Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: The Wild Duck, Barbican Theatre ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share


Dzika kaczka: Richard Piper jako stary Ekdal w produkcji Belvoir Company z Sydney. Fotografia: Alastair Muir Dzika kaczka (według Ibsena)

Barbican Theatre

23 października 2014

5 gwiazdek

Bileterzy zasłaniają znaki wyjścia ewakuacyjnego, tłum rozmawia w najlepsze; nagle światła przygasają. W tej nagłej ciemności działają tylko monitory, błagające publiczność o wyłączenie telefonów komórkowych (prośba, która, co niestety ostatnio zdarza się nazbyt często, zostaje zignorowana przez grupę ignorantów i ignorantek). Rozbłysk światła. Zaczyna się. Ale na co właściwie patrzymy? Wielka prostokątna szklana konstrukcja... jak akwarium... czy to akwarium? A w środku prawdziwa, żywa kaczka. W akwarium. Patrzy na widownię ze sceptyzmem, macha skrzydłami, sprawia wrażenie, jakby chciała odlecieć, wydaje z siebie coś na kształt kwakania. Potem zapada ciemność.

Tak zaczyna się produkcja teatru Belvoir Street „Dzika kaczka” autorstwa Simona Stone’a i Chrisa Ryana według Henrika Ibsena w reżyserii Stone’a. Spektakl, po zdobyciu licznych nagród w Sydney, udziale w Międzynarodowym Festiwalu Ibsenowskim w Oslo oraz Wiener Festwochen, gości teraz przez krótki czas w londyńskim Barbicanie.

To pod każdym względem kompletny triumf teatralny; cudowna reinterpretacja Ibsena, osadzona mocno w australijskich realiach, rezonująca z porywającą siłą i mroźną, wnikliwą wyobraźnią. Jeśli teatr choć trochę Państwa interesuje, zróbcie sobie przysługę i obejrzyjcie to natychmiast. Długo nie zobaczycie czegoś podobnego – o ile w ogóle.

W programie Stone pisze tak:

„Ta wersja Dzikiej kaczki eliminuje potrzebę uzasadniania faktu, że wszystkie wydarzenia w sztuce wygodnie rozgrywają się w jednym lub dwóch miejscach w ciągu zaledwie kilku dni. Odsłania kręgosłup fabuły i uznaje fundamentalną umowność teatralnej prezentacji dramatycznych wydarzeń. Widzimy jeden tragiczny tydzień z życia sześciu osób. Akcja toczy się w pustej przestrzeni – wszędzie i nigdzie. Pozostają tylko interakcje między postaciami. Używamy ram, które są voyeurystyczne, ale i analityczne. Wykonujemy anatomię tragedii... Fabuła wykłada karty na stół i uwalnia bohaterów od konieczności punktualnego przybycia i ujawniania właściwych informacji, tak aby mogli być całkowicie sobą we własnej walce”.

Kiedy przeczytałem ten fragment przed rozpoczęciem spektaklu, serce mi zamarło. Dlaczego ktokolwiek miałby uzasadniać, gdzie toczy się akcja? Zadaniem reżysera jest sprawić, by sztuka działała, by wydobyć sens z tekstu. Pustka? Naprawdę? Czy nie skończyliśmy już z tym staromodnym awangardowym podejściem do realistycznego dramatu? Podglądactwo? Błagam – tylko nie sekwencje filmowe na ekranach telewizorów! Jak fabuła może wyłożyć karty na stół? Jak bohaterowie dramatu mogą zostać zwolnieni z punktualności i wypowiadania swoich kwestii? Zapowiadało się na to, że to ja będę musiał stoczyć walkę z tym spektaklem.

Jednak obawy okazały się bezpodstawne i choć Stone ewidentnie wierzy w to, co pisze, produkcja na szczęście nie dorównała (lub nie stoczyła się – zależy od punktu widzenia) do poziomu tego manifestu.

Po pierwsze, to nie jest sztuka Ibsena i na szczęście nikt tu tego nie udaje. Fakt, że jest to całkowita reinterpretacja, jasno wynika z zapowiedzi. Gwiazdka za szczerość. Fabuła różni się w wielu kluczowych aspektach, a te różnice tworzą surowe, ponure i ostatecznie przerażające doświadczenie. Oryginał mógł debatować nad prawdą i kłamstwami, które pozwalają ludziom przetrwać, ale ta adaptacja pokazuje prawdę i kłamstwa w działaniu oraz jaskrawe, bezlitosne konsekwencje, jakie niesie ze sobą szczerość.

Po drugie, akcja nie toczy się w próżni. Rozgrywa się w zamkniętym, przezroczystym więzieniu; miejscu, gdzie kłamstwa cię więżą, ale pozwalają żyć. Tak jak kaczka na początku sztuki myśli, że jest wolna, szczęśliwa i kochana, tak samo czują się wszystkie postacie wewnątrz szklanego więzienia. Dopiero gdy prawda rozwiewa kłamstwa, możliwe jest istnienie poza szklanymi ścianami, aczkolwiek jest to życie, w którym bohaterowie tęsknią za szczęśliwszymi chwilami w zamknięciu. Kolejna gwiazdka za scenografię – Ralph Myers.

Po trzecie, bohaterowie wciąż pojawiają się na czas i przekazują istotne informacje. Robią to po prostu inaczej, niż mógłby to sobie wyobrazić Ibsen, co wynika w dużej mierze z faktu, że fabuła jest skrajnie inna, a całe postacie po prostu zniknęły w tej okrojonej wersji. Ruch sceniczny ma w sobie magnetyczną płynność, która podkreśla, że rzeczy dziejące się w jednym miejscu mają reperkusje w innych. Czasami aktorzy pozostają w szklanym więzieniu po wypowiedzeniu swoich kwestii, tworząc swego rodzaju poświatę swojej obecności. Gdy matka załamuje się po tym, jak mąż ją zostawia, dowiedziawszy się prawdy o ojcostwie ich córki, Jadwini, pozostaje na podłodze w pozycji embrionalnej, podczas gdy wokół niej toczą się inne sceny. Jej obecność doskonale ilustruje miejsce, jakie zajmuje w umysłach osób wchodzących w interakcje, gdy leży tam, bezbronna, pełna męki i rozpaczy. Kolejna gwiazdka za natchniony, swobodny ruch sceniczny, który jest znakiem rozpoznawczym tej reżyserii.

Po czwarte, poza faktem, że aktorzy są obserwowani podczas występu (co jest naturalne dla publiczności), w tej inscenizacji nie ma nic szczególnie voyeurystycznego. Nie oznacza to jednak, że nie jest ona wciągająca i trzymająca w napięciu; znajomość oryginału Ibsena niewiele tu pomoże – czekają nas poważne, drastyczne i przerażające wstrząsy. Precyzja chirurga w każdej scenie, każdym geście i każdej bolesnej pretensji tnie do kości. Na początku sztuki kilka osób żyje w kłamstwie i wszyscy poza jedną są szczęśliwi; na końcu nikt nie kłamie, jedna osoba nie żyje i nikt nie jest szczęśliwy. Prawda może wyzwolić, ale wolność ma ogromną cenę. Kolejna gwiazdka.

Ale kiedy Stone mówi, że jego wizja pozwala bohaterom być „całkowicie sobą we własnej walce”, nie sposób z tym polemizować. Każdy aktor otrzymał wspaniałą okazję do zagrania zmiennej, złożonej, kruchej i głęboko ludzkiej postaci. I każda z tych osób jest nadzwyczajna.

Sara West jest fenomenalna jako przedwczesna i błyskotliwa Jadwinia (Hedvig). Jest całkowicie przekonująca jako piętnastolatka, a poczucie rodzinnej harmonii, które buduje z rodzicami, jest niezwykle autentyczne. Jej sceny ze starszymi mężczyznami są cudownie skomplikowane, a moment, w którym błędnie sądzi, że postać Dana Wyliego, Gregers, może nią być zainteresowany, sprawia, że krew rzednie w żyłach. Nie popełnia też żadnego błędu w makabrycznym „pas de deux” z ojcem, gdy ten w złości, głupocie i w niewybaczalny sposób ją odtrąca.

Anita Hegh jest olśniewająca jako Gina, matka Jadwini. Gra bezbłędnie powściągliwie, tworząc idealny portret skrywanych win, dojmującego żalu i szczęścia skradzionego przez bezlitosną prawdę. Jej nieruchomość jest zdumiewająca, podobnie jak kalejdoskop odcieni bólu, które potrafi ukazać. W kobiecej zwyczajności jej postaci jest coś doskonałego, co trudno wyjaśnić, ale czego nie sposób nie podziwiać.

Brendan Cowell jako archetypowy „australijski facet” jest perfekcyjny. Zwyczajność, którą wnosi w rolę Hjalmara, jest równie przenikliwa, co bolesna w odbiorze. Dobry chłop skasowany przez męską dumę i zamiłowanie najlepszego kumpla do prawdy. Ta wersja sprawia, że Hjalmar jest postacią trudną do polubienia, ale realizm Cowella oraz jego odważna, inteligentna kreacja sprawiają, że jego Hjalmara się widzi, wierzy mu się i rozumie go, choć być może nie wybacza. To krwista, potężna rola.

John Gaden jest bezbłędny jako gładki, stary wyga Werle, który dorobił się milionów na kłamstwach i intrygach. Ślepnący, mający zamiar poślubić 28-latkę, która mogłaby być jego wnuczką, ten paskudny i interesowny stary drań to robak toczący jabłko. Gaden gra go z ogromną satysfakcją, zachowując odpowiednią dozę autodystansu i miażdżącego poczucia winy. Jego scena z Jadwinią jest magiczna – jak zapalenie lontu, z nieuchronnym wybuchem sztucznych ogni.

Jako ojciec Hjalmara, Ekdal, Richard Piper jest wspaniale szorstki i złamany, osuwając się w demencję. Dochował swoich tajemnic, a teraz opiekuje się zwierzętami w tym dziwnym, sztucznym habitacie urządzonym w domu syna. To on uratował tytułową kaczkę, tak jak jego nieujawnione czyny uratowały, w taki czy inny sposób, wszystkie pozostałe postacie. Kolejna idealnie wyważona rola – po części ból, po części beznadzieja, po części myślenie życzeniowe.

Najtrudniejszą rolą w tej wersji „Dzikiej kaczki” jest Gregers, syn Werlego, który nie chce mieć nic wspólnego z majątkiem ojca. Matka zadzwoniła do niego przed samobójstwem, wyjawiła pewne fakty, przez co bohater jest pełen goryczy i urazy. Zna sekret i postanawia go ujawnić – częściowo, by ukarać ojca, ale częściowo dlatego, że szczerze wierzy, iż tak należy postąpić. Nie ma racji, a konsekwencje jego szczerości są katastrofalne. Wylie z wdziękiem prowadzi swoją postać po tej kamienistej drodze i choć w pewnym sensie jest czarnym charakterem, w innym pozostaje główną ofiarą: nigdy nie zaznał prawdziwej rodzinnej miłości.

Aktorstwo jest doprawdy światowej klasy. Za to kolejna gwiazdka.

Stefan Gregory stworzył nową muzykę i efekty dźwiękowe, które znacząco wzmacniają ogólne wrażenie. Szczególnie dobre są fragmenty muzyki klasycznej, które zaczynają się genialnie, lecz „rozpadają” w trakcie trwania; niesamowity jest też efekt dźwiękowy, brzmiący niemal jak krzyk wszechświata w momencie, gdy pada pierwsza wielka prawda i świat Ekdalów zostaje rozerwany na strzępy. Delikatne oświetlenie Niklasa Pajantiego buduje zmiany nastroju i w sugestywny sposób podkreśla konsekwencje działań bohaterów.

Bez wątpienia – to porywające wydarzenie teatralne. Wizja Stone’a jest jasna, ambitna i elektryzująca. I to działa – naprawdę działa. Świetne aktorstwo, świetna reżyseria, świetny scenariusz. Jedyne, co mogę powiedzieć, to: „Wow!”

Zróbcie wszystko, co trzeba, ale nie przegapcie okazji, by zobaczyć tę mistrzowską inscenizację.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS