WIADOMOŚCI
RECENZJA: The King and I, Vivian Beaumont Theatre ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Kelli O'Hara i Ken Watanabe w „Król i ja”. Fot. Paul Kolnik Król i ja (The King and I)
Vivian Beaumont Theatre
3 kwietnia 2015 r.
5 gwiazdek
Przerwa w Vivian Beaumont Theatre. Siedząca za mną dość nobliwa matriarchini z Upper East Side wyrokuje: „Jest dobra, ale to doprawdy okropna sztuka”. Jej towarzysz kiwa głową ze zrozumieniem. „Tak, to imperialistyczne bzdury. Spędziłem mnóstwo czasu w Tajlandii i tam wcale tak to nie wygląda”. Chociaż kusiło mnie, by spytać, czy jego doświadczenia obejmują również wizyty za panowania królowej Wiktorii, uznałem, że milczenie będzie lepszym wyjściem.
„Król i ja” nigdy nie wydawał mi się kawałkiem imperialistycznej propagandy. Postrzegałem to raczej jako opowieść o dość prostej idei: że ludzie o różnym pochodzeniu i przekonaniach mogą współpracować, uczyć się od siebie, a nawet pokochać. To rzecz o tolerancji, zrozumieniu i akceptacji. Ludzka godność mierząca się z nieludzką władzą. Owszem, mamy tu egzotyczny kostium z epoki i zapewne niektóre inscenizacje mogłyby protekcjonalnie traktować syjamskie postacie czy sam Syjam, ale nigdy nie odniosłem wrażenia, by taka była intencja Rodgersa i Hammersteina. To ten rodzaj spektaklu, który jego twórcy z chęcią pokazaliby gubernatorowi Indiany, dając mu sporo do myślenia.
Bartlett Sher zdaje się podzielać ten pogląd. W wywiadzie na temat swojej koncepcji reżyserskiej „Króla i ja” powiedział:
„Moim punktem wyjścia był felietonista Nicholas Kristof, który często pisze o problemach związanych z przejściem od kultury tradycyjnej do nowoczesnej w świecie islamskim i krajach rozwijających się. To przejście ku nowoczesności jest dokładnie tym, czym zajęli się Rodgers i Hammerstein w pierwowzorze, i to właśnie rezonuje dziś najpełniej... Zatem w 1862 roku, kiedy Anna Leonowens... wręcza 'Chatę Wuja Toma' Harriet Beecher Stowe młodej kobiecie, która wbrew własnej woli została podarowana Królowi jako prezent i zmuszona do dołączenia do królewskiego haremu pod rządami monarchy, jest to doświadczenie wolności o niezwykle złożonym charakterze. Ten sam problem wybrzmiewał w 1950 roku, wybrzmiewa i teraz, rzucając światło na bezpośrednie znaczenie 'Króla i ja' dzisiaj.”
Właśnie tak.
Wspólnie ze scenografem Michaelem Yearganem, kostiumografką Catherine Zuber i choreografem Christopherem Gattellim, Sher całkowicie przemyślał i ożywił musical Rodgersa i Hammersteina – zarówno na potrzeby ogromnej sceny Vivian Beaumont, jak i dla potrzeb XXI wieku. Będąca obecnie na etapie pokazów przedpremierowych produkcja jest triumfem w każdym calu: olśniewająca wizualnie, nieskazitelna muzycznie i dająca głęboki wgląd w ludzką naturę.
Nie podjęto próby unowocześnienia historii, przeniesienia jej w inne czasy czy miejsce, ani też kopiowania przepychu dawnych inscenizacji. Nie ma tu gigantycznych słoni, ostentacyjnych dekoracji czy bizantyjskiego zbytku w otoczeniu królewskiego pałacu. Zamiast tego czujemy atmosferę chłodnej, ważnej świątyni, otwartych przestrzeni, gdzie mogą zwisać tkaniny lub opadać kwiaty, a potężne filary budują wysokość wnętrza, podkreślając ideę władzy zawartą w samej skali. Nawet posąg Buddy, gdy w końcu się pojawia, jest skromny, a nie kapiący złotem.
To nie jest spektakl o miejscu, w którym toczą się wydarzenia; to rzecz o ludziach uwikłanych w te wydarzenia.
Nie oznacza to oczywiście, że scenografia nie budzi zachwytu – wręcz przeciwnie. Ogromna głębokość sceny została w pełni wykorzystana, a ruchomy pomost wysuwa akcję bezpośrednio przed widza. Kiedy statek kapitana Ortona zawija do Bangkoku, potężny dziób jednostki wdziera się na widownię w sposób zapierający dech w piersiach. Gdy Tuptim i Lun Tha spotykają się potajemnie, scena tonie w romantycznych barwach i wiszących girlandach kwiatów, sugerując rodzaj raju. Poszczególne sceny są trafnie i sprytnie zaznaczone meblami z epoki: klasa szkolna, sypialnia Anny, gabinet Króla czy misternie nakryty stół obiadowy na przyjazd sir Edwarda Ramseya.
Kostiumy są fenomenalne. Suknie Anny są cudowne – krynoliny i surowe wiktoriańskie gorsety są idealnie skrojone, w pięknych, gładkich kolorach lub zestawieniach pasów. Jej suknia na bal u Ramseya jest nadzwyczajna, to cud kunsztu krawieckiego – a kiedy Anna wiruje w ogromnej spódnicy, fale materiału unoszą się w rytm polki. Stroje Króla są odpowiednio królewskie, pełne czerwieni i złota, a żony (szczególnie Lady Thiang) noszą interesujące, bardziej tradycyjne tajskie kostiumy: błękity, srebra, biel i czerwień. Tuptim i Lun Tha, jako przybysze z Birmy, są ubrani inaczej, ale równie czarująco. Kostiumy wydają się świeże, jakby dopiero co uszyte, a jednocześnie stanowią hołd dla estetyki XIX wieku.
Na tych, którzy dobrze znają film lub musical, czeka wiele niespodzianek: chaos i zgiełk portu w Bangkoku oddano po mistrzowsku, a ogromną władzę Kralahome podkreśla jego świta, uciszająca tłum groźnie terkoczącymi kijami. Tuptim jest traktowana raczej jak ofiara seksualna niż egzotyczna księżniczka, a scena, w której Król jej się przygląda, budzi ciarki na plecach. Chulalongkorn jest początkowo dumny i arogancki, powoli mięknąc z czasem. Lady Thiang jest młoda i wyrobiona politycznie. Balet Tuptim jest tańczony bezpośrednio przed Królem, dla niego samego, nawet jeśli inni go oglądają. Utwór „Western People Funny” nie jest grany pod tanią publikę; zamiast tego celnie punktuje trudność, jaką panująca kultura ma z zachodnią interwencją i innowacjami.
Jednak największym sukcesem Shera jest prowadzenie dwóch kluczowych postaci: Anny i Króla.
Ci, którzy oczekują powtórki z Yula Brynnera, srodze się zawiodą. Ken Watanabe mądrze podszedł do roli zupełnie inaczej – jest bardziej przebiegły, manipulujący, a jednocześnie ma ogromne poczucie humoru. Nie wiadomo, czy to zabieg celowy, ale wymowa Watanabe bywa wyzwaniem, co świetnie buduje dystans między nim a kobietą, którą zatrudnił do nauki swoich dzieci. Trzeba się w niego uważnie wsłuchiwać, przez co widz czuje się dokładnie tak, jak czułaby się Anna.
Watanabe ma wielką charyzmę i z łatwością oddaje królewską pewność siebie. Ale widać też bystry umysł i polityczny spryt monarchy – to nie jest słabeusz ani pozorny władca. Król w wydaniu Watanabe jest niebezpieczny i nieprzewidywalny, co objawia się zarówno w jego ruchu, jak i w sposobie frazowania tekstu. Może nie przekona to każdego, zwłaszcza wielbicieli estetyki Brynnera, ale to żywa i męska interpretacja roli, którą bardzo trudno zagrać na serio. Watanabe nie jest śpiewakiem, ale to bez znaczenia. Przekazuje materiał przekonująco, a kiedy wybucha, ma to ogromną siłę rażenia.
Jako Anna, Kelli O'Hara jest niedościgniona. Angielska w każdym calu, z nienagannym akcentem, jest kwintesencją wiktoriańskości – do tego stopnia, że nigdy tak naprawdę nie podnosi głosu. Może być pełna pasji, ale nigdy nie jest głośna w wulgarny sposób; jej poczucie przyzwoitości jest głęboko zakorzenione. O'Hara idealnie chwyta styl tamtej epoki, ani przez chwilę go nie parodiując: jej łagodne, zdecydowane, ale rdzennie kobiece podejście jest wręcz upajające.
Niewielu wykonawców potrafi tak płynnie przechodzić od dialogu do śpiewu, ale O'Hara to w tej dziedzinie klasa olimpijska. Sprawia, że piosenki stają się nieodłączną tkanką opowieści. Jej głos jest świetlisty i czysty; wokalnie błyszczy w każdym momencie – czy to w pełnym wdzięku „Whistle A Happy Tune”, czy w bogatym legato „Hello Young Lovers”. Szczególne wrażenie robi sposób, w jaki wykonuje „Shall I Tell You What I Think Of You?” – czyniąc z tego wewnętrzny monolog stłumionej furii, a nie siłową popisówkę. Jej „Getting To Know You” jest tak urocze, jakby słyszało się tę piosenkę po raz pierwszy.
Oczywiście kulminacją jest „Shall We Dance”, gdzie Watanabe i O'Hara podchodzą do numeru w sposób swobodny, niemal konwersacyjny, co nadaje mu niezwykłej energii. Delikatność O'Hary świetnie kontrastuje z dziecięcym fochem Króla, który chce tańczyć tak jak Anglicy. Scena nauki kroków jest autentycznie zabawna, więc widz jest zupełnie nieprzygotowany na moment, gdy Król przyciąga twarz Anny nieco zbyt blisko swojej, zanim ruszą w wir polki. To nie tyle zmysłowe, co wręcz wulkaniczne – a potem przeradza się w pełną radości pogoń w krynolinach, przy której publiczność, co zrozumiałe, wpada w euforię. To jest ten prawdziwy moment spotkania Wschodu z Zachodem.
Ruthie Ann Miles tworzy z Lady Thiang pełnokrwistą postać, a nie tylko rzeczniczkę żon. Porusza się z gracją pantery, a jej scena z Tuptim pokazuje jej pozycję w pałacu. Skradła show znakomitym wykonaniem „Something Wonderful” – cudownie szczerym, a zarazem zaśpiewanym głębokim, dźwięcznym głosem. Paul Nakauchi jako Kralahome jest świetny w roli wojownika rozdartego między tradycją a nowym porządkiem.
Jako kochankowie z dwoma najpiękniejszymi pieśniami miłosnymi Rodgersa – „I Have Dreamed” i „We Kiss In The Shadows” – Ashley Park i Conrad Ricamora są idealnie dobrani. Oboje bardzo atrakcyjni, z cudownymi głosami, które splatają się w piękne harmonie, oddając całą chwałę melodii Rodgersa. Ich oddanie jest realne i intensywne. Park jest również wspaniała w balecie „Small House Of Uncle Thomas”, gdzie strach i odwaga jej postaci są niezwykle dojmujące.
Wszystkie dzieci Króla są cudowne, angażujące i barwne, a „March of The Siamese Children” zawiera zmiany w oryginalnej choreografii, które są odświeżające i radosne. Jon Viktor Corpuz jest wybitny jako młody tyran, następca tronu Chulalongkorn. Jego interakcje z O'Harą, gdy ta uczy go zaufania i patrzenia z innej perspektywy, są piękne. Finałowe sceny z jego udziałem zachwycają – zmiany wywołane przez ojca i apele Anny o godność ludzką najpierw go dezorientują, by w końcu zainspirować w sposób w pełni zrozumiały dla widza.
Corpuz świetnie partneruje Jake'owi Lucasowi (w roli Louisa) – widać między nimi przyjacielską rywalizację. Lucas jest genialny w scenie, gdy zmusza matkę do przyznania, że „lubi” Króla.
Finałowa, trudna konfrontacja między Anną a Królem jest poprowadzona po mistrzowsku. O'Hara jest tu najwspanialsza, stając pomiędzy Królem a Tuptim, którą ten chce wychłostać. Jej determinacja i opór są niezwykłe – tak bardzo wiktoriańskie i pełne godności. Efekt, jaki wywiera to na Królu Granym przez Watanabe, jest druzgocący – uświadamia on sobie, że nie może jednocześnie kształcić rodziny, wypierać się bycia postrzeganym jako barbarzyńca i zachować niczym nieograniczonej władzy. Coś musi pęknąć.
Choreografia Gattelliego jest nienachalna i autentyczna; wzbogaca lub adaptuje prace Jerome'a Robbinsa, szczególnie w rewelacyjnym „Small House Of Uncle Thomas”. Nie ma tu poczucia „udawania” tańca syjamskiego; kroki i ruchy dłoni wydają się instynktowne i prawdziwe.
29-osobowa orkiestra (czysta rozkosz!) gra wybitnie pod batutą Teda Sperlinga. Każda piosenka prowadzona jest w odpowiednim tempie, a balans między bogatym brzmieniem orkiestry a linią wokalną jest skrupulatnie pilnowany. Smyczki unoszą i podkreślają szlachetne aspekty tej luksusowej partytury. Przez większość czasu ma się wrażenie słuchania nagrania studyjnego – tak doskonała jest jakość dźwięku, jego barwy i czystość głosów.
Zespół radzi sobie świetnie pod każdym względem, a taniec w „Small House Of Uncle Thomas” jest wręcz wykwintny. Żeński chórek jest cudownie ironiczny w „Western People Funny”.
„Król i ja” to arcydzieło, jeden z najlepszych przykładów gatunku. Rodgers i Hammerstein w tym musicalu wyprzedzili swoją epokę i wznieśli się na szczyty możliwości. Spektakl mówi wiele o równości, akceptacji i zrozumieniu w obliczu fundamentalnie różnych punktów widzenia. Działa jako egzotyczna, kolorowa i zapadająca w pamięć parabola na temat kluczowych problemów naszych czasów – traktowania osób innej wiary, rasy, płci czy orientacji z należytym szacunkiem. To, że posiada przy tym poruszającą muzykę, jest jedynie wisienką na torcie.
To wielkie osiągnięcie Bartletta Shera, a kreacja O'Hary jest najlepszą z możliwych. Watanabe z godnym podziwu skutkiem czyni Króla własną, unikalną postacią. Jedyną zagadką („Puzzlement”) będzie, jeśli ta produkcja nie utrzyma się na afiszu przez lata.
To, jak mówi piosenka, „Cos wspaniałego”.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności