Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: The Tempest (Burza), Jermyn Street Theatre w Londynie ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Udostępnij

Julian Eaves recenzuje Burzę Williama Szekspira w reżyserii Trevora Nunna w londyńskim Jermyn Street Theatre.

Kirsty Bushell (Miranda) i Michael Pennington (Prospero) w Burzy. Fot. Robert Workman

Burza Jermyn Street Theatre,

13 marca 2020

3 Gwiazdki

Trigger goes here




Głównym powodem, dla którego warto wybrać się na wznowienie pożegnalnej sztuki Szekspira, jest szansa zobaczenia weterana klasycznego aktorstwa, Michaela Penningtona (76 l.), który daje prawdziwy popis kunsztu recytatorskiego w roli wygnanego księcia Mediolanu, Prospera.  Zauważyłem na widowni wielu młodych aktorów, nachylonych z przejęciem, oczarowanych jego bezwysiłkową umiejętnością odnajdywania i artykułowania sensu w najbardziej zawiłych monologach. A nie jest to łatwe zadanie przy tekście, który robi wszystko, co w jego mocy, by zburzyć poczucie jakiegokolwiek realizmu. Prospero (co po włosku oznacza „będę się pomyślnie rozwijać”) przebywa na odległej, nieznanej Europejczykom wyspie, mieszkając w jaskini, a jednocześnie włada magicznymi mocami, które pozwalają mu rozkazywać duchom, a nawet żywiołom.  Fantazyjne sprzeczności tej sztuki sprawiły, że od dawna uznawana jest za jeden z najbardziej problematycznych dramatów Szekspira. Każda współczesna inscenizacja musi zmierzyć się z niespójnościami opowieści, którą można interpretować jako bezkrytyczną pochwałę europejskiego kolonializmu, szowinistyczną manipulację jedyną postacią kobiecą (córką maga, Mirandą) lub po prostu jako rzecz kompletnie niedorzeczną.

Whitney Kehinde (Ariel), Richard Derrington (Antonio), Peter Bramhill (Sebastian), Lynn Farleigh (Gonzalo) i Jim Findlay (Alonso). Fot. Robert Workman

To nie lada wyzwanie dla dyrektora artystycznego, Toma Littlera.  Ten jednak wielokrotnie już udowadniał podczas swojej stosunkowo krótkiej kadencji, że potrafi wydobyć to, co najszlachetniejsze z szerokiego spektrum dramatu, sprawiając, że wszystko wygląda i brzmi świetnie w tej kameralnej przestrzeni.  Tym razem mamy do czynienia z odpowiednio „rozbitą” scenografią autorstwa Neila Irisha i Anett Black – obsada występuje głównie w piżamach i szlafrokach, co być może nawiązuje do licznych odniesień do snu i marzeń sennych w warstwie obrazowej sztuki.  Jednak zamiast pozwolić krajobrazowi wyspy otworzyć się przed nami – akcja przecież przenosi się w różne jej miejsca, dzieląc ocalałych z burzy i stawiając przed nimi konkretne wyzwania – tutaj, podobnie jak w wielu innych ostatnich interpretacjach, czujemy się zamknięci w jednym pokoju, którego ściany wyłożono falistymi, surrealistycznymi półkami.  Wywołuje to dziwne napięcie między tym, w co każą nam wierzyć, a tym, co widzimy na własne oczy.  Dla mnie, niestety, nie było to napięcie komfortowe ani satysfakcjonujące.  Myślę, że odbiór tego rozwiązania to kwestia indywidualnego gustu. 

Kirsty Bushell (Miranda) i Tam Williams (Ferdynand). Fot. Robert Workman

Podobne poczucie dziwności towarzyszy obsadzie.  Mirandę gra wspaniała Kirsty Bushell, której podejście do frazy szekspirowskiej diametralnie różni się od stylu Penningtona, ale jest równie hipnotyzujące.  Mimo to wmawia nam się, że jest nastolatką – w co ani przez moment nie wierzymy – choć obdarzoną fenomenalną inteligencją i dowcipem. Jako wyspiarskie duchy, Whitney Kehinde tworzy własne uniwersum w roli uwięzionego Ariela, a atletyczna obecność młodego Tama Williamsa wnosi do spektaklu nieco wigoru, gdy prezentuje on ciało „niewolnika” Kalibana jedynie w strzępach materiału i masce.  Williams gra również ukochanego Mirandy, Ferdynanda – zdejmując przyłbicę i wskakując w twarzową piżamę w paski, co kontynuuje akcentowanie pierwiastka męskiego nad żeńskim: w przeciwieństwie do Anne Francis w „Zakazanej planecie”, Bushell nie ma okazji zaprezentować swoich wdzięków, przez co zastanawiamy się powiernie, dlaczego Ferdi natychmiast uznaje ją za „boginię” i chce się żenić.

Tam Williams (Kaliban). Fot. Robert Workman

Jeśli chodzi o pozostałych, wszyscy spisują się rzetelnie: Jim Findley jako król Alonso (ojciec Ferdiego), Lynn Farleigh (godna, sfeminizowana Gonzalo), Peter Bramhill (w podwójnej roli niedoszłego uzurpatora Sebastiana i bardziej udanego błazna Trincula) oraz Richard Derrington (jako brat i nemezis Prospera, Antonio... a także lokaj niczym z „The Admirable Crichton”, tajemniczo ubrany w pełny, XIX-wieczny czarny libris i melonik).  Jednak ponownie, to poczucie klaustrofobii w tym ciasnym pokoju, niezależnie od intelektualnych przekaźników, sprawiło, że czułem dystans i obcość – dwie rzeczy, których nigdy wcześniej nie łączyłem z produkcjami Toma Littlera. 

Burza jest wystawiana do 4 kwietnia 2020 roku w Jermyn Street Theatre

 

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS