Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: The Mirror Never Lies, Cockpit Theatre ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

The Mirror Never Lies

The Cockpit Theatre

18 listopada 2016

3 gwiazdki

Z wielką przyjemnością śledziłem kolejne kroki tego fascynującego i bogatego brzmieniowo nowego musicalu, który wypłynął na szerokie wody prawdziwego teatru podczas warsztatowej produkcji w The Cockpit – prężnie działającym ośrodku nowej dramaturgii w Marylebone. Widziałem jego wcześniejszą odsłonę w zeszłym roku jako czytanie performatywne w RADA Studios, więc tego pokazu po prostu nie mogłem przegapić. Ta wspaniała historia (pierwotnie powieść Barbary Pym, zaadaptowana na scenę przez Joe Giuffre), wyraziście zarysowane, nietuzinkowe postaci, cięte i dowcipne dialogi – na zmianę pikantne, zuchwałe, snobistyczne i podszyte nutką sentymentalizmu – a przede wszystkim rewelacyjna ścieżka dźwiękowa (teksty piosenek: Giuffre, muzyka: Juan Iglesias), na długo zapadły mi w pamięć, pozostawiając niedosyt. I tego „więcej” zdecydowanie dostaliśmy pod dostatkiem.

Od czasu czytania autorzy gruntownie przebudowali dzieło. Zaangażowano nową obsadę – nie żeby zespołowi z Bloomsbury czegoś brakowało, ale nowe twarze zawsze wnoszą świeżość do interpretacji opowieści, a proces twórczy polega właśnie na szukaniu nowych ujęć. Nad oprawą muzyczną czuwał niezwykle utalentowany i wrażliwy Joe Finlay. Dzięki temu całość zaczyna brzmieć jak pełnowymiarowy spektakl. Coś wspaniałego.

Jeśli chodzi o inscenizację, wykorzystano kilka trafnych projekcji, kilka krzeseł, garść rekwizytów i przemyślane kostiumy – przestrzeń teatru została zagospodarowana bardzo sprawnie. W programie nie widnieje nazwisko reżysera, zakładam więc, że to wspólna praca autorów. Z jednej strony to dobrze, z drugiej jednak – ich „dziecko” jest już na tyle dojrzałe, by powierzyć je w ręce troskliwego dramaturga-reżysera. Kogoś, kto pomoże przekształcić tę błyskotliwą, inteligentną teatralną „realizację” narracji Pym w prawdziwie dramatyczne wydarzenie. Obecnie duża część libretta pozostaje zbyt schematyczna i literacka, zamiast organicznie wyrastać z materii teatru. Otwierający montaż filmowy sugeruje, że brakuje tu klasycznego „opening number”, który wprowadziłby nas w świat przedstawiony i ustalił jego reguły. Jestem pewien, że autorzy również to zauważyli i uwzględnią to w dalszych pracach nad projektem.

Choć obsada miała zaledwie 40 godzin na przygotowanie tych pięciu pokazów, aktorzy grali całkowicie z pamięci i spisali się wyśmienicie. W roli Leonory, dojrzałej kobiety o słabości do młodszych mężczyzn, Fransca Ellis była uosobieniem elegancji i opanowania. Stopniowo budowała postać aż do pełnej rezygnacji, przypominającej tę z „Kawalerzysty z różą”, by w kluczowym numerze tytułowym zrezygnować z nieodpowiedniego kochanka. To wciąż mocny punkt zamykający 90-minutowy spektakl. Jej pierwszy adorator, handlarz antykami Humphrey (który ewoluował z postaci komicznej w nieco złowieszczego niedoszłego rozpustnika), to teraz Jon Osbaldeston, a jego niewinny młody asystent – i cel Leonory – to naiwny James (Ryan Frank). Najlepszą przyjaciółkę Leonory, Meg, gra Darrie Gardner, a jej dość powierzchownych „znajomych” Colin (Spencer O’Brien) i Harold (Greg Keith). „Dobrą dziewczyną”, która zakochuje się w nieszczęsnym Jamesie, jest Phoebe (Jennifer Harraghy). Jej rola jest o tyle ciekawa, że choć wydaje się słaba, w rzeczywistości zwiastuje nadchodzące zmiany.

Mamy lata 50. i choć era luksusowych transatlantyków jeszcze trwa, jej dni są policzone. Pym jest w głębi duszy krytykiem społecznym, a jej chłodny dystans wprowadza nutę zagrożenia poprzez postać Neda (kolejna rola O’Briena) – egoistycznego rewolucjonisty. W Bloomsbury był on subtelniejszy, tutaj nabrał sznytu rockabilly i beatnika. Choć kłóci się to nieco z jego profesją akademika, jest interesującym eksperymentem – może jego profesja powinna zmienić się na coś bardziej „cool”, związanego z kinem, telewizją czy przemysłem muzycznym? Póki co, Ned uwodzi Jamesa podczas przeprawy przez Atlantyk – niemal dla zabicia czasu – a potem bawi się nim, owijając go sobie wokół palca w sposób, w jaki Phoebe nigdy nie potrafiła.

Wywołuje to u Leonory pewną irytację, ale nic poza tym. Cierpi głównie jej duma, a to nie jest coś, o co publiczność teatralna przesadnie się troszczy. Tymczasem Ned zdaje się wymachiwać transparentem z napisem „Nadchodzą lata sześćdziesiąte!”, przypominając, że rządy kobiet takich jak Leonora dobiegają końca. Mary Quant i Marianne Faithfull nie będą miały dla niej miejsca. Jednak rewolucjoniści – popalający tu i ówdzie skręty – mają ręce pełne roboty, bo energia tej opowieści często schodzi do „podziemia”. Postać „Nieznajomego” (ponownie Keith), który pojawia się jako spóźniony gość w sklepie, zdaje się jedynie petryfikować status quo. Przesłanie Pym nie tchnie optymizmem.

W spektaklu widać wyraźne paralele z „Pal Joey” – to kolejna opowieść o nieprawdopodobnych romansach ludzi z różnych pokoleń i klas społecznych (Leonora to bogata dama, James musi pracować w sklepie). Podobnie jak w tamtym show, możemy polubić bohaterów (i stanąć po którejś ze stron) tylko wtedy, gdy nas oczarują. Obecnie piosenki robią to wyśmienicie. Scenariusz natomiast wciąż przypomina powieść, a powinien „śpiewać” jak rasowa sztuka. Czas na oddech i zaproszenie do współpracy odważnego reżysera-dramaturga, który zaplanuje kolejny ruch!

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS