WIADOMOŚCI
RECENZJA: The Dreaming, Union Theatre ✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
The Dreaming Union Theatre 6 września 2014 3 Gwiazdki
Wyobraźcie sobie tę scenę. Gęsty, tętniący życiem las, soczyście zielony, gdzieniegdzie muśnięty już złotem jesieni, usiany kwiatami, których feeria barw i zapachów towarzyszy każdemu krokowi na wytartym szlaku; pnącza, drzewa uginające się pod ciężarem owoców, szyszki i liście; pagórek, gdzie w kąciku oka migoczą i tańczą cienie; jezioro skrzące się w blasku księżyca oraz krąg głazów – pozostałość po dawnych pogańskich czasach. To ostatnie lato przed wybuchem Wielkiej Wojny; czuć tu niewinność, etykietę, tradycję i formalizm – długie spódnice i trzyczęściowe garnitury wypełniają każdy zakątek kniei, w którym igra i przeobraża rzeczywistość światło księżyca.
To miejsce pulsujące możliwościami – zmysłowe, lśniące, dojrzałe i naznaczone nutą niepokojącej tajemnicy. Miejsce, w którym magia mogłaby się zdarzyć bez najmniejszego trudu.
Macie już ten obraz przed oczami?
To dobrze, bo właśnie tak wygląda sceneria dla „The Dreaming”, wspaniałej muzycznej adaptacji „Snu nocy letniej” Szekspira autorstwa Howarda Goodalla i Charlesa Harta. Spektakl powrócił właśnie na deski Union Theatre w reżyserii Paula Clarksona, z kierownictwem muzycznym Davida Griffithsa, choreografią Helen Rymer oraz scenografią i kostiumami Kingsleya Halla.
Warto zachować ten obraz w pamięci, ponieważ w obecnej inscenizacji absolutnie nic nie sugeruje, że to właśnie takie miejsce jest tłem dla tego skądinąd pięknego musicalu. A to ogromna szkoda.
Hall w poprzednich produkcjach wykazywał się świetnym wyczuciem, ale nie tym razem. Paleta brązów i beżów jest rażąco nieadekwatna do zachwycającego piękna natury, które powinno rozświetlać i odpowiednio oprawiać narrację oraz partyturę. Prawdziwą zagadką pozostaje, dlaczego część przestrzeni scenicznej doskonale widoczna z każdego miejsca na widowni została zarezerwowana dla małej orkiestry. Nawet jeśli uznano to za wskazane, nic nie stało na przeszkodzie, by przed muzykami „posadzić” las i oddać klimat jeziora czy poszycia z liści i kwiatów, na którym młodzi kochankowie ostatecznie zasypiają.
Co więcej, w sposób niezwykle niefortunny zorganizowano przestrzeń tak, że aktorzy nie mogą swobodnie wchodzić na scenę przez widownię. To dziwne, zwłaszcza w tak elastycznym miejscu jak Union Theatre, i skutkuje mnóstwem bezsensownego biegania za plecami widzów. Zmarnowanie okazji, by mistyczne istoty nieustannie pojawiały się wśród publiki, jest tu aż nadto odczuwalne.
Rzadko się zdarza, by scenografia i zamysł inscenizacyjny tak bardzo pracowały przeciwko samej tkance i muzykalności utworu – ale, niestety, tutaj tak właśnie jest.
Najbardziej zdumiewa jednak fakt, że mimo tych wizualnych potknięć, siła samego dzieła – zarówno libretta, jak i muzyki – jest niemal wystarczająca, by decyzje reżyserskie i scenograficzne przestały mieć znaczenie.
Hart wykonał kawał świetnej roboty, adaptując kluczowe wątki barda. Atmosfera wiejskiej posiadłości jest namacalna, podobnie jak hierarchia społeczna, oburzenie ojca, którego córka rzekomo uciekła z kochankiem, czy rubaszność chłopaków zastępujących tu rzemieślników. Jego teksty są błyskotliwe, tętnią życiem i ani przez moment nie nużą, nie popadając w trywialne tony. Równie dużo pasji i zmysłowości znajdziemy w partiach poświęconych światu elfów, a w materiale komediowym wyczuwa się szczerą radość.
Trzeba przyznać, że praca Harta jest tu wybitna.
Jego teksty stały się inspiracją dla Goodalla, którego melodie, harmonie, kontrapunkty i polifonie są absolutnie wyśmienite. Muzyka kipi od emocji, radości i ekspresji, zwłaszcza w drugim akcie. Mamy tu skoczne motywy, utwory refleksyjne, porywające chóry, intrygujące ballady i piosenki komiczne. I oczywiście pieśni o miłości – ale nie są to ckliwe, banalne rymowanki, lecz nastrojowe, sugestywne kompozycje, które popychają akcję naprzód w fascynujący sposób.
Griffiths dba o to, by obsada miała solidne wsparcie instrumentalne, choć nie da się ukryć, że ta partytura aż prosi się o pełną sekcję smyczkową i dętą drewnianą. Jakąż ucztą dla uszu byłaby bogata, złożona muzyka Goodalla w pełnym składzie!
Utwór powstał na zamówienie National Youth Music Theatre, więc wszystkie role mogą grać ludzie bardzo młodzi, co ma miejsce i w tym przypadku. Widać jednak wyraźnie, że z wielopokoleniową obsadą, odpowiednim budżetem i scenografią godną tego dzieła, mógłby to być musical rzucający na kolana. Zagadką pozostaje, dlaczego National Theatre nie postawiło na ten tytuł, zamiast topić miliony w taką stratę czasu jak „The Light Princess”. Gdyby „The Dreaming” otoczyć taką opieką, jaką dostała „Matylda”, byłby to światowy hit.
Obsada składa się głównie z bardzo utalentowanych osób, będących świeżo po szkołach aktorskich. Głównym wyjątkiem (pod względem stażu) jest Michael Chance, który jest wprost uroczy jako nieco staroświecki, ale pełen dobrych chęci pastor, będący tutejszą wersją Petera Quince'a.
Kolejną wyróżniającą się postacią jest Christopher Hancock – wyjątkowo dobry jako anielski odpowiednik Oberona: wysoki, męski, o mocnym głosie, emanujący idealną mieszanką grozy i psoty. Jego sceny z równie wspaniałą Christiną Harris (jako Sylvia) są naelektryzowane energią seksualną i niemal brutalną grą o dominację; jednocześnie potrafi być frywolny w relacji z Jackiem/Puckiem (udana rola Simone Murphy). Hancock to zdecydowanie talent, który warto śledzić.
Świetnie spisuje się Alex Green jako potliwy duszek i niezbyt lotny Bob; David Breed uroczo kreuje postać radosnego Grubba, rozświetlając każdą scenę; Christina Harris zachwyca jako zagadkowa i figlarna Aphra, a Michael Burgen w roli Bottoma/Cheeka jest fenomenalny pod każdym względem – od głosu, przez charyzmę, po nienaganne wyczucie komizmu.
Zbyt dużo jest tu niestety krzyku, dąsania się i nadekspresji u czwórki kochanków, którym zupełnie nie udaje się trafić w odpowiedni rytm komediowy – choć wydaje się to raczej winą reżyserii Clarksona niż brakiem umiejętności aktorów. W każdym razie w większości. Joshua Tonks gra Davida jako sztywnego, wrzaskliwego bufona; Alastair Hill w roli Alexandra to neurotyczny „nerd” w niemal jasełkowym wydaniu; Holly Julier jako Charlotte jest słodka, a jej wada wymowy prawie bawi, ale brakuje jej magnetyzmu; Rachel Flynn zaś wyraźnie czuje się zagubiona, zarówno wokalnie, jak i aktorsko, jako Jennifer.
Poza pomyłką obsadową w przypadku Flynn, widać, że reszta mogłaby zagrać swoje role znakomicie, ale tutaj postawiono na wybory toporne i oczywiste, podczas gdy prawdziwą wartość przyniosłaby subtelność i proste ciepło.
Reszta zespołu radzi sobie dobrze, a występy zbiorowe brzmią fenomenalnie. Choreografia Rymer jest w większości skuteczna, a momentami wręcz wybitna, i cała ekipa wykonuje ją z wielką wprawą.
W tej produkcji jest mnóstwo rzeczy, które można polubić; potrzeba jej tylko sprawniejszej ręki reżysera. Libretto i muzyka to światowa klasa, a niektóre kreacje aktorskie zostaną w pamięci na długo. Mimo swoich mankamentów, ten spektakl udowadnia siłę duetu Goodall/Hart.
Więcej informacji o spektaklu The Dreaming znajdziecie na stronie Union Theatre
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności