WIADOMOŚCI
RECENZJA: The Crumple Zone, Clapham Omnibus ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
julianeaves
Udostępnij
The Crumple Zone
Omnibus, Clapham Common
Wtorek, 19 grudnia
4 Gwiazdki
Pleasance Theatre w dniach 27 - 29 grudnia
Oto coś zupełnie świeżego: szesnaście lat po sukcesie na Off-Broadwayu, do Londynu trafia błyskotliwa gejowska komedia obyczajowa i to w iście triumfalnym stylu, mimo że jej brytyjskiej premierze nie towarzyszyły niemal żadne fanfary. Pięcioosobowa sztuka Buddy'ego Thomasa, osadzona w salonie wspólnego mieszkania na Staten Island, pojawia się w idealnym momencie: jej akcja toczy się w okresie Bożego Narodzenia, mamy tu więc autentycznego odtwórcę roli Świętego Mikołaja, choinkę z lampkami, mnóstwo girland, kartki świąteczne i zapakowane prezenty. Nie brakuje też aż nadto koszmarnych konfliktów charakterów, kłótni, pijackich wybryków, niestosownych romansów, fatalnie niezdarnych wyznań, walk, wyrzutów, łez i poczucia winy – tyle, by wypełnić nawet największą świąteczną skarpetę. Co więcej, udowodnione naukowo jest, że śmiech z cudzych bożonarodzeniowych nieszczęść jest lepszy niż przeżywanie własnych w ciszy, więc sztuka może śmiało uchodzić za formę przydatnej „terapii grupowej”, szczególnie trafnej w tym sezonie wymuszonej wesołości i obowiązkowej radości.
Richard Lambert, człowiek o tysiącu planów oświetleniowych, to impresario, któremu zawdzięczamy odnalezienie pana Thomasa, przeciągnięcie jego dzieła przez Atlantyk i zaprezentowanie go naszej rodzimej publiczności teatralnej. Thomas jest uznanym autorem w Stanach, a jego prace wystawiano na całym świecie (nawet w tym miejscu, o którym teraz mówi się tylko szeptem... w Europie). Dlaczego więc niezrozumiale pomijano go w repertuarach brytyjskich teatrów? Można się tylko zastanawiać. Na szczęście pan Lambert go odkrył i przygotował udaną produkcję tej inteligentnej rozrywki.
Lądujemy w wynajmowanym mieszkaniu Bucka (zniewalająco przystojny Jack Armstrong – i to jest jego prawdziwe nazwisko, nie postać z kart Vanbrugha) oraz Terry'ego (bystra, zgryźliwa królowa ciętej riposty, Samuel Tucker). Sceneria przedstawia nam pewne skomplikowanie: inamorato Bucka, Alex (młody tyczkowaty Kit Lloyd w stylu Jimmy'ego Stewarta), zamieszkał z nimi, podczas gdy jego dotychczasowa bratnia dusza, Matt (uroczy, a zarazem bardzo intensywny Tim Jennings), wyjechał na rok z objazdową trupą musicalu „Miasteczko Salem” (który – o ile nam wiadomo – wciąż jest w trasie). Do tej mieszanki wpada Roger (prosty jak drut Myles Rogerson... tak, naprawdę), poderwany przez Terry'ego na promie Staten Island. Atmosfera jest wystarczająco napięta, aż tu nagle – quelle surprise! – Matt wykorzystuje przerwę w występach w Idaho, by pognać z powrotem nad rzekę Hudson z zamiarem odbudowania relacji z Alexem, co w efekcie doprowadza do ostatecznego rozpadu tej i tak już chwiejnej domowej sielanki.
W ten prozaiczny materiał wpisana jest finezyjnie skonstruowana komedia w trzech aktach (każdy elegancko podzielony na trzy sceny), która w pełni wykorzystuje swoje składowe (w tym scenografię z aż czterema punktami wejścia i wyjścia – pięcioma, jeśli liczyć okno, które też jest używane) i wkłada w usta zwyczajnych postaci słowa pełne magicznego uroku. Riposty strzelają jak fajerwerki, a narracje hipnotyzują. Jednocześnie błyskotliwe dialogi nigdy nie sprawiają wrażenia, jakby nie pasowały do tego miejsca i czasu; z przyjemnością wierzymy, że ci bohaterowie tak rozmawiają na co dzień. To, że młoda obsada oddaje sprawiedliwość dowcipowi i ludzkiemu wymiarowi tej historii, jest triumfem, za który należy podziękować genialnemu reżyserowi. Robert McWhir sprawił, że jego młodzi podopieczni grają tę wysoką komedię może nie tak, jakby robili to od lat, ale z pewnością z dużo większą pewnością siebie i polotem, niż często widuje się u nowicjuszy w tym zawodzie (szkoły aktorskie, proszę zanotować). Jeśli chodzi o kontrowersje: mamy tu tylko krótki błysk nagości, odrobinę przekleństw, kilka pocałunków i parę wysmakowanych fotografii Bruce'a Webera – i to by było na tyle w kwestii pikanterii. Cała reszta kryje się w błyskotliwości samej rozmowy. Szczerze mówiąc, nie ma tu nic, co wyglądałoby nie na miejscu nawet w Theatre Royal Windsor.
Owszem, budżet jest skromny, a okres prób ograniczył się do zaledwie tygodnia, co nadaje produkcji surowy, „repertuarowy” charakter. Niemniej jednak Lambert dobrze wykorzystuje każdego pensa i jako „projektant techniczny” przygotowuje inscenizację i oświetlenie z dużym kunsztem. Widząc spektakl dwukrotnie – najpierw we wtorek, a potem dwa dni później – drugi seans potwierdził moją pochlebną opinię i gorąco zachęcam, by nie przegapić tej okazji. Idźcie i zabierzcie ze sobą przyjaciół: polubią was za to jeszcze bardziej. Szczęściarze z południowego Londynu widzieli już to komediowe cudo w Clapham; w przyszłym tygodniu spektakl będzie bawił tłumy w The Pleasance w Islington. Koniecznie to zobaczcie! Wasze endorfiny będą wam wdzięczne. A co do Buddy'ego Thomasa – podejrzewam, że w Wielkiej Brytanii jeszcze nie raz o nim usłyszymy.
REZERWUJ BILETY NA THE CRUMPLE ZONE W PLEASANCE THEATRE W DNIACH 27 - 29 GRUDNIA 2016
Udostępnij artykuł:
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności