WIADOMOŚCI
RECENZJA: The Sum Of Us, Above The Stag Theatre ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
timhochstrasser
Share
The Sum Of Us
Above the Stag
11/09/15
4 Gwiazdki
Częścią misji Above the Stag jest przypominanie nam o ważnych sztukach o tematyce gejowskiej, które nie zawsze cieszyły się należytym uznaniem lub których aktualność i uniwersalna wartość wymagają ponownego podkreślenia. The Sum of Us autorstwa Davida Stevensa idealnie wpisuje się w obie te kategorie, a teraz doczekało się udanej, nowej inscenizacji na otwarcie sezonu jesiennego.
Sztuka ta jest zarazem znana, jak i nie do końca odkryta. W Wielkiej Brytanii kojarzy się ją głównie z wersją filmową z 1994 roku z Russellem Crowem i Jackiem Thompsonem, rzadziej zaś z wcześniejszą i pod wieloma względami odmienną odsłoną sceniczną. Film znacznie poszerza pole akcji, czego teatr nie jest w stanie powtórzyć, a znakomite kreacje aktorskie w kinowym hicie często onieśmielały twórców poza Australią. Jest to więc rzadka i fascynująca okazja, by przyjrzeć się dziełu, które było momentem przełomowym nie tylko dla australijskiego teatru gejowskiego, ale i dla tamtejszej sceny w ogóle na początku lat 90.
Akcja toczy się w otwartym salonie apartamentu urządzonego w stylu wczesnych lat 90. Trudno mi ręczyć za autentyczność każdego australijskiego detalu, ale ogólny klimat epoki wydawał się być jak żywcem wyjęty z „pokoju wspomnień”. To dom wdowca Harry'ego (Stephen Connery-Brown) i jego syna Jeffa (Tim McFarland). W 1992 roku widzowie spodziewaliby się pewnie pełnego antagonizmów scenariusza o braku porozumienia między heteroseksualnym ojcem a synem gejem, ale David Stevens w rozbrajający i imponujący sposób rzucił wyzwanie uproszczeniom, pisząc sztukę o relacji opartej na głębokiej empatii i wsparciu. Harry nie tylko akceptuje seksualność swojego dwudziestokilkuletniego syna, ale jest wręcz tak wyluzowany, że kupuje mu prasę, by Jeff wiedział wszystko o zagrożeniach związanych z AIDS/HIV, i chętnie wita w domu jego partnerów, czasem aż do przesady ingerując w ich prywatność.
Sztukę można podzielić na trzy etapy. Pierwszy ma wydźwięk czysto komediowy, eksploatując motyw „dziwnej pary” i zabawnych wpadek z niecodziennego życia domowego. W drugim poznajemy kolejne postacie. Zarówno ojciec, jak i syn szukają miłości – Harry korzysta z biura matrymonialnego, a Jeff poznaje chłopaków w lokalnych pubach i klubach. Śledzimy ich niezbyt udane randki z Joyce (Annabel Pemberton) i Gregiem (Rory Hawkins), choć materiał wciąż podany jest bardziej z poczuciem humoru niż patosem. W ostatniej części ton staje się znacznie mroczniejszy, choć zakończenie daje skromną nadzieję na pozytywny obrót spraw dla przynajmniej dwójki bohaterów.
Można łatwo zrozumieć, dlaczego ten tekst wywarł taki wpływ ponad dwadzieścia lat temu. Sztuka dumnie i pewnie obwieszcza, że życie gejów dotyczy mężczyzn i kobiet, którzy są tak samo mocno związani z rodzinami jak wszyscy inni; oraz że te rodziny mogą być kochające i wspierające, a nie tylko rozbite czy toksyczne. Temat ten był niezbędny i ważny wtedy i pozostaje taki – być może w nieco mniejszym stopniu – dzisiaj. W latach 90. krążyły opowieści o mężczyznach, którzy zabierali rodziców na ten spektakl, by dokonać coming outu. Wyobrażam sobie, że wciąż może to mieć miejsce, zwłaszcza podczas występów poza wielkimi metropoliami.
Sztuka obfituje w świetnie napisane, soczyste i autentyczne dialogi, które operują szeroką paletą emocji – od poetyckich i naturalistycznych po cierpki humor i szczerą czułość. Wymiana zdań między ojcem a synem ma w sobie lekkość, płynność i urok, jakich spodziewalibyśmy się po tak doświadczonym scenarzyście. W tekst wpleciono kilka monologów, w których aktorzy porzucają realizm – mają one niemal filmową, malarską jakość, która robi duże wrażenie. Służą one podkreśleniu nastroju i poruszająco uzupełniają historię bohaterów – jak choćby abstrakcyjny opis zapłakanej kobiety w pociągu jako symbolu ogólnoludzkiego smutku.
Kluczowe pytanie, jakie stawia przed recenzentem ten spektakl, brzmi: czy nadmiar dobroci na scenie nie dławi tempa i napięcia dramatycznego? Choć pojawia się tu prawdziwy smutek, zwłaszcza w późniejszych etapach, w sztuce jest niewiele tradycyjnie pojętej akcji. Momentami trzeba zadać pytanie, czy to nie kolejny przypadek, w którym „niebo jest nudne”, a diabeł ma monopol na najlepsze kawałki. Gdy Greg przedwcześnie opuszcza dom w pierwszej połowie, skarży się, że atmosfera jest zbyt bezpieczna, „domowa”, a za mało ekscytująca. Czy my też powinniśmy tak uważać? Kiedy Jeff nazwał Harry’ego „najlepszym tatą”, widownia wydała z siebie zbiorowe westchnienie pełne empatii, ale czy było to faktycznie uzasadnione dramatycznie, czy stanowiło jedynie element ogólnego tonu „feel-good”?
Ostatecznie jednak sztuka broni się mimo tych wątpliwości. Dobroduszna empatia między pokoleniami ma też swoje ostrzejsze oblicze. Przykładowo, przez komediowy sztafaż wyraźnie czujemy zażenowanie Jeffa wścibstwem ojca w jego sferę uczuciową. Dowiadujemy się też, że zrozumienie Harry’ego nie zawsze było tak oczywiste. Wyjątkowym momentem pod koniec jest historia matki Harry’ego i jej wieloletniej partnerki – uświadamiamy sobie wtedy, jak wysoką cenę musiały zapłacić poprzednie pokolenia za dzisiejszą otwartość bohatera.
Burzenie czwartej ściany jest istotnym elementem koncepcji autora, ale dziś działa nieco słabiej niż w czasie premiery. Można odnieść wrażenie, zwłaszcza na początku, że zabieg ten miał obłaskawić ówczesną publiczność, która mogła być sceptyczna lub wroga – dziś nie ma już takiej potrzeby. To jedyny moment, w którym sztuka trąci myszką i szkoda, że David Stevens nie odświeżył tego aspektu. Być może mógłby bardziej poeksperymentować z chronologią, wykorzystując siłę monologów do budowania kontrastowych nastrojów, co zrekompensowałoby powolny rozwój fabuły.
Dwie główne role są pięknie dopracowane w detalu, solidne technicznie i bardzo wzruszające. Obaj aktorzy tworzą wiarygodny duet ojciec-syn i świetnie oddają całą gamę emocji – od wzajemnej frustracji i niezrozumienia, po głęboką, trwałą miłość.
Dwie mniejsze role dają mniej pola do budowania niuansów, niemniej jednak aktorzy dobrze wykorzystują swoje pięć minut. Pemberton przypadła jedyna niesympatyczna postać i o ile można coś zarzucić jej interpretacji, to jedynie to, że nieco złagodziła ostre rysy, które są niezbędne w sztuce zdominowanej przez empatię. Jej postać ma jednak ważny argument, wykraczający poza homofobiczną reakcję na Jeffa: jeśli Harry nie jest z nią szczery w kwestii swojego życia rodzinnego, to jak może mu ufać w innych sprawach? Z kolei Hawkins trafnie oddaje fizyczną i werbalną niezręczność kogoś obcego, kto wkracza w przytulny, niemal zamknięty domowy świat.
Strona wizualna stoi na wysokim poziomie. Słowa uznania należą się scenografowi Davidowi Shieldsowi za wspaniałą transformację dekoracji w finałowej scenie, która zasłużenie otrzymała brawa, oraz reżyserowi Gene'owi Davidowi Kirkowi, który wykorzystał doświadczenie z Jermyn Street Theatre, by po mistrzowsku zagospodarować ograniczoną przestrzeń Above the Stag.
To obiecujący początek nowego sezonu, entuzjastycznie przyjęty przez wypełnioną po brzegi salę.
SPEKTAKL THE SUM OF US W ABOVE THE STAG DO 4 PAŹDZIERNIKA 2015
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności