WIADOMOŚCI
RECENZJA: The Sorrows Of Satan, Tristan Bates Theatre ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
julianeaves
Share
Zespół spektaklu The Sorrows Of Satan The Sorrows Of Satan
Tristan Bates Theatre
21 lutego 2017
4 Gwiazdki
Ten wyśmienity nowy musical to najdowcipniejszy, najbardziej elegancki i najbardziej niezwykły show, jaki można obecnie zobaczyć w Londynie. Zamieszkały w kameralnym Tristan Bates Theatre na bezprecedensowy, sześciotygodniowy cykl pokazów, błyskotliwa produkcja Adama Lensona na podstawie niezwykłego dzieła Luke’a Batemana i Michaela Conleya to wspaniała rozrywka, która oczaruje i zachwyci widzów wszelkiego rodzaju. Inscenizacja muzyczna jest również dziełem reżysera.
Czerpiąc inspirację z bestsellerowej powieści Marie Corelli z końca XIX wieku o tym samym tytule, autorzy przenieśli materiał w bardziej drapieżne lata 20. XX wieku i przetransportowali jej przestrogę o ambicjach literackich do pełnego blichtru West Endu epoki błyskotliwych komedii muzycznych – świata Ivora Novello, Noela Cowarda, H. M. Tennanta i C. B. Cochrane’a. Bateman z łatwością dorównuje im w pisaniu wpadających w ucho melodii: trzy dni po premierze prasowej wciąż je nucę – a nie mogę tego powiedzieć o żadnej innej nowej partyturze, którą ostatnio słyszałem. Jako kompozytor teatralny Bateman zajdzie bardzo daleko. Corelli, którą podziwiał Oscar Wilde, ma dryg do pięknie skonstruowanych ripost i aforyzmów, a Conley wyciągnął z jej książki to, co najlepsze, i kunsztownie doprawił nimi swój genialny scenariusz. Dialogi mają świetne tempo i wywołują prawdziwą burzę śmiechu. Jako tekściarz Conley może śmiało stawać w szranki z najlepszymi dziełami Cole'a Portera czy E. Y. Harburga: w jego skrupulatnie dopracowanych tekstach widać wspaniałe panowanie nad językiem – utwór „Tartarus” to szczególny sukces, który oczaruje tak samo, jak rozbawi. Patrząc na tę partyturę, śmiem twierdzić, że każdy widz umieści duety Bateman i Conley w ścisłej czołówce talentów piszących dla współczesnego teatru muzycznego w tym kraju.
Dale Ripley jako Lucio
Ta produkcja ma szczęście do wykonawców, którzy idealnie czują ten styl. W tej komediowej interpretacji historii Fausta, Szatan pojawia się w cielesnej postaci księcia Lucio Rimaneza, granego z wielkomiejską nonszalancją przez Dale'a Rapleya. Jego cel, pogrążony w rozpaczy autor komedii muzycznych Geoffrey Tempest, jest przekonująco kreowany przez Simona Willmonta. Wygodny wątek miłosny, czyli trio angażujących, kontrastujących ról zbiorczo określonych jako „Kobieta”, portretuje Claire-Marie Hall, która świetnie się bawi zmianami wcieleń. I wreszcie muzyka płynie z ustawionego na scenie fortepianu, przy którym zasiada piekielny pomocnik Rimaneza, Amiel, brawurowo zagrany przez Stefana Bednarczyka. Ten kwartet uroczych postaci ma za zadanie przeprowadzić coś w rodzaju rewiowego „czytania” najnowszego (okropnego) dzieła Tempesta, które jakimś cudem przyciągnęło uwagę naszego gospodarza, księcia Lucio, który stopniowo zastępuje nienadające się do grania bzdury Tempesta utworami o znacznie większej wartości artystycznej i teatralnej.
Simon Willmont, Calire Marie Hall i Stefan Benarczyk
Conley zaprojektował również wspaniałą, ekspresjonistyczną, niemal monochromatyczną scenografię apartamentu rodziny Rimanez: strzelam, ale widok z okna przywodzi na myśl luksusową dzielnicę Belgravia. W rzeczywistości cały projekt oprawy (Asystent, Craig Nom Chong) utrzymany jest w surowej palecie czerni, szarości, bieli i pomarańczu krokusa, z pięknie skrojonymi kostiumami od S Newman & Son. Sam Waddington – ten wschodzący geniusz teatru – oświetla to wszystko ze swoją zwykłą błyskotliwością i oszczędnością, będąc szczególnie biegłym w wydobywaniu różnych „warstw” scenariusza.
W tym wyrafinowanym, choć mrocznie pięknym otoczeniu, czytany scenariusz za temat bierze – czy uwierzycie? – perypetie wokół produkcji spektaklu zatytułowanego „The Sorrows of Satan”. Rzeczywiście, jeśli dobrze odczytałem wszystkie warstwy, mamy tu show o show o show. Mamy historię, w której wszystkie postacie istnieją po to, by grać inne postacie, i same w sobie są jedynie projekcjami archetypów z prastarego i wielokrotnie opowiadanego mitu. Dlatego też, mimo stylizacji na pastisz, u podstaw dzieła leży wyraźna postmodernistyczna wrażliwość, sprawiająca, że wydaje się ono na wskroś aktualne i ma znacznie większy współczesny wydźwięk, niż mogłoby się początkowo wydawać. Budzi intelektualną fascynację, oferując jednocześnie bezpośrednią atrakcyjność teatralną. Niemniej jednak to wciąż ludzie, o których chcemy wiedzieć więcej, i nadchodzi moment – czasem trudny do zlokalizowania, ale jednak – kiedy naprawdę chcemy usłyszeć ich na wyższym, lirycznym poziomie. Nie chce się być zbyt chłodnym i zdystansowanym w historii, która przecież opowiada o ludzkich namiętnościach i trudnościach, z jakimi wszyscy się mierzymy. Być może momentami scenariusz omija kluczowe punkty fabuły, które mogłyby być skuteczniejsze, gdyby wybrzmiały silniej: na przykład decyzja Tempesta o sprzedaży duszy diabłu mogłaby być bardziej przekonująca, gdyby poświęcono jej więcej miejsca i nie przedstawiono jej tak mimochodem – to przecież kluczowy moment.
Claire Marie Hall
Podjęto jednak świadomą decyzję o takim poprowadzeniu otwarcia spektaklu, aby uczynić widzów obiektywnymi obserwatorami rozmów toczących się na scenie. Później akcja staje się znacznie bardziej energiczna i dynamiczna, a my zdecydowanie mocniej wciągamy się w ich świat niż na początku. Można by polemizować, że ta druga sytuacja jest dla widza bardziej komfortowa niż pierwsza, i nie wykluczam, że w miarę trwania sezonu pojawią się pewne korekty. Jeśli chodzi o umiejscowienie i efekt numerów muzycznych, kiedy poszczególni bohaterowie dostają wartościowe momenty, by wyśpiewać swoją sytuację, my – widownia – uwielbiamy być tego częścią. Jednak gdy muszą śpiewać (celowo) fatalne kawałki, które upichcił dla nich Tempest – zanim Jego Wysokość tak pomocnie wkroczy ze znacznie lepszą ofertą – jesteśmy mniej zadowoleni. W pierwszym akcie są co najmniej trzy momenty, które wręcz proszą się o solową piosenkę tych interesujących postaci, rozwijającą ich portret lub fabułę. Nie zdziwiłbym się, gdyby na jakimś etapie prac nad spektaklem takie piosenki istniały. Teraz, gdy show już ruszyło i jest prezentowane publiczności, myślę, że być może one – lub coś do nich podobnego – wrócą do obsady.
Przygotowania trwały trzy lata, a za to przedsięwzięcie musimy podziękować genialnemu reżyserowi i mecenasowi nowych musicali, Lensonowi, który w ogóle nakłonił autorów do podjęcia tematu. Po nawiązaniu świetnej współpracy przy ich poprzednim projekcie „Personality”, Adam zapytał, czy mogliby stworzyć coś mniejszego, co łatwiej byłoby w pełni zainscenizować. Efektem jest ten spektakl. Początkowo planowany dla dwójki aktorów, nieco się rozrósł, ale pozostaje precyzyjnie skupionym osiągnięciem, gdzie zostajemy zamknięci w klaustrofobicznym doświadczeniu, które nieustannie każe nam się zastanawiać nie tylko nad tym, kim naprawdę są bohaterowie, ale i kim jesteśmy my sami. Wsparcie finansowe dla tego starannego procesu rozwoju zapewnili producenci wykonawczy: Alfie Taylor-Gaunt oraz Joel Fisher, połówka FTG Productions, którzy od początku przewodzili rozwojowi projektu. Spotkałem ich wszystkich na pokazie fragmentsów pierwszego aktu ponad rok temu w St James’s Studio. A teraz kontynuują oni wyznaczanie nowej, ambitnej drogi dzięki temu przełomowemu przedsięwzięciu w Tristan Bates.
Teatr jest częścią Actors’ Centre, tuż przy Seven Dials w Covent Garden. Dyrektor programowy Centre, Michael John, chce poszerzyć spektrum wykorzystania teatru, a teraz, współpracując z producentem teatralnym Matthew Keelerem, otwierają to miejsce na cykle znacznie dłuższe niż dotychczasowy, szybko zmieniający się program. Sześciotygodniowe serie są testowane, aby pozwolić nowym dziełom znaleźć i zbudować publiczność: cel to ambitny, ale jeśli sugerować się jakością pierwszej produkcji, opiera się on na najwyższych podstawach artystycznych i profesjonalnych. Patrząc na to, jak Apollo przy Shaftesbury Avenue serwuje krótko- i średnioterminowe serie, jak The Other Palace otwiera podwoje dla podobnych inicjatyw, a Arts Theatre i Trafalgar Studios dbają o stały dopływ nowości, przy jednoczesnych planach Camerona Mackintosha dotyczących nowego teatru na West Endzie, branża wydaje się mieć przed sobą świetlaną przyszłość.
W obecnej formie „The Sorrows of Satan” to wyśmienita rozrywka, w której możemy podziwiać wielki nowy talent „w procesie”. Fascynujące będzie obserwowanie, jaką publiczność przyciągnie to dzieło. Jeśli o mnie chodzi, wciąż nucę walca „diabolo in musica”, który tak obsesyjnie prześladuje Tempesta w pierwszej połowie, oraz genialny, porywający utwór „Tartarus”! Wrócę, by znów usłyszeć je i resztę tej wspaniałej partytury na żywo w teatrze, w oprawie tej świetnej nowej komedii muzycznej – z szatańskim twistem.
Do 25 marca 2017
ZAREZERWUJ BILETY NA THE SORROWS OF SATAN
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności