosobowej obsadzie wszystko lśni klarownością. Pięknie, artystycznie, stylowo.
Dzięki tej intymności kluczowe wątki działają bez wysiłku: tęsknota Anthony'ego, pożądanie pani Lovett, łagodne szaleństwo Tobiasza, obślizgła ohyda Woźnego czy maniakalna obsesja Todda. Kiedy Todd gapi się na ciebie, śpiewając o mordzie – doświadczasz tego spektaklu na nowo.
Oświetlenie Amy Mae jest wyjątkowe i świetnie uzupełnia klaustrofobiczną scenografię Simona Kenny'ego. Pierwsze wejście Todda, schodzącego po schodach w mroku, jest potężne i alarmujące. Czerwone światło jest używane rozważnie, budując wrażenie nagłego, krwawego mordu lub żarłoczności płomieni. Blask świec przywołuje w równym stopniu romantyzm, co strach.
Kostiumy Kenny'ego również budują nastrój w sposób niemal niedostrzegalny. Kolorystyka jest oszczędna – dominuje czerń, biel, szarość i stłumione barwy podstawowe. Dzięki temu gęsta czerwień rozlanej krwi robi piorunujące wrażenie. Kostiumy w połączeniu z nikłym światłem pozwalają wyobraźni dopowiedzieć resztę o mrocznych miejscach, w których toczy się akcja.
Obsada została dobrana punktowo. Poza Toddem i panią Lovett, każdy gra więcej niż jedną rolę; jako całość zespół jest znacznie większy niż suma jego części.
Jeremy Secomb jest cudownie złowieszczym, opętanym Toddem. Fizycznie pasuje idealnie: wysoki, o potężnej klatce piersiowej, budzący grozę. Gra Todda niczym Golema: z szeroko otwartymi oczami, nieludzkiego, sterowanego żądzą odwetu. To genialne podejście, a efekt w małej przestrzeni przypomina wybuch granatu w bunkrze: głośny, niosący się echem, zabójczy. Wspaniałe.
Secomb od początku nakreśla granice obłędu bohatera. Jego wściekłe ryczenie na Anthony'ego zanim rozstają się w Londynie idealnie ustawia ich relację. Później, gdy Todd krzyczy na chłopaka, by ten znikał, rozumiemy dlaczego Anthony wraca: widział już te wybuchy i wierzy, że Todd odzyska równowagę.
Jego głos nie ma tej naturalnej chrypki, którą kojarzymy z mordercami, ale Secomb ma nad nim pełną kontrolę i potrafi nadać dołom odpowiedni ciężar. Jego ciche frazy i potężne wysokie nuty mrożą krew w żyłach. Kiedy łapie kontakt wzrokowy z widzem, nie puszcza go – niczym śpiewający anakonda wbija się wzrokiem, podczas gdy jego bogaty głos nadaje pełny smak wymagającej partyturze Sondheima.
Siobhán McCarthy wnosi do roli pani Lovett zdrową, naturalną rubaszność. Bez trudu wygrywa wszystkie żarty i jest w każdym calu kobietą. Jej występ jest podszyty seksem i ironią, a jej największą zasługą jest to, że czyni Nellie tą „normalną”. Śpiewa fantastycznie, bez zauważalnych przejść między rejestrami – wszystko brzmi tak zwyczajnie, że jej brutalność i współudział w zbrodni stają się przez to jeszcze bardziej szokujące.
Role Anthony'ego i Joanny niestety często bywają przesłodzone i nudne. Wymagania wokalne są ogromne, co w połączeniu z wymogiem aparycji sprawia, że aktorstwo czasem schodzi na dalszy plan. Nie tutaj. To jedna z najlepiej dobranych par – wokalnie, fizycznie i dramatycznie – jakie widziałem.
Zoë Doano jako Joanna jest rozmarzona i naiwna, ale ma też w sobie ikrę. Kiedy w drugim akcie gryzie Todda w rękę, by uciec przed brzytwą, każdy na sali czuje te zęby na skórze. Jej niezależność i determinacja są starannie zarysowane. Doano ma zwinny głos, choć góra bywa czasem napięta, ogólne wrażenie jest jednak bardzo pozytywne. Trudno nie zachwycić się jej interpretacją „Green Finch and Linnet Bird”.
Jako Anthony, Nadim Naaman jest dokładnie taki, jaki powinien być: męski, lojalny i szaleńczo zakochany. Ma swobodny styl, a jego głos jest kremowy i melodyjny, z imponującą górą. Jego duety „Kiss Me” z Doano są zainspirowane, a legata prowadzi z nieomylną precyzją.
Joseph Taylor zalicza imponujący debiut na West Endzie jako Tobiasz. Ma ujmujący urok i zaraźliwy entuzjazm. Taylor dysponuje świetnym tenorem, co wykorzystuje zarówno w ansamblach, jak i w „Not While I'm Around”. Jest znakomitym aktorem, a jego przemiana po zdradzie pani Lovett została idealnie wyważona.
Świetne role charakterystyczne stworzyli Ian Mowat (Woźny Bamford/Fogg) oraz Duncan Smith (Sędzia Turpin). Wokalnie obaj stają na wysokości zadania, choć Mowat nieco zbyt często polega na falsecie. Kiara Jay zaskoczyła jako niezwykle skuteczny Pirelli, choć jej Żebraczka mogłaby być nieco bardziej zdyscyplinowana wokalnie.
To wyjątkowa i niepowtarzalna okazja, by doświadczyć „Sweeneya Todda” w tak bliskiej, konfrontacyjnej formie. Nie przegapcie tego.
Sweeney Todd jest wystawiany do soboty 30 maja w Harrington's Pie And Mash Shop przy Shaftesbury Avenue.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności