WIADOMOŚCI
RECENZJA: Tytus Andronikus w Shakespeare's Globe ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Flora Spencer-Longhurst i William Houston w „Tytusie Andronikusie” w Shakespeare's Globe w Londynie. Fotogram: Tristram Kenton Tytus Andronikus,
Globe Theatre
10 lipca 2014
„Tytus Andronikus”, jeden z pierwszych wielkich sukcesów Szekspira, rzadko gości dziś na deskach teatrów. Ostatnią głośną inscenizacją była ubiegłoroczna produkcja Michaela Fentimana w RSC, o której pisałem m.in. tak:
„To osobliwa sztuka, pełna zemsty, morderstw, gwałtów i zdrad – sprawia, że krwawa łaźnia w finale „Hamleta” wydaje się radosnym festynem. Większość postaci budzi niechęć, co paradoksalnie pomaga skupić uwagę i empatię na tych nielicznych, których da się polubić. Ma wszystkie znamiona wysokiej tragedii i tak powinna być grana; z drugiej strony jednak, świetnie sprawdza się jako absurdalna, mroczna komedia. Być może najbardziej skorzystałaby na potraktowaniu jej w duchu Grand Guignolu... Fentiman próbuje pogodzić oba te podejścia (tragedię i czarną komedię), przez co całości brakuje spójności w wizji i wykonaniu. Ktoś złośliwy mógłby to przypisać faktowi, że jest to jedna ze sztuk napisanych we współpracy (czyli nie tylko ręką Mistrza), ale bardziej prawdopodobne jest, że pewniejszy siebie i sprawniejszy reżyser znalazłby sposób na osiągnięcie porywającej jedności”.
Nie mogę powiedzieć, by każda sztuka w jej reżyserii była porywająca czy spójna, ale wznowienie produkcji Lucy Bailey z 2006 roku (obie w Globe Theatre) jest pod tym względem genialne.
Prosta, czarna scenografia Williama Dudleya, przypominająca kryptę pod czarnym velarium rozciągniętym nad sceną i widzami na parterze (tworzącym efekt panteonu z oculusem), została wzbogacona o rampy. Dzięki nim akcja wkracza prosto w tłum „groundlings” (widzów stojących), gdzie między ludźmi przepychane są na wózkach niewielkie wieże. Ten projekt transformuje przestrzeń, elektryzuje ją i czyni zabawową. Strach, chichot, oszołomienie i irytacja widzów, gdy są popychani i opryskiwani cieczami o różnej lepkości i obrzydliwości, niepomiernie wzbogaca widowisko.
W przeciwieństwie do wielu inscenizacji w Globe, każdy element scenografii jest tu podkreślony przez kostiumy (ekspercko balansujące między antykiem a nowoczesnością) oraz wspaniałą muzykę Django Batesa. Nastrój buduje się tu bez trudu dzięki wizualnej i dźwiękowej harmonii, a gdy zaczyna lać się krew, widać, że Bailey słusznie postawiła na kartę Grand Guignolu.
Sposób gry przywodzi na myśl miks „Ja, Klaudiusz” z „Grą o tron” – przerysowany, lecz skąpany w krwi, zdradzie, zemście, żądzy i honorze. Postacie są krwiste, grane na pełnych obrotach, ale z wewnętrzną uczciwością, co czyni je zrozumiałymi i kompletnymi. Jest na zmianę komicznie i przerażająco – ale konsekwencja w podejściu do tematu jest strzałem w dziesiątkę. Bailey znajduje moment, w którym każda postać pęka lub przechodzi przemianę, i czyni z tego punkt przejścia między honorem a zemstą, poczytalnością a szaleństwem, pożądaniem a rozpaczą – i to nie zawsze w tej kolejności.
Wiele momentów trudno oglądać, ale o to właśnie chodzi. Makabryczne nabicie na pal mamki Tamory jest absolutnie wstrząsające, podobnie jak duszący uścisk, którym Tytus żegna swoją brutalnie okaleczoną córkę. Scena, w której Tytus sam odcina sobie dłoń, jest wykonana po mistrzowsku, tak samo jak podrzynanie gardeł Demetriuszowi i Chironowi. A słynna scena z pasztetem, w której Tamora nieświadomie zjada własnych synów, to iście upiorna zabawa.
Największym osiągnięciem Bailey jest jednak klarowność prowadzenia narracji. Wiersz podawany jest rześko, czysto i z wielką intensywnością emocjonalną. Niektóre partie są piękne, inne liryczne, jeszcze inne drapieżne, ale widz nigdy nie ma wątpliwości, co dzieje się na scenie.
Mamy tu też do czynienia z wybitnym aktorstwem. Matthew Needham jest genialny jako Saturninus, grając go jako postać w typie Kaliguli: wyniosłą, absurdalną, a jednocześnie pełną jadu, tchórzliwą i brutalną. Jest niebywale zabawny i od niechcenia okrutny – oglądanie go i słuchanie to czysta przyjemność. Dyfan Dwyfor, powracający do roli Lucjusza (którą grał w Stratford-upon-Avon), jest tu jeszcze lepszy. Prawdziwy wojownik, lojalny syn i brat, człowiek szczery i prawdomówny – Lucjusz w wydaniu Dwyfora jest pod każdym względem idealny. Jako obecny i przyszły cesarz obaj aktorzy wypadają wspaniale.
Początkowo Tytus w wykonaniu Williama Houston’a wydaje się nieco nieprzenikniony, ale w miarę rozwoju akcji wcześniejsze wybory aktorskie nabierają sensu. To Tytus, który zaczyna jako człowiek lojalny, przepełniony honorem i poczuciem obowiązku. Zabija najstarszego syna Tamory nie z nienawiści, lecz dlatego, że tego się od niego wymaga – bez rozkazu cesarza nie zamierza iść na ustępstwa w kwestii służby. Fatalnym błędem, który rozpoczyna jego drogę ku rozpaczy i szaleństwu (niczym u Króla Leara), nie jest zgładzenie pierworodnego wroga, lecz decyzja (znów podyktowana honorem), by mianować cesarzem sadystycznego Saturninusa zamiast popularnego i zrównoważonego Bassianusa (uroczy Steffan Donnelly), mimo że ten kocha jego jedyną córkę, Lawinię.
Mimo ekscesów Saturninusa, jego żądania ręki Lawinii, a potem ślubu z Tamorą, Tytus twardo trwa przy swoim obowiązku – posuwając się nawet do zabójstwa własnego syna, by wyegzekwować rządy nowego władcy. Dopiero gdy Lawinia zostaje zgwałcona i pozbawiona dłoni, zaczyna tracić zmysły, pochłonięty przez żal, zgrozę i chęć zemsty. W tym wszystkim Houston jest fantastyczny – kiedy trzeba grzmi i szaleje, jest groźny i monumentalny, ale potrafi być też czuły, ojcowski i kompletnie zdruzgotany. Jego pojawienie się jako kucharza z obłędnym wzrokiem to niesamowity moment, podobnie jak ojcobójstwo Lawinii, którą delikatnie kołysze ku wyzwoleniu, jakie przynieść może tylko śmierć.
W interpretacji Houstona, przy wsparciu obsady i reżyserii Bailey, Tytus Andronikus wygląda i brzmi jak jedna z naprawdę wielkich ról szekspirowskich, dorównująca Learowi, Makbetowi czy Ryszardom II i III. Prawdziwe odkrycie.
Nie jest to jednak spektakl pozbawiony humoru. David Shaw-Parker jest komiczny jako Bachus – tętniący życiem, soczysty pijaczyna, postać zupełnie nieoczekiwana. Needham powraca też w epizodzie Sprzedawcy Ptaków, kradnąc scenę – jego nagła, szokująca śmierć jest tym bardziej potworna przez radość, jaką wcześniej wniósł na scenę.
Solidne kreacje „typowych szlachetnych Rzymian” stworzyli Ian Gelder (brat Tytusa, Marek) oraz wspomniany Shaw-
Parker w podwójnej roli trybuna Emiliusza. Flora Spencer-Longhurst porusza jako skrzywdzona ofiara synów Tamory – scena, w której wypisuje imiona oprawców na piasku, jest autentycznie napięta i przejmująca.
Indira Varma nie do końca radzi sobie z oddaniem udręki matki błagającej o życie syna, ale potem, w trybie mściwej królowej, jest uderzająco skuteczna. Sceny pożądania z jej mauretańskim kochankiem, Aaronem, są wspaniale przerysowane, a jej dwulicowość jest wręcz namacalna. Scenę „trawienia” własnego potomstwa ogrywa z mieszanką rozkoszy i odrazy. Jej głos jest momentami zbyt cienki, ale aktorka nadrabia to świetną ekspresją.
Jako Aaron, Obi Abili jest doskonały. Mówi krystalicznie czysto, operując pięknym głosem pełnym niuansów; to rozkoszny i jadowity czarny charakter. Scena z nowo narodzonym dzieckiem Tamory jest zagrana perfekcyjnie, a jego relacja z publicznością ma w sobie coś z drapieżnego, swobodnego uroku w stylu Frankiego Howerda.
Reszta zespołu spisuje się świetnie – żołnierze, synowie, wojownicy i mordercy tworzą spójny świat. Nicholas Karimi i Samuel Edward-Cook bawią się świetnie jako dzicy, tępawi i okrutni synowie Tamory. Bryonie Pritchard jest znakomita jako Mamka, a jej przerażająca śmierć grzmi bólem i poczuciem naruszenia godności.
Terry King przygotował ostre, pomysłowe pojedynki na miecze, które są zarazem brutalne i wiarygodne.
Publiczność zostaje przeniesiona w inny czas i czuje – co nie zawsze jest oczywistością w Globe – autentyczny zachwyt i zaangażowanie w produkcję, której częścią się staje.
To kawał świetnego teatru i bez wątpienia najlepsza inscenizacja w dorobku Lucy Bailey. Nic dziwnego, że doczekała się wznowienia. To genialna realizacja szekspirowskiego tekstu, który choć mało znany, przy takim wykonaniu powinien stać się jednym z najchętniej oglądanych.
✭✭✭✭
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności