Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Wania i Sonia i Masza i Spike, Charing Cross Theatre ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

Libby Purves

Udostępnij

Nasza redakcyjna teatralna kocica, Libby Purves, recenzuje sztukę „Wania i Sonia i Masza i Spike” autorstwa Christophera Duranga, wystawianą obecnie w Charing Cross Theatre.

Janie Dee, Charlie Maher i Michael Maloney. Fot. Marc Brenner Wania i Sonia i Masza i Spike.

Charing Cross Theatre

3 gwiazdki

Do 8 stycznia 2022 r.

Zarezerwuj bilety

Wania i Sonia to rodzeństwo (choć ona jest adoptowana), które wiedzie nudne, pełne poświęceń życie w wiejskim domu otoczonym wiśniowymi drzewami i sadem. Całość finansuje ich odnosząca większe sukcesy siostra z miasta, Masza, która przyjeżdża właśnie, by zakłócić ich spokój i oznajmić, że planuje sprzedać posiadłość. Tymczasem Wania pisze eksperymentalną sztukę, która z góry skazana jest na niepowodzenie. Sonia uważa, że nigdy tak naprawdę nie zaznali życia. Jeśli dostrzegasz tu nawiązania do Czechowa, masz rację – są one zamierzone i wręcz przytłaczające. Zresztą sami bohaterowie otwarcie wspominają o obsesji swoich rodziców na punkcie rosyjskiego dramaturga w ramach lokalnego teatru amatorskiego.

Charlie Maher i Lukwesa Mwamba. Fot. Marc Brenner

Całość przypomina nieco zbyt ambitny i wymuszony sitcom, choć nabiera barw wraz z pojawieniem się Maszy. W tej roli niezrównana Janie Dee, emanująca komiczną pewnością siebie jako pełna lęków i nietaktowna dywa, mająca na koncie pięć małżeństw („Jestem piękna, utalentowana, urocza i odnoszę sukcesy, dlaczego mnie zostawiają?”). Towarzyszy jej Spike (Charlie Maher) – tępy chłopak będący parodią każdego napuszonego amanta, gotowy w każdej chwili zdjąć koszulę i biegać po widowni w samej bieliźnie w drodze do rzekomego stawu. Masza wybiera się na bal przebierańców jako Disneyowska Śnieżka, a reszcie przydziela role siedmiu krasnoludków w niezbyt twarzowych kostiumach.

Janie Dee i Michael Maloney. Fot. Marc Brenner

Tylko Sonia wyłamuje się ze schematu i postanawia przebrać się za Złą Królową (ale „w interpretacji Maggie Smith”). Stroi się i spędza przyjęcie (które odbywa się w trakcie przerwy), mówiąc nosowym, przeciągłym głosem słynnej aktorki. Na razie brzmi to jak typowy sitcom, choć Rebecca Lacey jest świetna zarówno w naśladowaniu Smith, jak i – gdy akcja w końcu nabiera tempa – w oddawaniu autentycznego bólu pustego, zapomnianego życia.

Czasem idzie się na spektakl nagrodzony Tony, przez pierwszą godzinę zachodząc w głowę, jak to możliwe, by w drugiej połowie – dzięki porywającemu finałowi – zagadka została niemal rozwiązana. Tutaj dzieje się to za sprawą kulminacyjnego monologu wygłoszonego con amore i tempestuoso przez Michaela Maloneya jako Wanię. Uwaga dla dramatopisarzy: zostawcie nas z dobrym wspomnieniem na koniec, a wybaczymy wam nudny początek.

Obsada spektaklu „Wania i Sonia i Masza i Spike”. Fot. Marc Brenner

Maloney, który do tej pory spędzał zbyt dużo czasu siedząc na wiklinowym krześle, często przebrany za krasnoludka Gburka, zostaje sprowokowany do wspaniałej tyrad przeciwko Spike’owi – młodemu pustakowi, który woli pisać SMS-y zamiast słuchać jego sztuki. „Martwię się o przyszłość i tęsknię za przeszłością” – wykrzykuje, wzdychając do pełnej poczucia obowiązku, nudnej Ameryki lat 50., gdzie ludzie lizali znaczki, wysyłali listy i wszyscy płakali, gdy zastrzelono psa w filmie „Żółte psisko”. Przeciwstawia to dzisiejszemu jałowemu szaleństwu online, koncentracji godnej muszki owocówki i łatwo dostępnej pornografii. To moment doprawdy genialny – głos pokolenia, nawet jeśli podświadomie czuje ono, że to sentymentalna bzdura (biorąc pod uwagę rasizm i ograniczenia tamtych lat).

Skoro Christopher Durang potrafi tak pisać – i genialnie wyczarować poprzedzającą tę scenę emocjonalną rozmowę dwóch kobiet czy groteskową komedię w postaci sztuki Wani czytanej przez molekułę w kosmosie – to dlaczego marnuje tyle naszego czasu w pierwszej połowie? Bombarduje nas mrugnięciami okiem w stronę Czechowa, nawiązaniami do greckiej tragedii i hermetycznymi żartami dla teatralnych wyjadaczy. Gdy w tekście pojawia się nazwisko Pirandello, niektórzy z nas mają ochotę sięgnąć po notes, by napisać skargę. I po co ta pół-komiczna sprzątaczka Kasandra, która – mimo solidnej gry Sary Powell – raz po raz wygłasza bezcelowe i pretensjonalne proroctwa tylko po to, by uzasadnić swoje imię? W drugiej połowie okazuje się, że ma ona nadprzyrodzone moce, a ja byłam już tak zmęczona literackimi grami, że od razu pomyślałam: „o, Seans spirytystyczny Cowarda”. Tak bardzo skrajna autoreferencyjność w teatrze może zmęczyć widza.

Mimo to nie żałuję wizyty. Ten teatr często oferuje najlepszy stosunek jakości do ceny na West Endzie (obok kochanego Jermyn Street Theatre), a oglądanie tercetu Dee, Maloney i Lacey nigdy nie jest stratą czasu.

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS