WIADOMOŚCI
RECENZJA: The Shoemaker's Holiday, Swan Theatre ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Obsada spektaklu The Shoemaker's Holiday. Fot.: Pete Le May The Shoemaker's Holiday
Swan Theatre
28 lutego 2015
4 Gwiazdki
Gregory Doran naprawdę wie, co robi, jeśli chodzi o dobór repertuaru. Kiedy po raz pierwszy ogłoszono koncepcję „Brak Szekspira w Swan”, podczas gdy kanon Szekspirowski grany jest w całości na scenie RST, wydawało się to interesującym pomysłem: umieszczenie dzieł Szekspira w kontekście poprzez stałe wystawianie obok nich prac mu współczesnych. Jednak w miarę postępu tego przedsięwzięcia staje się jasne, że jest ono nie tylko ciekawe, ale wręcz genialne.
Oglądanie dzieł współczesnych Szekspirowi pomaga nam zrozumieć witalność i pilność leżącą u podstaw jego twórczości, kwestie i tematy, o których (lub przeciwko którym) pisał, a także gust publiczności tamtych czasów. Wszystko to pozwala nam pojąć, dlaczego Szekspir był najwybitniejszym dramaturgiem swojej epoki — a prawdopodobnie i wszech czasów — oraz oswoić się z jego humorem, popularnością i aktualnością.
„Święto szewców” (The Shoemaker's Holiday) Thomasa Dekkera, wystawiane obecnie w Swan Theatre, jest pod tym względem wzorcowe. Sztuka jest powszechnie uważana za ripostę na Szekspirowskiego „Henryka V”. Akcja toczy się w niemal tym samym czasie, zwykli ludzie są przymusowo wcielani do armii na wojnę z Francją, pojawia się postać centralna na wzór Falstaffa oraz Król — zupełnie inny (zniewieściały, przebiegły, psotny) niż ten, którego Szekspir wysłałby „raz jeszcze w wyłom muru”. Znajomość „Henryka V” natychmiast podnosi walory tego spektaklu; można się spodziewać, że gdy produkcja „Henryka V” w reżyserii Dorana zostanie otwarta w RST jeszcze w tym roku, ci, którzy widzieli inscenizację Philipa Breena, docenią ją znacznie bardziej.
Breen wyciska z tej sztuki każdą kroplę komediowego potencjału. Zespół repertuarowy, tak świetny w dramatycznym i wciągającym „Oppenheimerze”, okazuje się równie biegły w repertuarze rubasznej komedii. Są tu przebiegłe asandy, cięte obelgi, sprośne dwuznaczności, głośne gagi, przedziwne akcenty, żarty o pierdzeniu, powracające powiedzonka, komizm sytuacyjny, kostiumowy, klaunada — co tylko dusza zapragnie, znajdzie się w przejrzystej, dynamicznej i niezwykle przyjemnej inscenizacji Breena.
Jak każda dobra komedia, ta również ma niedorzeczną, ale zagmatwaną fabułę. Szewc Ralph niedawno poślubił Jane. Zostaje wcielony do wojska, a jego mistrz, Simon Eyre, próbuje przekupić pułkownika, by pozwolił Ralphowi zostać z żoną. Pułkownik pozostaje jednak nieugięty i Ralph rusza na wojnę. Dzieje się tak mimo faktu, że sam pułkownik porzuca swoje stanowisko w armii, aby znaleźć sposób na zdobycie ukochanej Rose. Ojcowie obojga sprzeciwiają się małżeństwu z różnych powodów (pieniądze i status), więc pułkownik (Rowland) udaje Holendra i zatrudnia się jako szewc u Eyre’a.
Arystokrata Hammon zauważa Jane i zaczyna się o nią starać, wmawiając jej, że mąż zginął we Francji. Kobieta jest zdruzgotana i choć początkowo odrzuca zaloty, w końcu ulega i zgadza się wyjść za niego — nie chce zostać biedna i samotna. Ale Ralph nie zginął; ranny, wraca z wojny do domu. Z jednym weselem do zorganizowania i drugim do uniknięcia, szewcy mają ręce pełne roboty. Dodajmy do tego podstęp ze statkiem i zabawnie brzmiących obcokrajowców, co kończy się wyniesieniem Simona Eyre'a na urząd burmistrza, a otrzymamy ogólny zarys akcji.
Mnóstwo bzdur, ale zabawa jest przednia.
Kostiumy Maxa Jonesa są bogate, kolorowe i idealnie podkreślają oraz odzwierciedlają zawiłości fabuły. Stroje Hammona są przezabawne, bez trudu kreując go na puszącego się pawia. Ubiór Simona Eyre'a akcentuje jego wulgarność i krzykliwe gadulstwo, a stroje jego żony oddają jej chciwość i jarmarczne usposobienie. Dekadencki blichtr kostiumów Króla idealnie buduje jego postać, czyniąc finałowy moment tym bardziej przejmującym.
Scenografia jest oszczędna, ale pojawiają się wspaniałe elementy: podłoga pomalowana w sposób imitujący bogaty, zielono-niebieski marmur; ogromny, okrągły witraż wysoko nad sceną; nieoczekiwane wykorzystanie zapadni. Wszystko to pozwala na prostą, efektowną inscenizację i dużą płynność ruchu.
Gdybym miał się do czegoś przyczepić, to do faktu, że zbyt wiele akcji jest przysłonięte przez nieruchome postacie gapiów na scenie. Łatwo byłoby wykorzystać podesty, by usunąć z pola widzenia osoby, które nie mają nic do powiedzenia, a których obecność blokuje widok części publiczności. No i ktokolwiek ubiera Hammona, powinien bardziej uważać: wyraźnie widoczna metka psuje oszałamiający efekt jego ślubnego stroju.
Niemniej są to drobnostki, zwłaszcza biorąc pod uwagę jakość gry aktorskiej i wspaniały sposób, w jaki niemal cały zespół opanował i uczynił zrozumiały tekst Dekkera sprzed stuleci.
Sercem tego spektaklu jest David Troughton, znakomity w roli Simona Eyre’a — szumny, krzepki i wojowniczy. Obdarzony bogatym, głębokim, klasycznym głosem starej szkoły, Troughton upaja się każdym słowem, wyrzucając frazy w powietrze w sposób soczysty, idealnie wyważony i zawsze trafiający w punkt. Potrafi być trywialny lub podniosły, lubieżny lub dobrotliwy, płochny lub autentycznie wzruszający — ale zawsze jest nie do odparcia. Jego porywająca przemowa do Króla w ostatnim akcie jest potężna i poruszająca; moment, w którym dziwi się, że jeden z jego szewców mógłby zostać kupcem, podsumowuje pasję życia jego postaci — sposób, w jaki „przeżuwał” słowo „plum” (śliwka), zapierał dech w piersiach.
Oglądanie tego wybornego, hipnotyzującego występu sprawia, że zaczynamy żałować, iż to nie on zagrał Falstaffa w ostatnich wersjach „Henryka IV” Dorana zamiast Antony’ego Shera. Troughton byłby strzałem w dziesiątkę. Doran musi uważać z obsadzaniem Shera, bo ryzykuje, że jego kadencja jako dyrektora artystycznego RSC zostanie zapamiętana przez pryzmat nepotyzmu.
Vivien Parry wykazała się komediowym geniuszem jako pani Eyre. Okropna i fascynująca zarazem, stanowiła potężny kontrast dla Troughtona. Jej wyczucie czasu było równie wyjątkowe, co dynamika głosu. Perfekcja w stylu pani Thénardier — jej upadły, krzykliwy wizerunek a’la Elżbieta I, gdy weszła w posiadanie pieniędzy, był rewelacyjny.
Jako Firk, pyskaty, hałaśliwy, ale w gruncie rzeczy poczciwy szewc (rodzaj archetypowego związkowca), Joel MacCormack był wspaniały. Jego opanowanie języka było mistrzowskie — równie naturalnie wypadał w kłótniach, jak i w komediowym dogryzaniu. Sprytnie ustawił Firka jako niemalże syna Eyre’a granego przez Troughtona: podobni, pod jego wpływem, a jednak bardzo odrębni i ekscentryczni. Zwycięska i kompletna rola.
Jack Holden promieniał jako anty-Henryk V. Król pojawia się dopiero na samym końcu sztuki w dwóch celach: by rozwiązać zawiłości fabuły poprzez ułaskawienie i ożenek Rowleya oraz by dostarczyć zaskakujący zwrot akcji. Holden, bystry i inteligentny wykonawca, wywiązuje się z obu zadań wzorowo. W obsadzie pełnej wyrazistych postaci stawia na powściągliwość, natychmiast odróżniając się od reszty zespołu. Granie postaci „twee” rzadko przynosi takie efekty, jakie osiągnął tu Holden. Ciekawie jest słyszeć, jak ten monarcha u Dekkera antycypuje słowa, które W.S. Gilbert napisze dla sir Josepha Portera kilkaset lat później — że miłość zrównuje wszystkie klasy.
Z powodu niedyspozycji Michaela Hodgsona, Holden wcielił się również w postać dzikiego marynarza z potężnym akcentem, który odmienia los Eyre'a. Holden wydobywa tu swoje „wewnętrzne Monty Python”, osiągając świetny efekt komiczny. Podobnie czyni Josh O'Connor jako paniczyk Rowley, który ukrywa się jako holenderski szewc wśród ludzi Eyre'a, zamiast walczyć we Francji. Jego prześmieszny, udawany holenderski akcent dostarcza wielu momentów autentycznej, zaskakującej radości.
O'Connor został sowicie obdarowany urodą amanta i w każdym calu wygląda na przystojnego odtwórcę głównych ról. To sprawia, że zadanie Thomasin Rand w roli Rose jest o wiele łatwiejsze. Piękna i pełna werwy Rand jest świetną Rose, choć jej głos nie jest tak ciepły i uwodzicielski, jak można by sobie życzyć. Jej suknie są rewelacyjne i nosi je z wielką klasą, czarując stylem pełnym życia.
Jako Ralph, Daniel Boyd jest wspaniały: łagodny, troskliwy i pokorny, znosi napotkane trudności z wdziękiem i godnością. Moment, gdy zdaje sobie sprawę, że but, który ma skopiować na ślub, należy do jego własnej żony, aż lśni od bólu. Jako jego żona Jane, Hedydd Dylan jest doprawdy urocza, wyraźnie oddając splątane emocje wojennej wdowy i ofiary zalotów Hammona.
Jamie Wilkes jako pyszny Hammon jest rewelacyjny. Absurdalnie pretensjonalny, z wymową, której nie powstydziłaby się sama Królowa, Wilkes całkowicie panuje nad komizmem swojej postaci. Scena, w której próbuje zdobyć Jane, to komediowy szczyt wieczoru — tuż obok jego kostiumów i wejść na scenę. Doskonale wie, jak zakręcić strojem, by uzyskać zamierzony efekt komiczny.
Powracający żart z pierdzeniem został sprawnie rozegrany przez Laurę Cubitt (Cicely Bumtrinket). Mogliśmy też podziwiać świetną pracę Sandy Foster (gadatliwa Sybil), Andrew Langtree (doskonały Dodge) i Toma McCalla (zastępującego w roli Hodge'a).
W rzeczywistości cały zespół jest w doskonałej formie. Numery muzyczne i taneczne są szczególnie wspaniałe, a oryginalna muzyka Jasona Carra jest wyjątkowo trafiona. Za ruch sceniczny odpowiada Ayse Tashkiran — wszystko tu działa bez zarzutu.
Praca Breena stoi na najwyższym poziomie: to czas spędzony w teatrze na radosnym, szczerym śmiechu. To wszystko sprawiło, że ostatnie kwestie Króla były tym bardziej nieoczekiwane i wstrząsające:
Gdy miną nasze gry i ucztowanie,
Wojna musi naprawić krzywdy, które wyrządzili Francuzi.
To dowód, jeśli jakikolwiek był potrzebny, że wizja repertuarowa Dorana w RSC jest słuszna.
The Shoemakers Holiday jest grany do 7 marca 2015 r. Odwiedź stronę RSC.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności