Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: The Doctor, Almeida Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

Libby Purves

Share

Libby Purves recenzuje spektakl „The Doctor”, swobodną adaptację „Profesora Bernhardiego” Arthura Schnitzlera pióra Roberta Icke’a, wystawianą obecnie w Almeida Theatre w Londynie.

Juliet Stevenson i Joy Richardson w „The Doctor”. Fot. Manuel Harlan The Doctor

Almeida Theatre, Londyn

20 sierpnia 2019

4 gwiazdki

Zarezerwuj bilety

Sztuka „Profesor Bernhardi” miała swoją premierę w 1912 roku w Berlinie, po tym jak Wiedeń – miejsce akcji i ojczyzna autora – odmówił wydania licencji na jej wystawienie. Arthur Schnitzler, podobnie jak Czechow, był lekarzem; był austriackim Żydem w czasach narastającej nieufności. Ta historia żarliwie przynależy do tamtej epoki, lecz nowa, swobodna wersja w reżyserii Roberta Icke'a pasuje – w sposób nagły i ekscytujący – do naszych czasów.

Lekarka – tutaj kobieta, Ruth, grana przez Juliet Stevenson – jest dyrektorką założycielką szpitala. Czternastoletnia dziewczynka umiera na sepsę po samodzielnie przeprowadzonej aborcji. Jej katoliccy rodzice, pędząc do szpitala, przekazują wiadomość, że chcą, aby ksiądz udzielił jej ostatniego namaszczenia. Duchowny przybywa, ale lekarka uznaje, że świadomość nadchodzącej śmierci wywoła u dziewczynki zbyt duży stres. Odmawia księdzu wejścia do sali. Jednak pielęgniarka wyjawia dziecku prawdę, przez co dziewczynka umiera w panice. Wynikła z tego afera, podsycana przez pogrążonych w żałobie rodziców i naznaczona antysemityzmem, rujnuje życie żydowskiej profesor.

Zespół spektaklu „The Doctor”. Fot. Manuel Harlan

Icke bierze tę stuletnią opowieść i rzuca ją, przy akompaniamencie gwałtownego bicia bębnów dobiegającego znad surowej sceny, w sam środek konfrontacyjnego szaleństwa współczesnego świata. Ten spór będzie, niestety, aż nazbyt rozpoznawalny dla dzisiejszego środowiska medycznego (wystarczy wspomnieć groźby śmierci pod adresem lekarzy z Great Ormond Street w sprawie Charliego Garda). Reżyser kreśli dziką, gorzką plątaninę histerii, zawodowej pogardy, populistycznej presji, politycznego tchórzostwa i licytowania się na bycie ofiarą w ramach polityki tożsamościowej. Stevenson stanowi jądro tego huraganu, a pozostała dziesiątka aktorów została obsadzona z celową przewrotnością, czasem zmieniając postacie. Często płeć lub rasa aktora różni się od cech granej postaci: to dziwnie odświeżające słyszeć białego mężczyznę ubolewającego nad faktem, że jest jedynym czarnoskórym członkiem zespołu, lub widzieć białego irlandzkiego księdza, który twierdzi, że został znieważony jako czarnoskóry, gdy zabroniono mu wejścia na oddział. Nie jestem pewna, dlaczego ten zabieg działa, ale tak właśnie jest – z pewnością potęguje on absurd polityki tożsamości.

Poza oryginalnymi wątkami Schnitzlera dotyczącymi antysemityzmu, religijnej nieufności, autorytetu zawodowego i sporu o to, czy dawanie złudnej nadziei leży w „najlepszym interesie” pacjenta, Icke dorzuca każdą możliwą współczesną kwestię: rasizm, seksizm, winę kolonialną, tożsamość transpłciową, LGBT, chorobę Alzheimera, samobójstwo i internetową kulturę oburzenia. Jak krzyczy jeden z lekarzy: „Ostatnim razem, gdy podzieliliśmy świat na osobne grupy tożsamościowe, wiemy, do czego to doprowadziło. Do tatuaży na ludzkich nadgarstkach”. Oskarżona o morderstwo dziecka i nazizm profesor Ruth ucina, że to powierzchowne oburzenie (petycja zbiera pięćdziesiąt tysięcy podpisów w kilka chwil) doprowadzi nas do świata rodem z X-Factora. Jej własne kwalifikacje, jak mówi, zostały nadane przez szkołę medyczną, a nie „przez ludzi siedzących w swoich sypialniach i wrzeszczących w internecie… Jeśli chcecie coś osiągnąć, to róbcie to dobrze! I podpiszcie się pod tym własnym nazwiskiem!”.

Ria Zmitrowicz i Juliet Stevenson w „The Doctor”. Fot. Manuel Harlan

Lecz otoczenie ją miażdży. Oglądamy dwie genialne sceny: komitet szpitalny łączący moralne tchórzostwo z głodem funduszy oraz mrocznie komiczny „proces telewizyjny”, w którym przeciwko niej staje upiorny panel dyskusyjny. Rzeczniczka „Głosu Stworzenia” domaga się uwzględnienia głosu religii, działaczka antyaborcyjna przeinacza fakty, oskarżając lekarkę o samodzielne przeprowadzenie nieudanej aborcji, a akademiczka zajmująca się „postkolonialną polityką społeczną” upiera się, że „cały gniew dotyczy tego, do kogo należy język”. Nawet przedstawiciel społeczności żydowskiej ma do niej pretensje o to, że nie praktykuje judaizmu. Choć różnorodni, zjednoczeni w swoim „woke” oburzeniu, stanowią prawdziwie współczesny horror.

Jako spektakl jest to czysta esencja stylu Icke’a, napędzana emocjonalną rakietą, jaką jest Stevenson. Reżyser i adaptator nieco przeładował sztukę: niczym raca, która wypadła z mocowania, wiruje ona w zbyt wielu kierunkach. Ale całość trzyma w napięciu, a Juliet Stevenson jest fenomenalna – jej dziwny, czający się półuśmiech, przechodzący w całkowitą rozpacz, ma przerażającą głębię emocjonalną. Widzimy tu prawość, arogancję, pogardę, humor, furię i wzburzenie; w pewnym momencie biega wokół pustej, zakrzywionej przestrzeni niczym uwięzione zwierzę. W cichych, domowych scenach jest ludzka, pełna wad i podwójnie pogrążona w żałobie. W końcowej, refleksyjnej rozmowie z księdzem, którego przybycie wszystko zaczęło, odnajdujemy przebłyski głębokiej lekarskiej medytacji nad życiem, śmiercią i wartością nadziei. Jak na ironię, ostatecznie zarówno koloratka, jak i biały fartuch zajmują się kwestiami wiary i nadziei.

Uspółcześnienie historii jest idealnie trafione, choć jeden logiczny szkopuł dostrzegą jedynie katolicy – od lat 70. „Sakrament Chorych” nie jest już postrzegany (jak dawniej) wyłącznie jako „Ostatnie Namaszczenie” dla umierających. Współczesny ksiądz nie zakładałby też, że czternastolatka trafi do piekła bez tego sakramentu. Ale to drobiazg. Nie będziecie żałować wydanych na bilet pieniędzy.

Spektakl grany do 28 września 2019 r.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS