Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: The Silver Tassie, National Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Ronan Raftery jako Harry Heegan w The Silver Tassie. Fotografia: Tristram Kenton The Silver Tassie

National Theatre

18 maja 2014

4 Gwiazdki

Sala taneczna w małym miasteczku. Dym papierosowy sugeruje minioną epokę, podobnie jak stroje, a nawet rytm muzyki. W rogu gra niewielki zespół, akompaniując miejscowemu amantowi o gładkim głosie i nienagannej aparycji. Sześć kobiet tańczy ze swoimi partnerami – żołnierzami. Wiemy, że to wojskowi, bo wszyscy są w mundurach. Na początku kobiety wydają się radosne, lecz w miarę trwania tańca, gdy światło się zmienia, a pary przesuwają do przodu, staje się jasne, że do szczęścia im daleko. Ich żołnierze nie są już bowiem prawdziwi, nie są ludźmi; to puste skorupy, cienie mężczyzn, którymi byli niegdyś. A te wspaniałe kobiety robią wszystko, by utrzymać ich w pionie, na powierzchni, przy życiu. Jedna czy dwie na chwilę słabną, ale inne szybko je wspierają. I rytm trwa dalej.

Ten niezwykle sugestywny i zapadający w pamięć obraz kończy zdumiewająco udane wznowienie zapomnianej sztuki Seana O'Caseya, The Silver Tassie, w reżyserii Howarda Daviesa, wystawiane obecnie na scenie Lyttleton w National Theatre. Scena ta jest jednak nie tylko idealnym zwieńczeniem dramatu O'Caseya, ale także trafnym i dobitnym przypomnieniem o tym, po co istnieje National Theatre i co jest w stanie osiągnąć.

Scena Lyttleton nie miała w ostatnich siedmiu latach najlepszej passy, a sztuki wystawiane tam często opierały się na niezrozumiałych przesłankach. Davies pokazał jednak przy okazji The Silver Tassie, do czego ta przestrzeń służy i jak zasoby oraz ambicja National Theatre mogą przeistoczyć się w teatralne złoto.

Często dekoracje w Lyttleton ociekają pieniędzmi i niewiele poza tym wnoszą. Nieuchronnie są kosztowne i rozległe, lecz rzadko realnie wspierają czy naświetlają tekst, dla którego powstały. Scenografia Vicki Mortimer unika jednak tych wszystkich pułapek.

Jest po prostu zachwycająca. Ponura, tandetna, ale realistyczna kamienica w pierwszym akcie wymownie opowiada o biedzie, surowości i niepewności losu irlandzkiego ludu. Ten realizm ustępuje miejsca – w intrygujący sposób, na oczach widzów – impresjonistycznej wizji pól bitewnych I wojny światowej, co idealnie odzwierciedla przemianę samego tekstu.

Później przestrzeń morphuje w formę pośrednią: szpitalną scenerię, która jest jednocześnie realna i oniryczna, gdzie światy z dwóch pierwszych aktów zderzają się ze sobą. Finalnie szpital znika cicho, niemal z rezygnacją, a my trafiamy do przedsionka sali tanecznej – małego, klaustrofobicznego pomieszczenia, podczas gdy w tle świat bawi się dalej w tańcu.

Wszystko w tym projekcie i reżyserii stoi na najwyższym poziomie. Podobnie jak obsada.

Ronan Raftery jest wybitny jako Harry Heegan – ideał irlandzkiego syna, chłopak, który potrafi wygrać puchar Silver Tassie dla swojej drużyny trzy lata z rzędu. To człowiek nonszalancki wobec rozkazów powrotu na front, zakochany w Jessie – posągowej piękności, której stan konta skrywa tajemnice, o jakich on nie ma pojęcia. Ma przed sobą całe życie i rodziców, którzy go uwielbiają. Jednak wojna druzgoce mu nogi, a w ostatnich dwóch aktach Raftery tworzy bezbłędny portret człowieka złamanego, zagubionego i zdesperowanego – kogoś, kogo opuszcza ukochana i kto woli śmierć od dalszej wegetacji. To rola tak wstrząsająca i prawdziwa, jak tylko można sobie wymarzyć w przypadku portretu weterana wojennego, spięta klamrą dwóch genialnych momentów z matką (ostatnie pożegnanie przed frontem i chwila, gdy odciąga go ona od Jessie, która bardziej niż rany odebrała mu wolę życia).

Moment, w którym Harry miażdży srebrny puchar, mógłby wyjść kiczowato i melodramatycznie – ale nie tutaj. Piękna gra Raftery'ego sprawia, że jego Harry jest na wskroś autentyczny, wiarygodny i porażająco tragiczny. Raftery to bez wątpienia rodząca się wielka gwiazda.

Być może najbardziej kunsztownym zabiegiem aktora jest subtelne i niemal niedbałe nakreślenie charakteru Harry'ego, by w drugim akcie całkowicie go porzucić na rzecz zupełnie innej postaci – jednej z wielu mar marnych, symbolizujących okropieństwa wojny. Jego występ w tej części jest równie precyzyjny i solidny, choć nie ma nic – a zarazem ma wszystko – wspólnego z jego Harrym.

Sean O'Casey z pewnością bije brawo w niebiosach.

Raftery ma oczywiście znakomite wsparcie. W szczególności cudowna Josie Walker, niemal nierozpoznawalna jako surowa, irlandzka matrona o sercu i inteligencji większej niż ktokolwiek inny, jest pod każdym względem genialna.

Już samo jej pierwsze wejście, gdy ucisza żarty Sylvestera (Aidan McArdle) i Simona Nortona (Stephen Kennedy – obaj w świetnej formie) i przygasza światła, mówi o tej niezwykłej kobiecie więcej niż strony dialogu. Walker jest bezbłędna w każdej scenie, ale trzy momenty szczególnie zapadają w pamięć: dociekliwe pytania o ukryte dochody Jessie; chwytające za serce, nieme pożegnanie z Harrym oraz druzgocące potępienie Jessie, gdy duch jej syna zostaje nieodwracalnie złamany. Hipnotyzująca. Promienna. To ona stanowi centrum finałowego obrazu – tego upiornego koszmaru z żołnierzami-skorupami w tańcu.

Judith Roddy jest wspaniała jako bogobojna Susie Monican, a jej sceny na oddziale szpitalnym są wyjątkowo poruszające. Deirdre Mullins błyszczy jako okropna Jessie, a jej upadek i obnażenie dają gorzką satysfakcję.

Aoife McMahon i Aidan Kelly jako najdziwniejsza para w Irlandii są wyborni. On – gwałtowny i odrażający, by za chwilę stać się kruchym i pokornym; ona – krzykliwa i manifestacyjnie cierpiąca, uciekająca w alkohol i wstyd. To świetnie nakreślone, pełnokrwiste role utalentowanych aktorów.

W tej obsadzie i zespole nie ma ani jednej słabej mowy. Davies prowadzi materiał najlepiej, jak to tylko możliwe. Wydźwięk spektaklu i te lśniące momenty bólu zostaną z widzem na długo.

Sama sztuka nie jest arcydziełem. Jednak danie takiemu dziełu, ważnemu elementowi historii irlandzkiego teatru, nowoczesnej sceny, jest dokładnie tym, co National Theatre powinno robić. I nie jest to tylko wystawienie – to wspaniała, soczysta i czysto teatralna produkcja, która wynosi materiał źródłowy na wyższy poziom.

The Silver Tassie pokazuje dobitnie, na co stać National Theatre, a w szczególności scenę Lyttleton.

Wspaniałe!

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS