Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Urinetown, St James Theatre ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Urinetown

25 lutego 2014

St James’ Theatre

5 Gwiazdek

Jedną z prawd życiowych, absolutnie niepodważalną, jest ta, że nigdy nie idzie się do teatru cierpiąc na migrenę. Ryzyko, że ból przyćmi całe widowisko, jest zbyt duże; podobnie jak obawa, że nie uda się skupić, zrozumieć czy uchwycić niuansów inscenizacji i gry aktorskiej.

Okazuje się jednak, że ta prawda wcale nie musi być aż tak oczywista.

Ponieważ dziś wieczorem, mimo migreny, wybrałem się do teatru. Konkretnie do St James Theatre, gdzie trwają obecnie pokazy przedpremierowe pierwszej profesjonalnej brytyjskiej inscenizacji „Urinetown” w reżyserii Jamiego Lloyda.

I to spektakl wyleczył moją migrenę.

To olśniewająca produkcja pod każdym względem. Co więcej, jest to inscenizacja wyraźnie lepsza, niż zasługuje na to samo dzieło.

„Urinetown” (z librettem Grega Kotisa oraz muzyką i tekstami piosenek Marka Hollmana i Kotisa) narodziło się w 1999 roku, a w 2001 trafiło na Broadway, gdzie zdobyło trzy nagrody Tony. W jednym z tych zastanawiających zbiegów okoliczności w historii Tony Awards, musical wygrał w kategoriach najlepsza muzyka, libretto i reżyseria, ale przegrał tytuł najlepszego musicalu z „Thoroughly Modern Millie”.

Jest to jeden z tych spektakli, które cieszą się statusem kultowych – jego wierni fani głośno przekonują o jego wielkości. Dla innych to pozycja przyjemna i ciekawa w trakcie oglądania, ale ostatecznie dająca się zapomnieć.

Tętniąca życiem i pełna detali inscenizacja Jamiego Lloyda pozwala wybrzmieć wszystkiemu, co w pracy twórców najlepsze, jednocześnie tuszując ich słabości. To pod każdym względem inspirująca i odkrywcza reżyseria.

To osobliwa sztuka. Opowiada kuriozalną historię świata, w którym braki wody są tak dotkliwe, że korzystanie z toalet jest racjonowane i możliwe wyłącznie po uiszczeniu sporej opłaty. Ci, którzy nie mogą zapłacić, zostają wysłani do „Urinetown” – miejsca, którego nikt nigdy nie widział i z którego nikt nie wrócił. Mamy tu dwie główne grupy: tych, którzy kontrolują wodę i tych cierpiących, zbierających grosz do grosza, by móc potrzeby fizjologiczne. W końcu uciemiężeni wszczynają bunt, którego konsekwencje przynoszą śmierć całej społeczności.

Przy tym „Skrzypek na dachu” czy „West Side Story” wydają się wręcz radosnymi opowieściami.

Ostry, satyryczny wydźwięk sztuki jest niepokojący i aż nazbyt prawdopodobny. A jednak, mimo powagi tematu, materiał jest w gruncie rzeczy lekki i zabawny, w błyskotliwy sposób kpiąc z formy teatru muzycznego i konkretnych klasyków, zwłaszcza z „Les Misérables”.

Jasna wizja Lloyda elektryzuje i jednoczy tę lekkość z satyrą. Rezultatem jest uczta wizualna i wokalna, seria genialnie nakreślonych postaci, mnóstwo zabawy i sporo tematów do przemyśleń. Na West Endzie nie ma obecnie niczego podobnego: to bez wątpienia najlepiej śpiewający zespół (nie licząc „Candide”, który niestety kończy swój bieg w tym tygodniu) na londyńskiej scenie; to znacznie lepsza satyra niż „The Book of Mormon” i oferuje niespodziewane zachwyty znacznie większe niż większość długo granych hitów.

Choreografia Ann Yee jest nieskończenie pomysłowa i zaskakująca: właśnie wtedy, gdy wydaje się, że rytm muzyki doprowadzi do klasycznego kick-line'u, Yee nakazuje zespołowi coś zupełnie innego. To ciągłe zaskakiwanie widza stanowi o radości płynącej z tego spektaklu, a choreografia idealnie to oddaje. Wszystko jest precyzyjne, klarowne i świetnie wykonane przez obsadę. To jeden z tych rzadkich przypadków, gdy taniec wnosi do całości tyle samo, co libretto czy muzyka.

Nad stroną muzyczną czuwa Alan Williams, a sześcioosobowa orkiestra gra bezbłędnie. Balans dźwięku jest znakomity i choć dykcja sporadycznie kuleje, śpiew pozostaje w większości czytelny, czysty i radosny. Obsada naprawdę potrafi śpiewać i tańczyć, dając z siebie wszystko. To czysta przyjemność patrzeć na tych profesjonalistów w akcji.

Dobór obsady – na każdym poziomie – jest nienaganny. Nie ma tu fałszywej nuty. Każdy wykonuje swoje zadanie z nawiązką. Każdy dostaje swoją chwilę i każdą z nich w pełni wykorzystuje.

Richard Fleeshman jako Bobby Strong jest absolutnie rewelacyjny. Idealnie trafia w komiksową niemal konwencję, a jego aparycja gwiazdy filmowej w połączeniu z bezbłędnym wyczuciem roli pozwala mu stworzyć postać bogatą i satysfakcjonującą. Owszem, jest amantem, ale zarazem moralnym sumieniem utworu i ofiarnym barankiem. W swojej ciasnej szarej koszulce i z uwielbieniem w oczach dla Hope (świetna Rosanna Hyland) doskonale przygotowuje widzów na moment odkrycia prawdy o „Urinetown”. Talent, który pokazał tutaj, był mocno skryty w „Ghost”, ale wspaniale jest widzieć go na pełnych obrotach. Jego wykonanie „Run Freedom Run” to punkt kulminacyjny wieczoru.

Zgodnie z oczekiwaniami, Jenna Russell jest wyśmienita jako wyniosła strażniczka przybytku, Penelope Pennywise, która nie nagina zasad i uparcie domaga się zapłaty za możliwość załatwienia potrzeby. To krzykliwa i pełna energii rola Russell, nasycona komizmem i poparta rewelacyjną formą wokalną.

Jonathan Slinger jeszcze nigdy nie był w tak dobrej formie. Jako przebiegły, bezwzględny i sardoniczny Oficer Lockstock jest niczym „Brudny Harry” latryn, prowokując jednocześnie dialog z widownią, który rozbija czwartą ścianę i budzi ogólną wesołość. Jego partner w zbrodni, Simon Paisley Day, jest bezbłędny jako koszmarny Caldwell B. Cladwell – człowiek, który dorobił się fortuny na racjonowaniu wody i regulowaniu wypróżnień. To fantastyczna, pełna jadu i wigoru kreacja.

Karis Jack jako Little Sally jest po prostu urocza, podobnie jak Marc Elliott w roli Pana McQueena. Mark Meadows zachwyca jako przymilny Senator Fipp, a Madeleine Harland wyciska wszystko, co możliwe z postaci Soupy Sue. Szczególnie zapada w pamięć Cory English, który z brawurą kreuje dwie kontrastujące postacie: jego Old Man Strong jest idealny, a on sam niemal nierozpoznawalny jako złośliwy Hot Blades Harry.

Jak wspomniałem, cały zespół jest doskonały, ale z ansamblu szczególnie wyróżniają się Alasdair Buchan, Chris Bennett i Julie Jupp.

Soutra Gilmour przygotowała kolejną zdumiewającą scenografię. Cała przestrzeń St James Theatre została przekształcona, by pomieścić wizję Gilmour, i efekt był tego wart. Scenografia w sprytny sposób nawiązuje do „Nędzników”, ale jej największą zaletą jest to, że stanowi solidne, rzeczywiste ramy dla absurdalnej i satyrycznej akcji. Pięknie podkreśla to wymowę spektaklu. To projekt idealnie dopasowany do wizji Lloyda i stanowi on istotną część sukcesu przedstawienia.

Kostiumy są świetne – przywołują inne musicale i nadają kształt temu dystopijnemu światu. Oświetlenie Adama Silvermana buduje odpowiedni nastrój i atmosferę – oświetlenie scen skąpanych w krwi jest szczególnie udane.

Tak naprawdę ta produkcja ugruntowuje reputację Lloyda jako dynamicznego i porywającego młodego reżysera. Jego wizja jest wspaniała i dba on o to, by została zrealizowana w sposób perfekcyjny i z pozoru lekki.

To z łatwością może być najlepszy nowy musical 2014 roku. Poprzeczka została zawieszona bardzo wysoko.

„Urinetown” przenosi się do Apollo Theatre od 29 września 2014 roku. Zarezerwuj bilet już teraz!

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS