WIADOMOŚCI
RECENZJA: Torch Song, Turbine Theatre Battersea ✭✭✭
Opublikowano
Autor:
julianeaves
Share
Julian Eaves recenzuje Torch Song – sztukę Harveya Fiersteina, którą można obecnie oglądać w nowo otwartym Turbine Theatre w Battersea.
Matthew Needham (Arnold) w Torch Song. Fot.: Mark Senior Torch Song
Turbine Theatre, Battersea
6 września 2019 r.
3 Gwiazdki
Reżyser Drew McOnie był nieobecny podczas wieczoru prasowego otwierającego tę wybitną sztukę Harveya Fiersteina w nowym londyńskim teatrze. Jest człowiekiem niezwykle zajętym i jestem pewien, że jego nieobecność była uzasadniona. Można jednak odnieść wrażenie, że jest ona symboliczna dla braku wyraźnego wpływu reżysera na tę produkcję. Zamiast zmierzyć się z głębią materiału dostarczonego przez autora, spektakl prześlizguje się po powierzchni, oferując rozrywkę i łagodny patos, ale gubiąc gdzieś dramaturgię i – co kluczowe – ten „zawrotny” humor, który obiecuje widzom program.
Matthew Needham (Arnold), Rish Shah (Alan). Fot.: Mark Senior
Najlepiej z całej obsady wypada drugi plan. Dino Fetscher jako biseksualny Ed jest najmocniejszą osobowością na scenie. Jego uroda idealnie wpisuje się w stereotyp „klona” z lat 70., a sposób, w jaki prowadzi postać – balansując między męską grą w nowojorskich barach a zainteresowaniem kobietami – w połączeniu z fizyczną ekspresją każdego ruchu, sprawia, że nie sposób oderwać od niego wzroku. Fetscher nasyca proces emocjonalny swojej postaci mnóstwem detali, czyniąc go wiarygodnym i zapadającym w pamięć.
Daisy Boulton jako Laurel, jego partnerka, wyciska ze swojej roli wszystko, co możliwe; jej szczery, żarliwy występ czyni ją logicznym dopełnieniem Eda. Po przerwie na scenę wkracza Bernice Stegers w roli matki głównego bohatera – to odważna i energiczna kreacja żydowskiej matrony, osoby dominującej, która nie potrafi zaakceptować syna, a jednocześnie nie umie go puścić. Na jej barkach spoczywa ciężar prowadzący do punktu kulminacyjnego, jednak im dłużej ją obserwujemy, tym bardziej rzuca się w oczy brak tempa i wyczucia czasu w całym spektaklu. To osłabia zdolność aktorów do odpowiedniego zaakcentowania humoru i smutku. I to jest kwestia, za którą odpowiedzialny jest reżyser. Ta produkcja wymaga więcej pracy nad precyzją komediową, w przeciwnym razie żarty po prostu nie trafiają w punkt i nie angażują widza tak, jak powinny.
Bernice Stegers jako Matka. Fot.: Mark Senior
Bez błyskotliwej lekkości i radości życia, ból i cierpienie tkwiące w sercu tej sztuki tracą na sile. A to wielka szkoda. Ta obsada zasługuje na lepsze przygotowanie przed wyjściem do publiczności; aktorzy nie mogą zostać pozostawieni sami sobie. To nie jest prosta sztuka: wszystkie postacie są złożone i zagubione w świecie, w którym żyją. Potrzebne są jaśniejsze decyzje reżyserskie, by elokwentne monologi, dialogi i kłótnie mogły wybrzmieć z pełną mocą.
Dino Fetscher (Ed), Rish Shah (Alan). Fot.: Mark Senior
Na scenie debiutują także nowi aktorzy: Jay Lycurgo jest radosny i pełen energii jako adoptowany 15-letni spryciarz David, a Rish Shah przyzwoicie kreuje postać tragicznego Alana, utraconej miłości głównego bohatera. Jednak uwaga widza wciąż wraca do Matthew Needhama, który wciela się w postać alter ego autora, Arnolda. Needham proponuje powściągliwą, introwertyczną interpretację, która stoi w całkowitej sprzeczności z tekstem. Jego posępna, nieruchoma twarz „zabija” żart za żartem. Niektóre z nich udaje się uratować, ale wiele przepada bez echa. To jedna z dróg interpretacji tej roli, ale moim zdaniem się nie sprawdza. To w gruncie rzeczy wysoka komedia. Ten rodzaj dramatu działa najlepiej, gdy aktorzy potrafią pokazać głębokie zaangażowanie emocjonalne i w ułamku sekundy przejść od jednej skrajności do drugiej: w jednej chwili wywoływać „zawrotny” śmiech, o którym czytamy w programie, by za moment zamrozić nas w szoku i smutku. Tego wymaga scenariusz, a ignorowanie tego aspektu to strata dla charakteru sztuki.
Matthew Needham (Arnold), Dino Fetscher (Ed). Fot.: Mark Senior
Ale chodzi o coś więcej. To także sztuka o samym teatrze: zaczyna się od „dramatu” nakładania makijażu i przybierania kobiecej formy w dragu; oferuje monologi i recytacje różnych rodzajów, w tym te słuchane w całkowitej ciemności (reżyseria światła: James Whiteside); prowadzi nas przez pomysłowy „kwartet” głosów we wspólnym łóżku i wykorzystuje teatr fizyczny do przerysowania opowieści. Całość kulminuje w tradycyjnej scenografii pudełkowej rodem z komedii sytuacyjnej (świetne kostiumy i scenografia Ryana Dawsona Laighta), niemal jak u Neila Simona. Całość przeplata eklektyczna, choć momentami niepewna oprawa dźwiękowa Sebastiana Frosta. Ponad tymi wszystkimi stylami unosi się jednak autorytatywny głos Arnolda, analizującego miłość, stratę i tożsamość. To wszystko są aspekty teatru, w których McOnie mógłby pokazać mistrzostwo; jeśli tym razem mu się to nie udało, muszą być ku temu powody. Być może Paul Taylor-Mills, dyrektor artystyczny i producent teatru, rzuci na tę sprawę nieco światła.
Matthew Needham (Arnold) i Daisy Boulton (Laurel). Fot.: Mark Senior
Mimo wszystko otrzymujemy poprawną interpretację naprawdę fenomenalnego tekstu. Wsłuchajcie się w to, co mówią aktorzy, i bez względu na formę przekazu, magia tekstu zadziała: skłoni was do refleksji nad tym, kogo i co kochacie, jak doświadczyliście straty i – przede wszystkim – za kogo tak naprawdę się uważacie. Bądźcie jednak przygotowani, że nie poczujecie pełnej skali emocjonalnej tej sztuki. Sama wizyta w nowym miejscu jest pewnym wyzwaniem logistycznym: pociągiem z Victorii do Battersea Park, potem autobusem pod Chelsea Bridge i kawałek pieszo. Dojazd był dość prosty, choć inne trasy mogą być mniej wygodne. Powrót po spektaklu w stronę Waterloo okazał się znacznie bardziej skomplikowany. Miejmy nadzieję, że strona internetowa teatru wkrótce zaoferuje pełniejsze wskazówki dojazdu.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności