WIADOMOŚCI
RECENZJA: The Return Of The Soldier, Jermyn Street Theatre ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
The Return Of The Soldier Jermyn Street Theatre 4 września 2014
Trwa I wojna światowa. Brytyjskie wojska tkwią w okopach we Francji, tocząc krwawy bój z Niemcami. Brytyjczycy prą naprzód, licząc się ze śmiercią – i dla wielu żołnierzy z pewnego szwadronu ten los się dopełnia. Jednak nie dla kapitana Christophera Baldry'ego. Choć jest świadkiem rzezi swoich towarzyszy, sam zostaje ogłuszony wybuchem i budzi się z... selektywną amnezją.
Wierzy, że jest w innym czasie i miejscu, będąc tym samym człowiekiem, co lata wcześniej. Jest przekonany, że kocha Margaret Allingham – dziewczynę, którą poznał przypadkiem na Monkey Island, a która skradła jego serce i zainspirowała muzyczne pasje. Zapomniał o swoim obecnym życiu, o swojej żonie oraz o miłości i tragedii, które on i jego małżonka, Kitty, wspólnie przeżyli.
Przygotowując się do powrotu do domu na rekonwalescencję, pisze do Margaret. Informuje ją o swoim przyjeździe, by mogli wziąć ślub i być razem na zawsze. Jednak ona również wyszła za mąż – za dobrego, choć pozbawionego pasji Williama. Jej poczciwy, nieco niezdarny i przewidywalny mąż potrzebuje jej wsparcia. Margaret miota się między pragnieniem miłości, za którą tęskni, a poczuciem winy i przerażeniem na myśl o zdradzie Williama. Udaje się więc do posiadłości Baldry'ego, by powiadomić Kitty – zupełnie obcą jej osobę – że kapitan jest w drodze do domu.
Tak zarysowuje się fabuła nowego brytyjskiego musicalu „The Return Of The Soldier”, który właśnie ma swoją premierę w londyńskim Jermyn Street Theatre.
Nowe musicale nie miały w ostatnich latach szczęścia w Londynie ani w ogóle w Wielkiej Brytanii. Czasem wynikało to z błędnej koncepcji (The Light Princess, Stephen Ward, From Here To Eternity), czasem z samej produkcji (Betty Blue Eyes, Viva Forever!, Loserville, Love Never Dies), czasem z trudnych do wyjaśnienia braków widowni (I Can't Sing, Lend Me A Tenor), a czasem po prostu z fatalnego poziomu dzieła (Too Close To The Sun). Nawet znakomita obsada i muzycy nie są w stanie sami udźwignąć spektaklu.
Oczywiście były też prawdziwe sukcesy – Matilda, Charlie and the Chocolate Factory, Love Story, The Hired Man, The Go-Between czy American Psycho, by wymienić tylko kilka.
Czasem wydaje się, że problemem są oczekiwania widzów co do tego, czym musical powinien być. Jak ironicznie zauważył Sondheim, ludzie domagają się wpadałych w ucho melodii; inni chcą wielkich scen zbiorowych, olśniewających kostiumów, spektakularnej scenografii, wielkich gwiazd i blichtru.
Żaden z tych wymogów nie jest narzucany dramatom czy komediom; widzowie przyjmują je takimi, jakimi są. Podobnie powinno być z musicalami.
Jeśli szukacie „Guys And Dolls”, „Mamma Mia” czy „Les Misérables”, idźcie na nie. Ale jeśli chcecie zobaczyć wyśmienity, pięknie pomyślany kawałek teatru muzycznego, który po mistrzowsku przywołuje historyczną epokę, opowiada fascynującą historię pełną zwrotów akcji i zawiera eteryczną, zachwycającą muzykę – obejrzyjcie „The Return Of The Soldier”, póki możecie.
Nie ma tu przepychu, numerów stepowanych, jazgotliwej orkiestry ani gwiazd z telewizji czy kina. Jest za to mnóstwo genialnego aktorstwa, wspaniałe opowiadanie historii poprzez śpiew, kilka utworów, które rzucają na kolana, świetni wokaliści i autentyczne ciepło, które bywa kojące, a chwilami niemal wulkaniczne.
Sztuka jest adaptacją powieści Rebeki West napisanej podczas Wielkiej Wojny. Libretto i teksty piosenek autorstwa Tima Sandersa są doskonałe – opowiadają złożoną historię z polotem, zwięźle i w sposób, który idealnie osadza akcję w epoce. Charles Miller stworzył partyturę pełną melodii, smutku i nadziei; piosenka tytułowa jest szczególnie ujmująca. Ale świetnych numerów jest więcej: „Am I What You Are To Me”, „Leave Me For a Dead”, „The Little Things I Need”, „Somewhere Else”, „Head Master”, „To Be Adored”, „What Have I Become” i „I Know How This Ends”. Gdyby istniało nagranie, słuchałbym ich bez przerwy.
Laura Pitt-Pulford jako Margaret jest spektakularna. Na początku emanuje strachem i bólem, by w scenach wspomnień o miłości do Baldry'ego wpadać w ekstazę, a w chwilach skradzionych z nim sam na sam być pełną życia. Potem staje się winna, smutna, lecz głęboko autentyczna, gdy do kapitana wracają wspomnienia, a ona musi stanąć twarzą w twarz z własnym mężem i jego wielkodusznym wybaczeniem. Pitt-Pulford zachwyca pod każdym względem, a jej głos idealnie radzi sobie z wymaganiami partytury. Ma w sobie energię i styl tamtej epoki oraz tak silną więź z rolą i widownią, że nikt nie śmie zaklaskać w obawie, by nie uronić ani sekundy jej występu. Rewelacja.
Michael Matus daje prawdziwy popis kunsztu w dwóch całkowicie odmiennych rolach – powolnego, wiejskiego męża Margaret oraz dr Andersona, który ma uleczyć amnezję Baldry'ego. W obu jest bezbłędny. Jako wytwórca marynat potrzebujący żony do wiązania krawata jest smutny, szczery i pełen nadziei; jako inteligentny i przenikliwy lekarz dusz bywa ironiczny i pełen wątpliwości. To dwie pięknie zarysowane postacie w wykonaniu aktora u szczytu formy. Śpiewa z lekkością, nienaganną dykcją i wspaniałą barwą.
Stewart Clarke wciela się w postać dotkniętego amnezją Baldry'ego. Bez trudu oddaje męski charakter żołnierza – świetnie prezentuje się na scenie, szczególnie w choreograficznych scenach pełnych zmysłowości, gdy on i Margaret wspominają swoją miłość równocześnie, lecz w różnych miejscach. W drugim akcie pojawia się nawet scena w mokrej koszuli, która wywołała westchnienie zachwytu u młodej damy siedzącej dwa miejsca ode mnie.
Ma solidny głos, choć musi jeszcze popracować nad niskimi rejestrami i powinien chętniej śpiewać własnym głosem, zamiast silić się na manierę popularną wśród dzisiejszych wokalistów. Najlepiej wypada w górnych rejestrach, a jego partie w numerach zbiorowych są porywające. Jednak na tle Pitt-Pulford i Matusa bywa chwilami zbyt zmanierowany. Zbyt dużo tu szybkich, gwałtownych ruchów. Ale to tylko drobne uwagi – Clarke ma silną prezencję i energię, która napędza akcję. Moment, w którym rozpoznaje przeszłość, został oddany z wielką gracją, a finałowy obraz pogodzenia się z losem jest absolutnie poruszający.
Zoë Rainey przypadła najtrudniejsza rola – Kitty, żony Baldry'ego, która jest zimna i okrutna, będąc niewolnicą klasy społecznej i etykiety. Rainey udaje się jednak utrzymać zainteresowanie widzów mimo jej wyniosłości. Dzięki temu nagły zwrot akcji naprawdę uderza ze zdwojoną siłą, nadając sens wszystkiemu, co widzieliśmy wcześniej. Śpiewa olśniewająco czystym sopranem.
Charlie Langham jako Jenny ma głównie za zadanie obserwować, choć ona również kocha się w Baldrym. Przypada jej kluczowy moment spektaklu, gdy przypomina niechętnej Margaret o tym, co straciła także Kitty. Langham ma przyjemny, ciepły głos, któremu przydałoby się jednak więcej stabilności, by zyskać na mocy i wyrazistości. Jej wyczucie postaci było jednak doskonałe i świetnie współgrało z pozostałymi aktorkami. Nabierała pewności w chwilach, gdy nie śpiewała solo, a numery zbiorowe najlepiej ukazały jej talent – „Now That I Know” było po prostu fantastyczne.
Kierownictwo muzyczne Simona Lamberta jest wyśmienite, niemal perfekcyjne. Już od pierwszych dźwięków fortepianu w połączeniu z wrażliwą wiolonczelą (Fraser Bowles, świetny zastępca w ostatniej chwili) tworzy on eteryczny i przejmujący nastrój. Motywy pamięci, pasji i zagubienia przewijają się przez bogatą partyturę Millera, a Lambert nadaje każdemu z nich właściwy ciężar i tempo. Dba również o to, by komediowe występy Matusa miały żwawe i wpadało w ucho wsparcie muzyczne.
Scenografia Simona Anthony'ego Wellsa nie do końca mnie przekonała – bywało, że set utrudniał płynność reżyserii Charlotte Westenry. Nie było tu jednak żadnych wydumanych konceptów ani trików; wszystko – w tym magiczna choreografia Matthew Cole'a – służyło opowiedzeniu tej intymnej, ludzkiej historii o miłości i o tym, jak straszliwe żniwo wojna zbiera w ludzkiej duszy.
Producentom tego musicalu, tej pięknej i oryginalnej perełki, należą się brawa za wiarę w to dzieło i wizję, która pozwoliła mu zaistnieć. Gdyby tylko National Theatre tak mocno wierzył w teatr muzyczny jak oni.
Każdy miłośnik musicalu powinien zobaczyć tę produkcję.
„The Return Of The Soldier” gramy do 20 września. Kasa biletowa: 020 7287 2875
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności