Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Things I Know To Be True, Lyric Hammersmith ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

Richard Earl

Share

Obsada spektaklu Things I Know To Be True. Fot. Manuel Harlan Things I Know To Be True Lyric Hammersmith, następnie w trasie

16 września 2016

5 gwiazdek Zarezerwuj bilety na Things I Know To Be True Nie widzę sensu w owijaniu w bawełnę w przypadku tej produkcji, nie będę więc tego robić.  To jest oszałamiające.  Po prostu oszałamiające.  Rzadko zdarza mi się wychodzić z sali ze łzami w oczach, zupełnie nie będąc w stanie wyrazić tego, co czuję.  Nie wynika to wyłącznie z samego punktu kulminacyjnego, ale – szczerze mówiąc – z konstrukcji i wykonania całości. Kiedy spektakl nie pozwala mi na chwilę dystansu i „wyłączenia się”, lecz wciąga mnie bez reszty mimo prób robienia notatek, wiem, że obcuję z czymś naprawdę wyjątkowym.  A Things I Know To Be True bez wątpienia takie jest.  Wyjątkowe.

Things I Know To Be True to koprodukcja Frantic Assembly i State Theatre Company of South Australia, którą wspólnie wyreżyserowali dyrektorzy artystyczni obu zespołów (odpowiednio Scott Graham i Geordie Brookman).  Premiera odbyła się w Adelaide na początku tego roku i choć produkcja przeniosła się na inny kontynent, a obsada uległa zmianie, to akcja dramatu nadal toczy się w Australii.  Pomimo zaangażowania brytyjskiej obsady w tej części trasy, zachowano wszystkie odniesienia geograficzne.  Podjęto jednak decyzję, by aktorzy posługiwali się brytyjskim akcentem, co służy zatarciu konkretnej lokalizacji i podkreśleniu uniwersalności poruszanych tematów, czyniąc historię bardziej bliską i osobistą dla tutejszej publiczności.

Przez cały wieczór obserwujemy rok z życia rodziny Price'ów – i jak się okazuje, jest to rok niezwykle burzliwy. Aspiracje rodziców wobec dzieci nie zostają zrealizowane, a każde z rodzeństwa musi po kolei podjąć decyzję o pójściu własną drogą i ponieść tego konsekwencje.  Spektakl otwiera pusta scena, wszelka teatralność jest tu jawna.  Jedynym elementem wypełniającym przestrzeń jest mnóstwo lamp wiszących, które bezbłędnie wzmacniają snutą opowieść (zarówno scenografia, jak i oświetlenie to efektowne projekty Geoffa Cobhama).  W miarę trwania spektaklu zespół powoli konstruuje wizję ogrodu na tyłach domu, podczas gdy członkowie rodziny mierzą się ze swymi wyborami.  Choć losy każdego z dzieci zestawione razem mogą wydawać się nadmiernie dramatyczne – jedno ma złamane serce, inne odchodzi od męża, kolejne zmaga się z własną tożsamością, a jeszcze inne uwikłało się w nielegalne działania – autentyczne zaangażowanie aktorów czyni te historie w pełni wiarygodnymi.

Obsada jest niesamowicie mocna, po mistrzowsku wykorzystując każdy subtelny moment humoru czy patosu nakreślony przez Andrew Bovella.  Lawirując między monologami skierowanymi wprost do widzów, ekspresyjną metaforą fizyczną a bardziej naturalistycznymi scenami, zespół z pewnością i charyzmą oddaje zarówno komizm, jak i tragizm sztuki.  Żadna scena nie jest przeciągana – kluczowe jest tu tempo – a bolesne momenty nigdy nie są zbędne, lecz wynikają bezpośrednio z charakteru postaci.  Rosie, najmłodszą z rodzeństwa, wspaniale ucieleśnia Kirsty Oswald. Choć jej wątek może wydawać się mniej dramatyczny niż u rodzeństwa, stanowi ona swego rodzaju kręgosłup sztuki, występując jako uczestniczka i obserwatorka wydarzeń.  Jej monologi do publiczności są idealnie wyważone i niezwykle ujmujące.  Każda postać, zbliżając się do kluczowej decyzji, ma szansę nawiązać więź z widzami, a my dajemy się wciągać w ich świat coraz głębiej.  Fran, matka i głowa rodziny, to postać, z którą należy się liczyć. Jej dramat w dojmującej interpretacji Imogen Stubbs jest wręcz bolesny do oglądania – widzimy matkę z trudem próbującą otwarcie komunikować się z dziećmi.  To naprawdę wybitna kreacja.  Jej mąż-emeryt, Bob (Ewan Stewart), stanowi dla niej idealnego partnera w każdej scenie, zarówno w chwilach jasnych, jak i mrocznych, gdy spadają na nich kolejne wstrząsające wieści.

Warstwa fizyczna spektaklu jest pięknie spleciona z fabułą, zmianami scen, dialogami oraz marzeniami i aspiracjami bohaterów.  Ruch ma liryczny, oniryczny charakter, wyrażając najgłębsze pragnienia postaci – i okazuje się niezwykle poruszający.  Widok bohaterów gładzonych przez dłonie bez ciał, gdy wspominają dawne spotkanie z kochankiem, czy unoszonych wysoko ponad ziemię w momentach, gdy ich tęsknoty wychodzą na jaw, wydaje się niezbędny tam, gdzie słowa przestają wystarczać.  Jednak, podobnie jak w całym spektaklu, partytura ruchowa jest wykorzystywana na różne sposoby, często podszyte humorem: od sprawnych, „ślizganych” zmian dekoracji, po nieco abstrakcyjne reakcje dzieci słuchających opowieści rodziców o okolicznościach poczęcia jednego z nich.

To między innymi decyduje o wielkim sukcesie tej produkcji.  Historia, która tak łatwo mogłaby popaść w tani sentymentalizm, została skonstruowana genialnie, unikając tej pułapki na każdym kroku.  Andrew Bovell umiejętnie omija tę pokusę i nawet w chwilach największej powagi i wzruszenia, humor czai się tuż za rogiem, co czyni całe doświadczenie jeszcze bardziej przejmującym, a zespół lśni dzięki pełnemu oddaniu fabule.  Rytm i treść dialogów budują silne poczucie wspólnoty, a ostatecznie – rodziny, co sprawia, że ta emocjonalna kolejka górska staje się jeszcze bardziej ekscytująca.  Tragiczna nieuchronność w scenach takich jak spór Pip (Natalie Casey) czy Marka (znakomity Matthew Barker) z matką, staje się dzięki temu jeszcze bardziej dojmująca.

Rodziny są skomplikowane i niełatwe, niemniej jednak dramaty rodzinne, gdy zostaną opowiedziane właściwie, potrafią być niezwykle wzruszające.  Bez względu na pochodzenie, każdy z nas ma silne emocjonalne skojarzenia z pojęciem „rodziny”, a więzi te zazwyczaj sięgają głęboko.  Brookman i Graham ożywili i tak już ważną historię Bovella w sposób, który pozwolił aktorom wznieść się na wyżyny swoich umiejętności.  Nie wierzę, że ktokolwiek mógłby wyjść z teatru niewzruszony.  Krótko mówiąc: to porywająca produkcja o uniwersalnym przesłaniu.  Mogę powiedzieć tylko jedno: idźcie na to!  Nie będziecie rozczarowani.

ZAREZERWUJ BILETY NA THINGS I KNOW TO BE TRUE

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS