Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: The Cocktail Party, Print Room At The Coronet ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

timhochstrasser

Share

Richard Dempsey, Christopher Ravenscroft i Marcia Warren w The Cocktail Party. Fot.: Marc Brenner The Cocktail Party

Print Room w teatrze Coronet

21/09/2015

4 Gwiazdki

REZERWACJA BILETÓW

„A jeśli to wszystko nie ma sensu, chcę uwolnić się

Z pragnienia czegoś, czego nie potrafię znaleźć,

I ze wstydu, że nigdy tego nie odnajdę”.

— T.S. EliotThe Cocktail Party

Recenzent nie powinien iść pod prąd bez istotnego powodu, ale tym razem sądzę, że mam uzasadnione podstawy, by zacząć od kilku refleksji na temat samego miejsca, a nie samej sztuki.

To pierwszy raz pod obecnym kierownictwem, kiedy spektakl wystawiany jest na głównej scenie dawnego Coronet Theatre-Cinema. Na razie na poziomie Dress Circle zamontowano tymczasową podłogę, dzięki czemu parter mógł zostać otwarty jako piano bar, a górne kondygnacje przeznaczono na mniejsze, głównie współczesne realizacje, z których Print Room słynie najbardziej. W pewnym sensie przypomina to podział pracy w dzisiejszym Royal Court. Choć nie zachowało się żadne z oryginalnych siedzeń, przestrzeń emanuje niesamowitą atmosferą. Eleganckie, serpentynowe linie balkonów, kunsztowne, płynne stiuki w stylu faux rococo i doskonała widoczność – wszystko to zdradza rękę architekta, który doskonale rozumiał, jak powinny wyglądać dziewiętnastowieczne teatry.

Nic więc dziwnego, że to najstarszy z zachowanych londyńskich gmachów autorstwa australijskiego architekta Williama Sprague'a, ucznia Franka Matchama, który zaprojektował także teatry Wyndhams, Aldwych i Noel Coward na West Endzie. Edward VII bywał tu regularnie w lożach pierwszego piętra, a na deskach występowały Ellen Terry i Sarah Bernhardt. Jeśli przymknąć oko na ogólne nadgryzienie zębem czasu, z łatwością można sobie wyobrazić wnętrze odarte ze standardowej, „pocztowej” czerwieni i przywrócone do dawnego, filigranowego splendoru. Tymczasowy piano bar, urządzony z mistrzowskim wyczuciem stylu shabby-chic, jest niezwykle przytulny. Całe to doświadczenie przywołuje obecnie realizm magiczny Nocy w cyrku Angeli Carter – wizyta tutaj jest warta zachodu dla samych wibracji budynku. Ma on potencjał, by odzyskać dawną chwałę, podobnie jak niedawno odnowiony Wilton’s Music Hall. Ale wróćmy do sztuki… można by pomyśleć, że surowy poeta, autor Ziemi jałowej i Czterech kwartetów, średnio pasuje do Coronet, ale nic bardziej mylnego. Po pierwsze, T.S. Eliot kochał świat Music Hallu, a jednemu ze swoich bohaterów każe nawet zaśpiewać fragment piosenki z tej tradycji w pierwszym akcie. Po drugie, The Cocktail Party to w gruncie rzeczy próba wzięcia starych form dramatycznych – od greckiej tragedii po komedię salonową – i uczynienia z nich wehikułu dla nowych idei. To „nowe wino w starych butelkach” doskonale oddaje misję projektu Print Room, a powierzenie reżyserii Abbey Wright, która połączyła te dwa światy, było inspirującym pomysłem.

Eliot późno zajął się dramaturgią. Większość jego dojrzałych wierszy powstała lub była gotowa w szkicach, zanim w połowie lat 30. zaczął eksperymentować z religijnymi widowiskami moralnymi i wskrzeszaniem form antycznego dramatu wierszowanego jako narzędzi debaty ideowej. Jednak zawsze wysoko cenił społeczną rolę teatru. Jest to wyraźne w jego krytyce literackiej, gdzie podkreśla zakorzenienie poezji w dramacie sakralnym i wspólnotowym – co jego zdaniem ignoruje się na własne ryzyko – oraz unikalną rolę teatru, który potrafi nadać ideom skrzydła, by dotrzeć do szerszej publiczności, o czym introwertyczna liryka może tylko marzyć. Było tylko kwestią czasu, kiedy sam podąży tą ścieżką.

Richard Dempsey, Hilton McRae i Helen Bradbury w The Cocktail Party. Fot.: Marc Brenner

Mimo to sztuki te są dziś rzadko wystawiane. Po ogromnej popularności w okresie powojennym, zostały zepchnięte na margines przez nową generację dramaturgów, dla których Eliotowskie przywiązanie do tradycji, świadomie elitarny ton i celowa techniczna archaizacja stanowiły bariery dla publiczności. Ten konkretny tytuł nie był gościł na West Endzie od 35 lat, więc nowa interpretacja jest zarówno na czasie, jak i bardzo potrzebna.

To zapomnienie jest zupełnie niezasłużone: w sztuce znajdziemy wiele dialogów, które w swojej parodystycznej, absurdalnej satyrze na „dobrze skrojone” komedie salonowe brzmią niczym u Pintera, a poruszane kwestie filozoficzne są bardzo przystępne. Eliot pozostał świadomym modernistą w literaturze, tak samo jak był anglikaninem i konserwatystą w sferze idei. W rzeczywistości jego dramaty są głęboko niepokojące, a nie konwencjonalne – o ile tylko przebijemy się przez pancerz literackich i historycznych odniesień. Ostatecznie jednak liczy się tylko to, czy sztuka wciąż potrafi przykuć uwagę na scenie. To zawsze weryfikuje sens każdego wznowienia.

W tej kwestii mój werdykt jest niejednoznaczny. Pierwszy akt, a właściwie cała pierwsza połowa, nieco się dłuży. Nie wynika to – jak można by przypuszczać – z faktu, że debaty o wolnej woli czy sensie egzystencji są nużące, lub że przeszkadza wiersz biały. Raczej z tego, że dramaturgia jest zbyt wątła, by udźwignąć te tematy. Formuła przyjęcia koktajlowego, gdzie goście wychodzą i wracają, by dyskutować o poszczególnych kwestiach, wyczerpuje się równie szybko, co cierpliwość niechętnego gospodarza. Akty drugi i trzeci, krótsze i lepiej skondensowane, mają w sobie cięty, błyskotliwy rytm, który zachowuje lepszą równowagę między towarzyską konwersacją a fundamentalnymi problemami. Postacie są tu też znacznie pełniej zarysowane.

Innym problemem, choć ostatecznie mniej rażącym, jest fakt, że para stanowiąca rzekome centrum dramatu okazuje się mniej interesująca niż dwie role drugoplanowe. Teoretycznie jest to historia małżeństwa Chamberlayne’ów, którzy rozstają się tuż przed przyjęciem zorganizowanym przez Lavinię (Helen Bradbury), które musi ratować Edward (Richard Dempsey). Wśród gości pojawia się niezidentyfikowany nieznajomy (Hilton McRae), będący kimś na pograniczu przewodnika duchowego i psychiatry. W serii głębokich rozmów obnaża on fakt, że Edward i Lavinia są do siebie znacznie bardziej podobni, niż im się wydaje – Edward może nigdy nie wyjść poza własną przeciętność ani nie pokochać naprawdę, a Lavinia nigdy nie zdoła przyciągnąć do siebie szczerego uczucia. Stanowią oni przejmujący przykład bolesnych, lecz koniecznych kompromisów, na jakie większość par musi iść w codziennym życiu. Dla większości z nas to właśnie stanowi lekarstwo na poszukiwanie sensu.

Istnieje jednak inna droga, ucieleśniona w wyborach Celii Coplestone (Chloe Pirrie), młodszej kochanki Edwarda. W dialogu z tajemniczym nieznajomym w drugim akcie – będącym emocjonalnym i intelektualnym sercem sztuki – poznaje ona inny sposób na życie. Postanawia nie godzić się na wygodne, z góry narzucone wybory i dostrzega alternatywną, znacznie bardziej ryzykowną formę samorealizacji. Kończy się to tragicznie, ale wyraźne przesłanie sztuki mówi, że wolna wola wciąż ma znaczenie – zarówno dla społeczeństwa, jak i dla urzeczywistnienia pełnego potencjału jednostki. To Celia i mądry psychiatra są prawdziwymi nosicielami tej wizji i to oni grają tu pierwsze skrzypce.

Hilton McRae i Helen Bradbury w The Cocktail Party. Fot.: Marc Brenner

Na aktorach spoczywa tu ogromna odpowiedzialność. Każdy z gości podczas kolejnych koktajlowych „libacji” ma swoje momenty poważnej refleksji moralnej, a zbiorowo muszą pełnić rolę z jednej strony antycznego chóru, a z drugiej – wyrafinowanych lwa salonowych. Reżyserka ruchu Joyce Henderson zasługuje na uznanie za to, że spektakl nie jest statyczny, a cała obsada wykazała się świetnym panowaniem nad dynamiką i barwą głosu niezbędną do podania tego tekstu.

Najtrudniejsza jest rola tajemniczego nieznajomego, granego przez McRae jako ujmujący, budzący zaufanie typ w stylu „doktora Finlaya”, ale dysponujący stanowczością i autorytetem tam, gdzie to konieczne. Alec Guinness powiedział niegdyś, że była to najbardziej wyczerpująca rola w jego karierze i łatwo zrozumieć dlaczego. Bradbury świetnie oddała twardą, sfrustrowaną intelektualną energię Lavinii, a Dempsey z kolei – pełną pretensji świadomość własnych niedostatków Edwarda. Pirrie musi jeszcze wyraźniej pokazać proces dojrzewania swojej bohaterki, ale to bez wątpienia przyjdzie wraz z kolejnymi spektaklami. Wśród ról drugoplanowych Marcia Warren stworzyła znakomitą komediową kreację pozornie roztrzepanej starszej gaduły, Julii Shuttlethwaite.

Zespół kreatywny postąpił słusznie, stawiając na minimalizm w scenografii. Nie potrzebujemy kunsztownych dekoracji dla serii rozmów w apartamencie i gabinecie. Dwoje drzwi, telefon na ścianie, stolik z akcesoriami do koktajli i kilka krzeseł – to wystarczy. Podłoga była marmurkowa, przypominająca wyklejki starej książki oprawionej w skórę… to bardzo zręczny zabieg scenografa Richarda Kenta, subtelnie nawiązujący do świadomego archaizmu całej koncepcji sztuki. Praca reżysera światła Davida Platera i kompozytora Gary’ego Yershona nadała całości ekspresjonistyczny sznyt Deco, który przypomniał mi słynną inscenizację Wizyty inspektora. Nie wiem, czy tamta sztuka – również z lat 40. i również z motywem tajemniczego, moralizującego gościa – była punktem odniesienia dla Eliota, ale z pewnością tamta produkcja wpłynęła na nastrój obecnej, z jej ostrymi kontrastami światła i cienia oraz elektronicznie przetworzoną muzyką fortepianową z baru koktajlowego, jednocześnie wyrafinowaną i niepokojącą. Zarówno sztuka, jak i ta inscenizacja mają o wiele więcej warstw zasługujących na komentarz, ale wykraczają one poza ramy krótkiej recenzji. Dość powiedzieć, że ten spektakl stanowi bardzo przemyślany argument za powrotem do całej twórczości dramatycznej Eliota i przypomina, że ma on na koncie znacznie ważniejsze dzieła niż to jedno, które wszyscy znamy – mianowicie Koty – które zresztą nigdy nie były przeznaczone na scenę. The Cocktail Party potrwa do 10 października w teatrze Coronet

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS