Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: The Beaux' Stratagem, Olivier Theatre ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

The Beaux' Stratagem (Fortel kawalerów)

Olivier Theatre

23 maja 2015

3 gwiazdki

KUP BILETY

Wielki międzynarodowy reżyser, Ian Judge, zawsze stał na stanowisku, że zieleń nie jest dobrym kolorem dla komedii. Twierdzi po prostu, że to mało zabawny kolor.

Opowiada on również błyskotliwą anegdotę o wieczorze, kiedy wraz z Donaldem Sindenem uczestniczyli w bardzo niefortunnej inscenizacji „Wiele hałasu o nic”. Na początku przerwy Judge zwrócił się do Sindena, zauważając, jak trudne musi być dla niego oglądanie tego spektaklu, „zwłaszcza po tak wielkim sukcesie, jaki odniosłeś z Judi (Dench) w tej sztuce”. „Ach, owszem”, odparł Sinden, „ale wtedy było nam znacznie łatwiej, bo graliśmy to jako komedię!”.

Oglądając wznowienie komedii George'a Farquhara z 1707 roku „The Beaux' Stratagem” w reżyserii Simona Godwina, wystawiane obecnie na scenie Olivier w National Theatre, trudno nie rozmyślać nad uwagami Judge'a. Scenografia Lizzie Clachan jest bardzo, ale to bardzo zielona; to wręcz chorobliwa zieleń. Bez wątpienia kryje się za tym sensowny zamysł intelektualny – być może zieleń symbolizuje zazdrość lub chciwość, cechy bliskie wielu postaciom; być może ma podsumowywać małżeństwo państwa Sullen, związek tak przesiąknięty żółcią, jak tylko można sobie wyobrazić.

Jakkolwiek by jednak nie było, Judge ma rację. Wszechobecna zieleń nie współgra łatwo z atmosferą śmiechu i radości. Clachan korzysta z jednej dekoracji i dzięki pomysłowemu zastosowaniu ruchomych paneli w odcieniach czerwieni, różu i purpury, przekształca całkowicie zieloną panoramę gospody Boniface’a w bardziej kobiecą przestrzeń domu Lady Bountiful. Choć nieco rozjaśnia to nastrój, zieleń wciąż przebija z każdego kąta i choć kolory te współgrają ze sobą, odzwierciedlają one głównie sposób, w jaki funkcjonuje małżeństwo Sullenów – z trudem i bez większej przyjemności.

Najbardziej zastanawiające w tym wszystkim jest to, że produkcja odbywa się na scenie Olivier. Przestrzeń jest ogromna, a projektant ma do dyspozycji całą gamę systemów hydraulicznych. Biorąc pod uwagę wpisany w scenariusz dualizm (miasto/wieś, bogaci/biedni, szczęśliwi/nieszczęśliwi, spiskowiec/ofiara), nieco dziwi fakt, że Clachan nie zdecydowała się na obrotówkę lub inny sprytny mechanizm, dzięki któremu gospoda i dwór Bountiful mogłyby stać się dwoma odrębnymi miejscami, z własną energią, stylem i kolorystyką. Okazyjnie zdarza się, że zmiana dekoracji nie kończy się przed rozpoczęciem nowej sceny, co odbiera tempo niezbędnemu tutaj kontrastowi.

Trudno też zrozumieć, dlaczego uznano, że scena Olivier jest odpowiednim miejscem dla tej sztuki, a jeśli już tak postanowiono, to dlaczego gra się ją w ten sposób. Farquhar napisał wiele scen dwuosobowych, w których bohaterowie naradzają się, plotkują, kłócą, spiskują, mają nadzieję, konfrontują się i flirtują (często wszystko naraz), a Godwin, nie wiedzieć czemu, każe aktorom grać te sceny w ogromnym oddaleniu od siebie. Mało która z nich wypada tak, jak powinna – blisko, z chichotem, intensywnością, szeptami, intrygą i nieustającą nadzieją lub złośliwością (zależnie od tego, kto bierze w nich udział). Otóż nie. Wykonawcy są ustawieni niczym figury szachowe na wielkiej szachownicy i prowadzą swoje intymne rozmowy przez całe sale lub balkony, zamiast zbliżyć się do siebie na wyciągnięcie ręki.

Wreszcie, pod względem nastroju, Godwin zdaje się dążyć do czegoś innego niż czysta komedia i fantastyczna zabawa. W „A Funny Thing Happened On The Way To The Forum” widzimy jasne zastosowanie prostego zabiegu – numer otwierający nadaje ton temu, co nastąpi później, obiecując radosny, niedorzeczny nonsens. Godwin otwiera „The Beaux' Stratagem” solówką (ładnie skomponowaną przez Michaela Bruce'a), śpiewaną nieco żałośnie i uroczyście przez służącego zapalającego świece. Mogłoby to być otwarcie sztuki Synge'a lub O'Caseya, ale nie zapowiada hucznej komedii o upadłych, zdesperowanych fircykach szukających żon z posagiem, by spłacić długi i uratować status społeczny, o cwanych sługach, śmiesznych francuskich oficerach, zbójniku czy dwóch oraz o nieszczęśliwym i – nomen omen – ponurym małżeństwie. Nie jest jasne, po co w ogóle potrzebna jest muzyka na otwarcie tego spektaklu.

Zresztą niewiele z zamierzeń Godwina ma tu większy sens. Jest to szczególnie zaskakujące, biorąc pod uwagę, że jego dwie ostatnie realizacje dla National, „Strange Interlude” oraz „Man And Superman”, pokazały prawdziwy talent do brania klasyków na warsztat i nadawania im nowoczesnego sznytu przy jednoczesnym wiernym trzymaniu się intencji, wrażliwości i oczekiwań autora.

Jak na człowieka, który potrafił wycisnąć każdy żart z bardzo długiego i złożonego „Człowieka i nadczłowieka” Shawa, tym razem Godwinowi nie udaje się wykrzesać zbyt wielu salw śmiechu z radosnego, farsowego i lekkiego nonsensu Farquhara. Być może zboczył z kursu przez ten fragment sztuki, który nawiązuje do traktatów rozwodowych Johna Miltona, gdzie pani Sullen i jej brat dyskutują o konieczności rozwodu w przypadku okrutnego i niesprawiedliwego małżeństwa. (Rozwód był w najlepszym razie nowinką, a w najgorszym – niemożliwością w społeczeństwie, które po raz pierwszy oglądało „The Beaux' Stratagem”). Niezależnie od przyczyny, decyzje Godwina nie dają w rezultacie lekkiej komedii.

Częściowo winna jest scenografia, inscenizacja i nastrojowa muzyka ilustracyjna. Częściowo zaś bardzo naturalistyczny styl gry przyjęty przez obsadę – nie jesteśmy już w 1707 roku, ale ówczesne postawy, obyczaje i sposób myślenia są wpisane w tekst; styl gry musi przynajmniej do nich nawiązywać, a najlepiej – rozkoszować się nimi i wykorzystywać wynikający z nich potencjał komiczny.

Z całej obsady to utalentowana Susannah Fielding najbardziej zbliża się do właściwego stylu gry. Jest doprawdy wspaniałą aktorką, urzekającą w swoim wdzięku, z głosem równie giętkim co jej mimika i równie ekspresyjną. Prowadzi swoją postać, panią Sullen, w naturalistycznym stylu narzuconym przez Godwina, ale można wyczuć tuż pod tą piękną powłoką, że drzemie w niej właściwy styl, właściwa postać i postawa, desperacko pragnąca wyrwać się z oków naturalizmu i nabrać kształtów godnych prawdziwej komedii restauracyjnej.

Zarówno Samuel Barnett, jak i Geoffrey Streatfield to solidni, znakomici aktorzy, ale żadnemu z nich nie udało się tutaj trafić w punkt. Ich bohaterowie, Aimwell i Archer, to dwaj sympatyczni, próżni łajdacy, wielcy przyjaciele, którzy wspólnie zaliczyli niejeden kieliszek, dług i awanturę, a na wieś przybywają w ostatniej próbie znalezienia bogatych żon, by zabezpieczyć swoją przyszłość (nie serca) i pozycję społeczną. Jeśli im się nie uda, ich przyszłością będzie prawdopodobnie śmierć na polu bitwy. To zdesperowani kumple z misją – a jednak Barnett i Streatfield sprawiają wrażenie wesołków na wakacjach. To nie ich wina; wpisują się w koncepcję Godwina.

W drugiej części sztuki Farquhar odchodzi od czystego stylu komedii restauracyjnej – Aimwell wyznaje swój prawdziwy plan Dorindzie, w której naprawdę się zakochał, a Sullenowie zgadzają się na separację. Pojawia się realne skupienie na niedorzeczności etykiety klasowej. Kwestie te brzmiały fantastycznie, gdy Farquhar pisał sztukę; wyzwaniem dla każdej dzisiejszej produkcji jest znalezienie sposobu na odzyskanie lub wydobycie tej niezwykłości. Jakikolwiek byłby na to sposób, Godwin nie strzela tutaj gola.

Ta produkcja uwypukla jeden z wielkich problemów współczesnego teatru. Wielu widzów nie zna i nigdy nie widziało klasycznego repertuaru, nie mają więc oczekiwań ani punktów odniesienia, według których mogliby oceniać współczesne wystawienia. Poprawna, ale nie porywająca inscenizacja klasyki, a nawet złe przedstawienie z dobrą obsadą, może dzięki temu trafić do nowoczesnej publiczności – za sprawą samej siły klasycznego materiału.

Szczególnie w National Theatre każda pozycja z klasycznego repertuaru zasługuje na odpowiednią, inteligentną i ekscytującą inscenizację, która rzuci światło na oryginalną konstrukcję i realia (co można przecież zrobić w nietradycyjny, eksperymentalny sposób) i pozwoli klasycznemu dziełu zalśnić – tak jak niedawno udało się Godwinowi w „Man And Superman”.

Niestety, ta inscenizacja „The Beaux' Stratagem” nie osiąga wyżyn wielkości. Dla tych, którzy znają tę sztukę i doceniają jej potencjał, jest to letnia, chybiona i zmarnowana okazja. Bliżej jej do pantomimy niż do dojrzałej komedii okresu Restauracji. Ale dla tych, którym sztuka jest nieznana, ta wersja będzie bez wątpienia wystarczająco przyjemna.

To trzecia produkcja na głównej scenie National pod dyrekcją Rufusa Norrisa. Choć jest lepsza od poprzednich dwóch, można śmiało powiedzieć, że przyszłość National jako artystycznego flagowego giganta jest daleka od pewności.

Sztukę The Beaux' Stratagem można oglądać w National Theatre do 20 września 2015 r.

 

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS