Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: The Absolute Brightness of Leonard Pelkey, Westside Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

James Lecesne w spektaklu „The Absolute Brightness of Leonard Pelkey”. Fot.: Matthew Murphy The Absolute Brightness of Leonard Pelkey

Westside Theatre Downstairs

4 października 2015

4 Gwiazdki

Zarezerwuj bilety

Czasami trafia się na teatralne osiągnięcia, które są równie przejmujące, co inspirujące; takie, które każą na nowo zdefiniować to, czym „teatr” może być i co może zdziałać. Mało kto spodziewa się takich doznań w niewielkich salach off-Broadwayu, z dala od głównych, utartych szlaków Nowego Jorku. A jednak „The Absolute Brightness Of Leonard Pelkey”, grany obecnie w Westside Theatre Downstairs, jest właśnie takim przeżyciem.

Monodram o morderstwie nieszczęsnego, lecz wiecznie tryskającego energią nastolatka-geja oraz o mieszkańcach miasteczka, którzy go znali, kochali, ignorowali, nienawidzili lub się o niego martwili, nie brzmi jak materiał, który mógłby zaskoczyć czy podnieść na duchu. A jednak tak się dzieje. Spektakl wyreżyserowany z niezwykłą klarownością i precyzją przez Tony'ego Speciale, a zagrany z błyskotliwą wnikliwością i humorem przez autora, Jamesa Lecesne’a, to studium postaci w duchu Harper Lee. Powoli, lecz nieubłaganie, obnaża ono wady społeczeństwa, które pozwala, by dziecko spotkała śmierć tylko dlatego, że cieszyło się byciem sobą.

Lecesne ma w sobie ogromny urok i żelazny warsztat, dzięki czemu jego galeria małomiasteczkowych postaci jest absolutnie wciągająca, a przy tym nienachalnie pouczająca. Ani przez moment nie tracimy orientacji, która postać akurat mówi. Autor snuje opowieść w sposób urzekający – nigdy nie umniejsza okrucieństwa leżącego u podstaw historii, ale też, z większą wyrozumiałością niż można by oczekiwać, pokazuje ludzkie oblicze i humor w postawach pozostałych bohaterów.

To inteligentny zabieg. Zło jest tu wyraźnie zdefiniowane, podobnie jak dobro. Jednak równie wyraźnie zarysowane zostaje to, co niejednoznaczne i niepewne. Lecesne posługuje się humorem i zrozumieniem jako narzędziami do nakreślenia swojej wizji, która okazuje się niezwykle frapująca.

Zamordowany Leonard zostaje opisany przez swojego nauczyciela dramatu – nieco drwiąco – jako młody człowiek o niezrównanej zdolności do wyrażania siebie za pomocą „jazz hands”. Jedna z mieszkanek wspomina z nostalgią, jak radziła Leonardowi, by „trochę odpuścił”: „Ten lakier do paznokci, tusz do rzęs – może nie aż tyle? Twierdził, że po prostu jest sobą. No dobrze, w porządku, ale czy musisz być sobą aż tak bardzo? Powiedział mi, że jeśli przestanie być sobą, terroryści wygrają. Jak dyskutować z takim dzieciakiem?”.

Właśnie. A co ważniejsze: po co?

Sztuka Lecesne’a nie mierzy się z tym pytaniem wprost, ale podchodzi do niego z boku. Pokazując całe spektrum reakcji na śmierć Leonarda, autor starannie maluje portret zwyczajnego miasteczka – miejsca, w którym konformizm, nawet podświadomie, jest ceniony wyżej niż indywidualizm. To nie tyle obraz „każdego człowieka”, co „każdego miejsca”.

Publiczność zostaje zaproszona do refleksji, czy to na pewno słuszna droga, nawet gdy szczerze śmieje się z postępów w śledztwie, prowadzonym przez sumiennego, upartego policjanta o twardym charakterze oraz ekscentrycznych mieszkańców, z którymi ma on do czynienia.

Na koniec sztuki pewne są tylko dwie rzeczy: powód morderstwa Leonarda pozostaje zagadką (i prawdopodobnie nigdy nie zostanie ujawniony), a ten nieustępliwy, cytujący Szekspira gliniarz oddał odznakę. Sprawa doprowadziła do końca życia i końca kariery, choć policjant odnajduje się w nowym fachu jako dekarz i jest teraz szczęśliwie żonaty z fryzjerką, która jako pierwsza zgłosiła mu zaginięcie chłopca.

Życie toczy się dalej.

Ale barwny Leonard pozostawił ślad w każdym, kogo spotkał. Jedni inaczej przeżywają stratę, inni po prostu pamiętają. Blask Leonarda przygasł przez śmierć, ale wciąż trwa.

James Lecesne w spektaklu „The Absolute Brightness of Leonard Pelkey”. Fot.: Matthew Murphy

W programie Lecesne wspomina, że widzowie często pytają go, czy to prawdziwa historia. Nie jest, ale publiczność wierzy, że tak. To, niestety, najlepiej pokazuje, dlaczego ten spektakl musi być wystawiany: jego przesłanie o tolerancji i zrozumieniu wciąż ma długą drogę do przebycia, nawet w kraju, gdzie wolność słowa jest fundamentem. Brutalna prawda jest taka, że prawo do posiadania broni cieszy się większym poparciem niż prawo 14-letniego chłopca do noszenia tuszu rzęs i lakieru do paznokci. I nie dotyczy to tylko USA.

Mistrzowska gra aktorska Lecesne’a sprawia, że to przesłanie naprawdę dociera do odbiorcy. Mając do dyspozycji jedynie kilka rekwizytów i skromną scenografię, powołuje do życia miasteczko pełne barwnych postaci, kobiet i mężczyzn – ale żadna z nich nie jest tak kolorowa ani tak ważna jak Leonard.

Na widowni zasiadł David Babani – czyżby szykował się transfer na deski Chocolate Menier Factory? Londyn miałby wielkie szczęście.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS