Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Tommy, Greenwich Theatre ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Tommy

Greenwich Theatre

8 sierpnia 2015

5 gwiazdek

Ubrany cały na biało. Personifikacja niewinności i piękna. Nie widzi, nie słyszy, nie mówi. Jest bardzo młody. Straumatyzowany. Choć mieszka z matką i ojcem, jest samotny w ciemnym, cichym, niepewnym świecie. Dziś opiekuje się nim wujek, bo rodzice – matka niechętnie – wyszli. Wujek Ernie przynosi twarde cukierki, różowy lizak w paski. Wujek Ernie go dotyka. Dobiera się do niego. Wykorzystuje go. Niszczy cząstkę jego niewinności.

Potem.

Chłopiec płacze – głęboko, w ciszy. Nie jest pewien, co się właściwie stało, ale czuje, że to było zło. Promieniuje z niego wstyd i poczucie winy, rozdzierając go na dwoje, jakby ktoś wyrwał mu duszę i zanurzył ją w smole. Kołysze się i drży, będąc oazą niezrozumienia i bólu. Musi znaleźć drogę ucieczki.

Automaty do pinballa.

Matka próbuje go wyleczyć. Lekarze rozkładają ręce. Twierdzą, że problem tkwi w jego wnętrzu. Matka jest zdruzgotana. Jej niewidomy, głuchy i niemy syn mistrzowsko gra w pinballa, ale nie może wieść normalnego życia. Wpatruje się tylko w lustro, które hipnotyzuje go od tamtej nocy... nocy, w której jego ojciec kogoś zabił. Ma obsesję na punkcie lustra. Matka jest zazdrosna o tę uwagę, wściekła, że syn nie patrzy na nią tak, jak na taflę szkła. Nagle rozbija lustro.

Pauza. Cisza.

Wtedy on zdaje sobie sprawę, że słyszy jej szloch, widzi jej udręczoną twarz, czuje jej dotyk. Jest wolny od milczącego więzienia. W końcu może zobaczyć świat, usłyszeć jego dźwięki, dotknąć jego cudów. Oszałamia go kalejdoskop barw i nieskończoność możliwości. Liże swoje ramię, poznaje własny smak. Jest wolny, żywy, przepełniony radosnym zachwytem niewinnego człowieka, który właśnie wyrusza na podbój świata.

To moment teatralnego geniuszu o tak zapierającym dech w piersiach pięknie, jakie tylko można sobie wyobrazić.

Oto Tommy – dzieło, które narodziło się w 1969 roku jako album koncepcyjny The Who, w 1975 przeobraziło się w film, by w końcu, w 1992 roku, stać się musicalem scenicznym. Teraz, w nowej odsłonie Michaela Strassena, z kierownictwem muzycznym Kevina Olivera-Jonesa i inspirującą choreografią Marka Smitha, Tommy zagościł w Greenwich Theatre. „Wznowienie” to nie do końca trafne słowo: to intensywna, odkrywcza i wspaniała reinterpretacja kawałka historii muzyki.

Oryginalnie album reklamowano jako „operę rockową” – pierwszą w historii – ale obecna produkcja to znacznie więcej. Niezwykła choreografia Smitha, sposób, w jaki płynność ruchu staje się kluczowa dla opowiadanej historii, oraz wieloperspektywiczne podejście do wizualnej strony narracji sprawiają, że to hipnotyzująca uczta dla widza.

W rzeczywistości bliżej temu do baletu niż opery, ponieważ tak wiele treści przekazywanych jest poprzez ruch, dotyk i taniec. Przez większość czasu spektakl jest przejmująco kameralny, choć tematy zdrady, współwiny i przebaczenia są uniwersalne, a w losach Tommy'ego drzemie pewien majestat. Może „Rock Bopera” byłoby lepszym określeniem – fuzja elementów opery i baletu z głęboko zakorzenioną rockową wrażliwością.

Niezależnie od definicji, produkcja Strassena to absolutny triumf, niemal perfekcyjny pod każdym względem. Od pierwszej nuty chwyta za gardło, domaga się pełnej uwagi i nie puszcza aż do momentu, gdy Tommy obraca w dłoniach wielką kulę do pinballa, a nagły mrok sygnalizuje koniec spektaklu. W dzisiejszych czasach rzadko narzeka się na przerwy, ale szczerze przyznaję, że tutaj miałem o nią żal.

Podczas uwertury Smith angażuje obsadę w błyskotliwe przedstawienie genezy historii. Nie padają słowa, ale silna, naładowana seksualnie dynamika, która stanie się fizycznym językiem spektaklu, buduje atmosferę i oswaja widza z tym, co nadejdzie. Ruch i taniec w wydaniu Smitha pochłaniają tak bez reszty, że pierwsze wyśpiewane słowo wywołuje niemal szok.

W programie Strassen pisze:

„Chciałem wykreować świat, w którym widzimy wewnętrzne życie Tommy'ego, a nie tylko jego puste, przerażające spojrzenie. Choreograf Mark Smith był kluczowym elementem mojej wizji”.

Smith realizuje cel Strassena – instynktownie, z wyczuciem i gracją. Na początku nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale z czasem wszystko wskakuje na swoje miejsce. Oglądamy wersję wydarzeń oczami Tommy'ego – surową, niefiltrowaną, ponurą i bezlitosną. Trudno wyobrazić sobie skuteczniejsze i bardziej zwycięskie podejście do tego materiału.

Wpisuje się w to również scenografia Nicka Corralla. Podstawowym kolorem dla wszystkich jest biel. Akcenty ciemniejszych barw, elementy lub fragmenty ubrań

są dodawane lub nakładane, by stworzyć konkretne postacie. Ten kontrast kolorystyczny wydaje się intruzją w spokojnym, białym świecie. Tommy jest niewidomy – ale to nie znaczy, że widzi ciemność czy czarną pustkę. Równie dobrze może widzieć oślepiające światło i przesuwające się w tym blasku cienie.

Scena jest abstrakcyjnym przywołaniem kluczowych przedmiotów i wydarzeń z życia Tommy'ego; lustro pojawia się w różnych formach, podobnie jak kule z automatów, nad którymi zaczyna panować. Krzesła i inne rekwizyty zagracają przestrzeń lub są przesuwane według potrzeb. Przejścia mogą być wykonane z liny; rozpoznawalne przedmioty służą do przywołania obrazu lub idei: kable od mikrofonów w kluczowym momencie służą jako więzy, symbolizując wzloty i upadki sławy.

Oczywiście cała ta pomysłowość i wykonanie nie miałyby znaczenia przy złym doborze obsady. Na szczęście casting jest bezbłędny. Ashley Birchall jako Tommy to strzał w dziesiątkę. Ciężar spektaklu spoczywa na jego barkach, a on niesie go z lekkością.

Partytura jest niesamowicie wymagająca, napisana na ten unikalny, zdumiewający instrument, jakim obdarzony był Roger Daltrey. Birchall może nie ma tej chropowatej, obolałej barwy Daltreya, ale dysponuje głosem o potężnej energii, który zachwyca szerokością w górnych rejestrach i jest zdolny do wyrażania głębokich emocji przy jednoczesnym wyśpiewywaniu czystych, dźwięcznych nut.

To także znakomity aktor, stale obecny „tu i teraz” – nie boi się pauzy, cichego śpiewu, powściągliwości. Wykorzystuje swoje niemałe umiejętności, by pokazać nam świat Tommy'ego, jego granice i życie. Genialnie buduje relacje z bliskimi: matką, ojcem, wujkiem, kuzynem czy Acid Queen. Choć jego oczy bywają nieobecne lub ukryte za okularami, potrafi mistrzowsko oddać emocje i myśli w inny sposób. Jest, po prostu, zdumiewający.

John Barr dorównuje Birchallowi kroku. W tym popisie aktorskiego zwyrodnienia, Barr wydobywa samo

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS