WIADOMOŚCI
RECENZJA: Two Into One, Menier Chocolate Factory ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Two Into One
Menier Chocolate Factory
26 marca 2014
4 gwiazdki
W programie do swojej inscenizacji sztuki "Two Into One", wystawianej obecnie w Menier Chocolate Factory, Ray Cooney mówi o obsadzie farsy: „Szukasz dobrego aktora – kogoś, kto może ma w sobie pewną osobliwość, ale jest przy tym cudownie szczery... szukasz kogoś, kto potrafi zagrać to prawdziwie”.
I słusznie.
Sekretem dobrej farsy jest nieodparcie skomplikowana intryga, która ma sens (przynajmniej w pewnym stopniu), z natury zabawne postacie i aktorzy tacy, jakich opisuje Cooney. Fabuła musi wychodzić od prostego założenia, nakładając kolejne warstwy złożoności i nieporozumień, aż wybuchnie nieskrępowanym humorem. To nie piaskownica dla kogoś, kto nie chce pracować w zespole lub dzielić się światłem reflektorów. Nie ma tu miejsca na przeszarżowanie czy tanie miny – farsa wymaga ogromnej dyscypliny, precyzyjnie oszlifowanych umiejętności oraz głębokiego zrozumienia stylu i rozmachu.
Z sukcesem wystawić farsę jest znacznie trudniej niż tragedię. To fakt. Zbyt łatwo jest przedobrzyć, zastępując prawdę, o której wspomina Cooney, desperacką pogonią za śmiechem za wszelką cenę.
„Two Into One” to fenomenalnie skonstruowana farsa skupiająca się na grupie, którą tak łatwo pogardzać – konserwatywnych politykach z ich słabością do romansów pozamałżeńskich. Tekst Cooneya niemal bez wysiłku wprowadza i błyskawicznie definiuje kluczowych graczy, a następnie wrzuca ich prosto w wir komizmu sytuacyjnego.
Jako młodszy minister, zastępca w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych za rządów Margaret Thatcher, Richard Willey w wykonaniu Michaela Praeda jest uosobieniem polityka z tradycjami, synem absolwentów Eton stworzonym do rządzenia. Wysoki, przystojny i pełen szyku, czaruje na każdym kroku, choć w jego spojrzeniu tli się figlarny błysk – planuje przecież schadzkę z młodą sekretarką z biura premier. Praed jest idealnie dobrany do tej roli pod każdym względem. Jego aura niezłomnego spokoju zostaje wystawiona na próbę, dopada go katar sienny, a niezrozumienie rzekomego podwójnego życia gejowskiego jego prywatnego sekretarza pochłania go bez reszty – przy czym cały czas tryska on urokiem niczym wulkan. To występ precyzyjny, wyważony i po prostu przezabawny.
Josefina Gabriela jako pani Willey jest równie doskonała. Niewiele jest aktorek, które potrafią doprowadzić widownię do szału radości samym tylko stanowczym zamknięciem drzwi, pokazując przy tym jedynie przedramię i dłoń. Podobnie jak cały jej występ, ten moment jest wymierzony z chirurgiczną precyzją dla uzyskania maksymalnego efektu komicznego. Jest urzekająca w każdym calu, niezależnie od tego, czy daje się porwać niespodziewanemu romansowi, czy też konfrontuje się z własnym mężem w łóżku, gdy liczyła na kogoś zupełnie innego. W jej grze jest cudowna, promienna ironia. Mistrzostwo.
W najtrudniejszej roli nieszczęsnego, zdezorientowanego i uciemiężonego prywatnego sekretarza Willeya (George Pigden), Nick Wilton kreuje postać desperata, gamiaka i krętacza, który próbuje ratować twarz, będąc w istocie poczciwym, choć wykorzystywanym człowiekiem. Wilton popisuje się świetną komedią fizyczną, która nigdy nie jest przesadzona. Choć widać w tym wojskową precyzję prób, za każdym razem sprawia wrażenie świeżości i przypadku. To wcielenie totalnego oszołomienia i cierpiętniczej wściekłości. Przekomiczne.
Reszta obsady spisuje się równie wyśmienicie. Tom Golding jest niesamowicie zabawny jako niedoszły aktor, który zrzuca ubrania przy każdej okazji, myśląc, że to przesłuchanie, po czym płynnie zostaje wciągnięty w fałszywy wątek gejowski, co wywołuje kaskady śmiechu. Kelly Adams jest urocza jako jego chcąca zdradzić żona, w szalonej peruce i krzykliwych okularach, wiecznie utykająca pod wózkami hotelowymi. Jeffrey Holland jako menedżer hotelu – z widelcem do ryb wbitym w siedzenie – to wspaniała mieszanka wyniosłej pyszałkowatości i uzasadnionego oburzenia. Rewelacja.
Kathryn Rooney jako posłanka Partii Pracy krąży po scenie niczym dziecko Mary Whitehouse i doga niemieckiego, pełna jadu i grożąca skandalem na każdym kroku. Mistrzyni zabójczego spojrzenia i uniesionej brwi, potrafiłaby przerazić nawet kamień. Pozostaje jednak na tyle „lekka”, by nie zburzyć teatralnej harmonii spektaklu. Świetna.
Sam Ray Cooney pojawia się w roli kuśtykającego kelnera, który próbuje nadążyć za machinacją otaczającą Willeyów. W wieku 82 lat jest tak samo precyzyjny i obecny „tu i teraz” jak jego młodsi koledzy, a przy tym autentycznie zabawny. Roztacza wokół siebie aurę komicznego geniuszu. Cudowne.
Spektakl to prawdziwa symfonia trzaskających drzwi; obsada musiała spędzić godziny na dopracowaniu timingu. Przynosi to wspaniałe efekty – mimo tej wyreżyserowanej precyzji, świeżość sytuacji zostaje w pełni zachowana. Wszystko wydaje się spontaniczne, choć widać ogrom pracy, jaki w to włożono. Czapki z głów przed aktorami i reżyserem. Samo trzaskanie drzwiami jest warte ceny biletu.
Scenografia Julie Godfrey jest nieco ciasna, ale świetnie sprawdza się w tej przestrzeni. Epoka została oddana czysto i wyraźnie, a staroświecka atmosfera hotelu pomaga uwydatnić lekki charakter komedii.
Reżyseria Cooneya jest sprawna i klarowna. Nie ma tu nic, czego nie można by podziwiać.
To najzabawniejsza rzecz, jaką widział West End od czasu premiery „One Man, Two Guvnors”.
Stara, dobra angielska farsa zrobiona ze stylem, urokiem i wielkim kunsztem, pełna śmiechu i niespodziewanych zachwytów.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności