Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Top Hat, Upstairs at the Gatehouse ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Jerry z chłopakami z zespołu Top Hat w teatrze Upstairs at the Gatehouse. Zdjęcie: Darren Bell Top Hat The Musical Upstairs At The Gatehouse,

15 grudnia 2017

5 gwiazdek

Rezerwuj teraz

Niebo! To jest prawdziwe niebo!

Duet reżysersko-producencki John i Katie Plews świętują 20 wspaniałych lat prezentowania najlepszych spektakli off-westendowych w mieście. Robią to w wielkim stylu, wystawiając olśniewające wznowienie prawdopodobnie najlepszej scenicznej adaptacji filmowego musicalu, wzbogacone o mnóstwo dodatkowej muzyki nieśmiertelnego Irvinga Berlina. Perfekcyjny przekład filmu wytwórni RKO z 1935 roku (z dowcipnym i eleganckim scenariuszem Dwighta Taylora i Allana Scotta) autorstwa Matthew White'a i Howarda Jacques'a oczarował widzów na West Endzie kilka lat temu w autorskiej inscenizacji White'a. Reżyser był obecny na wieczorze prasowym, by zobaczyć, jak jego dzieło znów rozkwita, i wydawał się szczerze zachwycony tym, co John i jego zespół (z asystentką reżysera Chloe Christian) wyczarowali w tej kameralnej przestrzeni na 160 miejsc, z zaledwie dwunastoosobową obsadą i sześcioosobowym zespołem. Akcja toczy się na scenie typu traverse (widownia po dwóch stronach), w mrocznej, ale niezwykle szykownej scenografii art déco autorstwa Emily Bestow. Dzięki nienagannemu oświetleniu Sama Waddingtona (kolejnego stałego współpracownika teatru) oraz sprytnie zbalansowanemu nagłośnieniu Nico Menghiniego, tempo i ruch sceniczny spektaklu są absolutnie bez zarzutu.

Joanne Clifton i Joshua Lay w musicalu Top Hat w Upstairs at the Gatehouse. Zdjęcie: Darren Bell

Subtelna choreografia Chrisa Whittakera (przy współpracy Susannah Owen) jest, moim zdaniem, lepsza niż kiedykolwiek. Zainspirowana oryginalną pracą Astaire’a i Hermesa Pana, stworzoną na potrzeby słynnych układów z filmu, stanowi genialne przywołanie epoki. Udaje się tu oddać rozmach i widowiskowość kina na stosunkowo niewielkiej przestrzeni. Punktem kulminacyjnym jest oszałamiające „Cheek to Cheek”, a zachwycające popisy taneczne urozmaicają akcję co kilka minut. To w końcu spektakl o tańcu i mamy tu do czynienia z pracą najwyższej próby, która może śmiało konkurować z każdą inną produkcją w stolicy, oferując przy tym bilety za ułamek ceny. Nie bez powodu niemal cała pula biletów na czas trwania spektaklu wyprzedała się jeszcze przed premierą. Zanim to przeczytacie, miejsc może już nie być, ale zastanawiam się, czy Katie nie udałoby się wcisnąć dodatkowego seansu popołudniowego. (Choć wątpię, by nawet tak niezwykły zespół wytrzymał tak morderczy grafik!)

Sukces wykonania zależy jednak całkowicie od obsady, która nie mogłaby być trafniejsza. Joshua Lay w roli Jerry’ego Traversa (kreowanej niegdyś przez Freda Astaire’a) to prawdziwa gwiazda formatu West Endu. Z ogromną precyzją opanował ruchy na zmianę baletowe i wodewilowe, zachowując przy tym wytrawne, niczym suchy martini, poczucie humoru – dorównując poziomem wszystkiemu, co widzieliśmy pięć lat temu w Aldwych. To, co uderzyło mnie tutaj mocniej niż za pierwszym razem, to autentyczna chemia między odtwórcami głównych ról. Lay tworzy pyszny duet z Joanne Clifton, która w roli Dale Tremont (oryginalnie Ginger Rogers) jest rezolutna i ostra jak brzytwa. Znana z programu „Strictly Come Dancing” i przybywająca prosto z długiej trasy musicalu „Flashdance” (stylowo odległego o lata świetlne od obecnego zadania), całkowicie wyczuła ton i charakter tej inteligentnej komedii salonowej. Romantyczne iskrzenie między gwiazdami czuć od pierwszej sekundy i jest ono genialnie podtrzymywane przez wszystkie ich urocze przygody i nieporozumienia, aż do finalnego, błogiego pojednania.

Joane Clifton i Joshua Lay w Top Hat. Zdjęcie: Darren Bell

Wokół nich krąży konstelacja pozostałych postaci, które dopełniają tę radosną atmosferę. Darren Benedict jako Horace Hardwick (rola Edwarda Everetta Hortona) jest pełen wigoru i neurotyczny, z fantastycznym wyczuciem komizmu, rzucając niezliczone bon moty dokładnie tam, gdzie wywołują najwięcej śmiechu. Ellen Verenieks zdaje się być stworzona do roli Madge Hardwick. Matthew James Willis gra zabawnie pompatycznego Beddiniego, a Samuel Haughton jest angażująco innym Batesem, wyciskając wszystko, co się da ze swoich licznych wcieleń w drugim akcie i sprawiając, że zapominamy o kreacji Erica Blore'a. W pozostałych rolach występuje pełen energii zespół: Leanne Groutage, Olivia Sinclair, Grace Usher, Rhys Ashcroft, Marcus J Foreman i Grant Jackson. Wszyscy wyglądają obłędnie w kostiumach Emily Bestow, które z każdą minutą zachwycają coraz bardziej (pod nadzorem Josepha Hodgesa), co dopełniają wspaniałe peruki Jessiki Plews oraz stylizacja fryzur i makijażu.

Muzyka płynie z rąk świetnego zespołu pod wodzą Charliego Inglesa, usadowionego na galerii dla muzyków. W składzie znaleźli się Jonathan Lee, Dan Taylor (jasno brzmiąca trąbka i flugelhorn), Matt Smith (ciepły i zmysłowy puzon), Matthew Hinchcliffe (instrumenty dęte drewniane) oraz Jake Perrett na perkusji (dbający o nienaganny rytm). Ogromne podziękowania należą się Danowi Gloverowi za kapitalną adaptację westendowych orkiestracji Chrisa Walkera: raz po raz te doskonale znane melodie brzmią świeżo i nowocześnie. Sam Ingles, który również niedawno opuścił trasę „Flashdance”, dokonał niemal cudów, prowadząc muzykę niezwykle precyzyjnie i stylowo, a wszystko to osiągnął w rekordowo krótkim czasie.

Zastanówmy się bowiem przez chwilę: ta produkcja powstała w ekspresowym tempie. Główni aktorzy mieli zaledwie kilka dni, by dopiąć wszystko przed premierą. To świadectwo niezwykłego profesjonalizmu, który jest znakiem rozpoznawczym tego teatru. Pewnego dnia powstanie książka o osiągnięciach tej niezwykłej teatralnej rodziny, której „dziećmi” są niektóre z najsłynniejszych nazwisk brytyjskiej sceny. Ich twarze zdobią ściany baru, a plakaty z dawnych produkcji gęsto pokrywają klatkę schodową. Na premierze wśród publiczności była reżyserka i choreografka Racky Plews, kolejna absolwentka tego wyjątkowego miejsca. A skoro o widowni mowa, cieszyliśmy się również towarzystwem takich gwiazd jak Judith Chalmers czy Lesley Garrett, a nawet wnuczka samego Berlina. W takich okolicznościach nie pozostaje nic innego, jak tylko dać się porwać muzyce i tańczyć z radości!

Spektakl grany do 28 stycznia 2018

REZERWUJ BILETY NA TOP HAT

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS